INF [21.6.2017]: o mojej szkockiej miłości! Następne wjeżdżają zdjęcia z St Andrews (#soon). Stay tuned.

21.06.2017

Mój magiczny Edi

Opisując moją podróż do Edynburga w 2014, przynajmniej dwukrotnie napisałam pod zdjęciami, że to „na pewno” nie była moja ostatnia wizyta w tym mieście. Słowa sobie dotrzymałam i wróciłam: w teorii na trzy miesiące, w praktyce okazuje się (póki co), że na dłużej. Gdy leciałam ostatnio na kilka dni do Polski, widząc to „moje” miasto i oddalającą się Szkocję z góry, przeszło mi przez myśl (nie po raz pierwszy zresztą), że naprawdę mogłabym nazywać to miejsce domem. Powrót wyglądał podobnie: choć lądowaliśmy już bliżej północy, niebo wciąż jeszcze ziało niesamowitymi kolorami od strony zachodu, fundując niezapomniane widoki na moją ukochaną wyspę. Może mam jakieś nienaturalne szczęście do tutejszych warunków pogodowych, ale naprawdę trudno mi przypomnieć sobie piękniejsze widokówki. Edynburg i Szkocja bez wątpienia kradną moje serce. Z dnia na dzień coraz bardziej.

Powody, dla których nie chcę się stąd na razie ruszać, mnożą się wprost proporcjonalnie do spędzonego tutaj czasu – i dziś trochę o nich.

09.06.2017

2017: The Hairy Coo Tour

Odkąd poznałam co to podróżowanie na własną rękę (acz niekoniecznie samemu), unikam zorganizowanych wycieczek jak ognia. Dla tej z The Hairy Coo zrobiłam wyjątek z dwóch powodów: po pierwsze była za darmo, a po drugie polecił mi ją brat, który wrócił z niej (razem z Mają) bardzo zadowolony. Namówiłam więc Magdę i w ostatni weekend maja wsiadłyśmy w pomarańczowy autobus podbijać wyższe regiony Szkocji.
Choć nie była to wycieczka wybitnie fajna, to (podobnie jak mój brat), wróciłam z niej całkiem zadowolona. Przy wszystkich minusach z grupowym zwiedzaniem związanych, było to całkiem udane, krótkie wprowadzenie do highlandsów.

04.06.2017

Extremes are easy

W którymś podcaście Włodka Markowicza (za dużo ich było żebym pamiętała w którym, a słucham każdego) padło nazwisko gościa (Colin Wright), który odważnie wdepnął w minimalizm. Zainteresowana, wrzuciłam go w wyszukiwarkę youtube’a i wyskoczyło mi video z TEDa pt. ‘Extremes are easy’, który z automatu dodałam do mojej watch later listy. Bo tytuł obiecywał temat, który już od bardzo długiego czasu się we mnie kotłował. Zanim więc kliknęłam play, miałam wobec niego oczekiwania. I nadzieję.

31.05.2017

2017: kadry majowe

Maj był piękny, choć pod wieloma względami dla mnie ciężki (ale o tym ciężarze rozpiszę się przy innej okazji, bo to będzie szerszy temat). Szczerze mówiąc, aparatu nie ciągałam ze sobą zbyt często, ale słonecznych, wiosennych kadrów i tak trochę uzbierałam.  
Jednym z głównych punktów maja była kilkudniowa wizyta Moni i Seby w stolicy Szkocji. Długo przekonywać ich nie musiałam, zakochali się po uszy bardzo szybko.  

26.05.2017

Wietrz głowę

Poszłam wczoraj po pracy na długi spacer, żeby przewietrzyć głowę (wpuszczając do uszu wyłącznie śpiew ptaków, szum wiatru i ewentualnie Matta przekonującego że “you will find a way”) i doszłam do wniosku, że najwyższy czas przerwać tę niepisaną zmowę milczenia. Bo jak coś ma mi pomóc to pisanie właśnie. Nie tyle dla was, co dla siebie (choć jak ktoś coś z tego dla siebie wyniesie to też super). Mówiąc krótko: nie jest dobrze (żeby nie powiedzieć źle, bo to zazwyczaj tylko prowokuje gorzej). Mam przedłużające się problemy ze zdrowiem (spokojnie, nie umieram, i pewnie niebawem szerzej o tym napiszę), które rzutują na coraz więcej aspektów mojego życia i kompletnie mnie blokują. Głównie mentalnie.

20.05.2017

2017: Aberdeen & Inverness

Aberdeen i Inverness były planem na trzeci (z rzędu!) weekend z Jakubem w Szkocji. W myśl zasady: korzystaj póki jest. Bo tydzień później wrócił do Polski na święta, które ja spędziłam z Irene, po raz kolejny obchodząc turystycznie Edynburg. Kuba, z jakiegoś powodu miał cholerne szczęście do pogody – niby Szkocja, a pokropiło nam tylko trochę w ostatnią niedzielę… i to jak jedliśmy obiad w uroczym pubie.
I owszem, Kuba się wyrabia i robi mi coraz lepsze zdjęcia!

06.05.2017

"Nie potrafię sama"

Jak już kiedyś wspomniałam: lubię i potrafię być sama.
Ale jak to? Sama? Słyszę czasem z prawa i lewa.
Niektórym w głowie się nie mieści, że można samemu iść do kina, muzeum, na wernisaż i do teatru. Że można iść samemu do restauracji, pubu i kawiarni. Że można samemu gdzieś wyjechać, na dzień, dwa, tydzień, miesiąc. Dla jednych robienie czegoś w pojedynkę jawi się jak porażka życia, dla innych jest przejawem odwagi, ale jedni i drudzy reagują mniej więcej tak samo: zdziwieniem. Bo jak to tak? Całkiem sama? Naprawdę?  
Ja bym sama nie mogła. Ja tak chyba nie potrafię.
No i fajnie: pozazdrościć tych tabunów znajomych, wyrozumiałego faceta i twojej anielskiej cierpliwości (której ciągłe przebywanie z ludźmi raczej wymaga), bo zakładam, że dysponujesz przynajmniej jednym z tej listy jeśli dziwi cię moje działanie w pojedynkę. Bez ironii, serio mówię: zazdro jak skurczybyk! A to wszechobecne zdumienie – czy to podszyte niesmakiem czy podziwem – można bardzo szybko zniwelować. Bo, drogi zdziwiony czytelniku, pomyśl nad tym chwilę i postaw się teraz w mojej sytuacji.

30.04.2017

2017: kadry kwietniowe

Czy tylko ja odnoszę wrażenie, że kwiecień minął pięć razy szybciej niż marzec, czy to może jakieś powszechne zjawisko? Ledwie się marzec zaczynał, a tu bach, koniec. Owszem, było intensywnie, i to nie tylko (niestety) w tym pozytywnym sensie… ale przetrwałam, maj przed nami, można zaczynać walkę od nowa. Z nowym, pozytywnym podejściem.
A na kadrach wyłącznie piękne chwile kwietnia!

24.04.2017

2017: Stirling & Conic Hill

Druga część naszej wczesno-kwietniowej wycieczki (pierwsza TU) była inicjatywą Norberta, choć tym razem bez jego typowego, uprzedniego, skrupulatnego planowania: działaliśmy trochę na żywioł, starając się dostosować do kapryśnej, szkockiej pogody. Wyszliśmy na tym wcale nie najgorzej. Ale niestety bez Jakuba, który musiał pracować.
Na poniedziałek zapowiadali deszcz, więc za cel obraliśmy sobie zamek w Stirling, a że we wtorek słońce miało wyglądać zza chmur, to wybraliśmy się nad Loch Lomond.

21.04.2017

Customers sins

Wszyscy znamy złotą zasadę obsługi klienta: klient ma zawsze rację, nawet jeśli jej nie ma. I wszystko fajnie dopóki sam jesteś klientem. Patrzysz na to trochę inaczej, gdy samemu przychodzi ci stać za tą kasą / siedzieć za biurkiem. Klient nasz Pan! I zmora.
Jak wszystkim wiadomo, pracując z ludźmi automatycznie narażamy się na obcowanie z debilizmem: tak było, jest i zawsze już będzie. Taka zależność: gdzie człowiek tam i debilizm. Pracuję w obsłudze klienta od prawie dwóch lat (ponad rok w hostelu, i niebawem będzie pół roku w coffee shopie) i powiem wam jedno: bardziej od tego szerzącego się w gatunku ludzkim debilizmu, wkurwia mnie jednak wszechobecne chamstwo. Które w zachowaniach przy kasie / recepcji jest na tyle częste, że można je sobie podzielić na kategorie. I jestem prawie pewna, że każdy, kto pracuje (bądź pracował) w podobnej działce (czy to w banku, sklepie, restauracji, hostelu czy na help desku), znajdzie w opisanych przeze mnie typach również swoich rozmówców.


Oto cztery typy klientów, których zachowanie odrzuca mnie na kilometr.