20.11.2018

Warto w Edim: wstęp

Odkąd zamieszkałam w ścisłym centrum Edynburga i ląduję na zdjęciach przypadkowych trustów wynosząc śmieci, wreszcie czuję, że znam to miasto od podszewki. Lepiej od Krakowa. A skoro zawisł tu przewodnik po Krakowie, to najwyższy czas zorganizować jeden po Edynburgu. Może ktoś z mojej skromnej wiedzy skorzysta planując wycieczkę.
O samym Edynburgu kilka postów już zresztą napisałam – w ramach wstępu można je, ale bynajmniej nie trzeba, przejrzeć pod zakładką Edynburg.


Przed wami prolog serii Warto w Edim, czyli kilka(dziesiąt) słów o moim ukochanym mieście na tej planecie.

09.07.2018

Mam 27 lat i nic nie muszę

Pomyślałam sobie, że mój przeciągający się niebyt na blogu odczaruję postem z kategorii lekkich i przyjemnych, czyli czymś w rodzaju „27 lekcji, które odrobiłam na przestrzeni ostatnich 27 lat”. Plan zacny, ale poszedł w las, bo zanim zaczęłam te swoje lekcje skrupulatnie w notatniczku spisywać, oświeciło mnie, że jest tylko jedna prawda, którą w wieku 27 lat mam ochotę się z wami podzielić.
Nikomu nic udowadniać nie muszę.
Nawet (a może przede wszystkim) sobie.

17.05.2018

Przerażony Królik

Pogoda od tygodnia rozpieszcza Edynburg słońcem, więc zrobiłam sobie dziś dzień wolnego i pojechałam poczytać książkę na moją ukochaną Cramond Island. Że humor miałam raczej pustelniczy, to zapuściłam sobie w słuchawkach melancholijnych Dry the River, których nie słuchałam od dobrych kilku miesięcy. Ale gdy dotarłam na wyspę i wybrałam odpowiedni kawałek trawy na mój kocyk, mój wzrok zatrzymał się na widniejących w oddali mostach Firth of Forth. Z automatu zmieniłam więc ścieżkę dźwiękową na Frightened Rabbit i pozwoliłam świadomości zrobić swoje.
Bo słuchanie tych piosenek już nigdy nie będzie takie samo.

21.04.2018

Nowy rozdział

Nowy początek. Znowu.
Na własne życzenie: życie w chaosie, stresie i sporej dozie niepewności. Z pierwszym w życiu długiem na plecach, chujową pracą i kolejnymi przebojami zdrowotnymi, bo jakżeby inaczej!
Ale z mojego nowego okna widać prototyp Hogwartu (George Hariot School) i nawiedzony cmentarz, z którego Rowling zapożyczyła trzy nazwiska dla swoich postaci (Greyfriars Kirkyard), bo zamieszkałam na prototypie ulicy Pokątnej (Victoria Street), która na dodatek jest jedną z (w moim rankingu trzech) najpiękniejszych uliczek w całym Edynburgu.
W moim ukochanym Edynburgu!

27.02.2018

Lepiej po angielsku

Nie od dziś wszystkim wiadomo, że prawie wszystko brzmi mi lepiej po angielsku – gdyby tak nie było, poszłabym na inne studia, a anglojęzyczni panowie nie mieliby żadnego asa w rękawie – a mają, choć rzadko kiedy zdają sobie z tego sprawę.
To taka moja słabość, siejąca spustoszenie w moim życiu od premiery Czary Ognia, bo to był pierwszy film o Potterze, który w oryginalne znałam na pamięć cały (nie żartuję, wszystkie dialogi miałam rozpisane, a poszczególne sceny nagrane na płytę CD, bo to były czasy, gdy nie posiadałam jeszcze własnego komputera). Pierwszy film w moim życiu, przy którym pojebanie na punkcie Pottera przerodziło się w pojebanie językowe.
Że to językowe pojebanie jest w gruncie rzeczy super, szczególnie gdy wybierasz się na filologię angielską, już TUTAJ pisałam. Ale zanim się na tą filologię angielską rzeczywiście wybrałam, sprawy miały się nieco inaczej.

09.02.2018

Życie po szkocku

Szkocja, jak wszystkim już wiadomo, skradła moje serce (Edynburg w szczególności – o jego magii możecie przeczytać TUTAJ). Przez osiem miesięcy mojego pobytu w jej stolicy odrobiłam kilka życiowych lekcji (ściśle z miejscem powiązanych), którymi dziś się z wami dzielę. Mogą się przydać przy planowaniu wycieczki!

29.01.2018

Ja bym nigdy

Zawsze miałam (i wciąż nieustannie mam) problem z ludźmi, którym śpieszno do wydawania osądu na każdej zasłyszanej sytuacji i osobie, czy to fikcyjnej czy prawdziwej (choć do tej prawdziwej śpieszą tym bardziej). O ile jeszcze robi się to w zaciszu własnego domu, to pół biedy, ale gdy wygłasza się te osądy publicznie i głośno, to już mnie mdli. Dla mnie to kompletne dno: zero refleksji, zero empatii, zero szacunku. Zero człowieczeństwa. Bardzo nieludzkim, bezmyślnym i zwyczajnie bezczelnym maluje mi się osądzanie sytuacji, w których samemu nigdy się nie było. Ludzi, których się nie rozumie.
Ja bym nigdy nie zabił. Ja bym nigdy nie wydał. Ja bym nigdy nie wziął. Ja bym nigdy przyjaciela nie zostawił. Ja bym zawsze oddał. Ja bym zawsze pomógł.
Ja nigdy. Ja zawsze.
Zawsze, to ty powinieneś się takiego pierdolenia wstydzić.

27.01.2018

Co mnie wkurwia to moje

Głupota ludzka. Bezpodstawne, pozbawione jakiejkolwiek konstrukcji oszczerstwa. Nieuczciwość publiczna, socjalna i cywilna. Wyżej sranie niż dupy manie. 
A najprostsza (i wcale nie mijająca się z prawdą) odpowiedź brzmi: wszystko. Ukryć się tego raczej nie da: jestem osobą z natury bardzo łatwo się wkurwiajacą, więc mogłabym wymieniać w nieskończoność (co poniekąd przez rok robiłam TUTAJ). Ale jest jedna rzecz, która wkurwia mnie bardziej niż wszystko inne, bo sięga jakoś tak nienaturalnie głęboko.
Pierwszy raz zauważyłam to w liceum. Miałam koleżankę, z którą spędzałam dużo czasu, ale potem zaczęła mnie niesamowicie wręcz wkurwiać. Absolutnie wszystkim, co robiła, mówiła, albo swoim zachowaniem czy postawą w jakikolwiek sposób (choćby nieświadomie) sugerowała. Długo tłumaczyłam sobie, że po prostu wyrosłam z pewnych zachowań, które ona wciąż przejawia. Z czasem doszłam jednak do wniosku, że problem leży głębiej.
I zaczęłam dłubać.

20.01.2018

Jak wyjeżdżanie stało się proste

Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce, wydawało mi się, że wszelkiego rodzaju wyjazdy to strasznie skomplikowane przedsięwzięcia, wymagające planowania, ciężkiej pracy, żmudnego odkładania każdego gorsza, napalonych ludzi i zapału, który dla odmiany nie będzie słomiany. No i może na początku rzeczywiście tak było. Ale potem dorosłam, i, jak to zwykle w życiu bywa, trochę wprawy uczyniło cuda: z niewyobrażalnego wielowarstwowego wysiłku, wyjazdy przerodziły się w kolejne daty zaznaczane w moim małym kalendarzu.


Moje wyjazdy podporządkowują się do dwóch głównych czynników: trochę gotówki i chęci. Bo ogarnianie (łącznie z destynacją) przychodzi mi już samo. Czasem razem z napalonymi ludźmi, czasem bez – obie wersje bardzo sobie cenię. Mam jednak kilka podstawowych, ułatwiających życie zasad, którymi kieruję się przy samodzielnych wyjazdach. Może i wam życie w drodze trochę ułatwią.

13.01.2018

Perspektywa

Życie uczy mnie – podśmiewając się przy tym w najlepsze – że nie tylko nikogo, ale absolutnie niczego nie można brać za pewnik. Plan – nieważne jaki – zawsze może spalić na panewce. Bo… a no właśnie chuj wie czemu. Bo tak.
Mój zeszły rok mniej więcej tak wyglądał: plan sobie, życie sobie. Nie żebym działała według jakiegoś specyficznego planu, ale jakieś tam założenia miałam.
Za każdym razem jak się mentalnie gdzieś rozsiadłam i bliska byłam stwierdzenia, że mi tu dobrze, coś zawsze musiało pierdolnąć. Ot, żeby mi udowodnić, że nie, życie nie było, nie jest i nie będzie ani idealne, ani łatwe. Nie jestem w czepku urodzona i albo stawie temu czoła, albo mogę się od razu iść powiesić. I choć były momenty, że perspektywa rzucania się z mostu wydawała mi się kusząca, to koniec końców stawianie czoła chujni uznałam za stosowniejsze.