20.01.2018

Jak wyjeżdżanie stało sie proste

Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce, wydawało mi się, że wszelkiego rodzaju wyjazdy to strasznie skomplikowane przedsięwzięcia, wymagające planowania, ciężkiej pracy, żmudnego odkładania każdego gorsza, napalonych ludzi i zapału, który dla odmiany nie będzie słomiany. No i może na początku rzeczywiście tak było. Ale potem dorosłam, i, jak to zwykle w życiu bywa, trochę wprawy uczyniło cuda: z niewyobrażalnego wielowarstwowego wysiłku, wyjazdy przerodziły się w kolejne daty zaznaczane w moim małym kalendarzu.


Moje wyjazdy podporządkowują się do dwóch głównych czynników: trochę gotówki i chęci. Bo ogarnianie (łącznie z destynacją) przychodzi mi już samo. Czasem razem z napalonymi ludźmi, czasem bez – obie wersje bardzo sobie cenię. Mam jednak kilka podstawowych, ułatwiających życie zasad, którymi kieruję się przy samodzielnych wyjazdach. Może i wam życie w drodze trochę ułatwią.

13.01.2018

Perspektywa

Życie uczy mnie – podśmiewając się przy tym w najlepsze – że nie tylko nikogo, ale absolutnie niczego nie można brać za pewnik. Plan – nieważne jaki – zawsze może spalić na panewce. Bo… a no właśnie chuj wie czemu. Bo tak.
Mój zeszły rok mniej więcej tak wyglądał: plan sobie, życie sobie. Nie żebym działała według jakiegoś specyficznego planu, ale jakieś tam założenia miałam.
Za każdym razem jak się mentalnie gdzieś rozsiadłam i bliska byłam stwierdzenia, że mi tu dobrze, coś zawsze musiało pierdolnąć. Ot, żeby mi udowodnić, że nie, życie nie było, nie jest i nie będzie ani idealne, ani łatwe. Nie jestem w czepku urodzona i albo stawie temu czoła, albo mogę się od razu iść powiesić. I choć były momenty, że perspektywa rzucania się z mostu wydawała mi się kusząca, to koniec końców stawianie czoła chujni uznałam za stosowniejsze.  

06.01.2018

Filmy (i seriale) 2017

W roku 2017, podobnie jak rok wcześniej, obejrzałam stosunkowo niewiele tytułów. Poza oczywistymi przebojami takimi jak La La Land (opinie mogą być podzielone, ale to był dobry film), Piękna i Bestia (chyba że tylko ja uważam go za dobre odświeżenie klasyki?) czy Ostatni Jedi (moją recenzję możecie przeczytać tutaj), niewiele tytułów wywarło na mnie znaczące wrażenie. Znalazłam jednak w mojej filmwebowej biblioteczce 6 nie-tak-oczywistych tytułów, które uważam za warte polecenia. A ponieważ sporo w tym roku obaliłam seriali, to wymieniam też cztery mniej znane tytuły (bo Gry o Tron czy Stranger Things chyba nikomu nie trzeba polecać…) warte waszego drogocennego czasu. Przynajmniej moim zdaniem. Bez fabularnych spojlerów, możecie czytać spokojnie.

31.12.2017

2017: kadry listopadowo-grudniowe

Będę z Wami szczera: ostatnie dwa miesiące nie były fajnymi miesiącami, a kolejny wcale lepiej się nie maluje. Zdjęć z tego powodu nie mam wiele, a te które tu lądują trochę zakrzywiają moją ponurą rzeczywistość.
Poza kilkoma pierwszymi kadrami, większość zdjęć jest z telefonu.

27.12.2017

Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi

W tym roku mocno zaniedbałam swoje filmowe (i nie tylko) obowiązki i nie opublikowałam żadnego filmowego tekstu. Ale ponieważ od kilku dni wciąż chodziły mi po głowie najnowsze Gwiezdne Wojny, uznałam, że nadrobię to pseudo-recenzją na ich temat.
Zanim przejdę jednak do rzeczy (tak, będzie długo i będą spojlery), musicie wiedzieć (bo jakoś nigdy wcześniej o tym nie wspominałam; prawdopodobnie dlatego, że to epizod z zamierzchłych czasów przed Internetem), że zanim w moim życiu pojawił się Harry Potter czy Muse, królowały w nim Gwiezdne Wojny, które za małego dzieciaka pokazał mi tata (dzięki!). Te trzy pierwsze epizody (w chronologii uniwersum epizody IV, V i VI) zawsze będą dla mnie czystym powrotem do dzieciństwa. Jako małoletnia kochałam się w Luke’u (zawsze mi go było szkoda), denerwował mnie Han Solo (tak, serio, tak było), przerażał Lord Vader i chciałam mieć tak odjechaną fryzurę jak Leia. Wychowałam się na Gwiezdnych Wojnach, więc uprzedzam z góry: w moich ocenach zawsze znajdzie się element tego dziecięcego sentymentu, który ma moc łagodzenia licznych niedociągnięć.

[obrazek wygrzebany z  google.com]

18.12.2017

2017: Berwick upon Tweed

Berwick, małe miasteczko na granicy Anglii ze Szkocją, było ostatnim przystankiem na moim małym angielskim wypadzie. W teorii nie jest to miejsce szczególnie wyjątkowe, ale mi skradło serce. Być może zjawiłam się tam w odpowiednim dla siebie czasie, bo wszystko zdawało się współgrać z moim nastrojem: kapryśna pogoda, ogólna cisza, puste uliczki, szum morza, klify i przesympatyczni emeryci na spacerze z psami. Ot, urokliwy a niepopularny zakątek Anglii, idealny do samotnych, spacerowych rozmyślań, których bardzo mi było trzeba.
To co w Berwick wyjątkowe, to jego mosty nad rzeką: kolejowy Royal Border Bridge (widoczny najdalej), stary Berwick Bridge z początku XVII wieku (z którego zrobiłam to zdjęcie) i Royal Tweed Bridge (widoczny na pierwszym planie).

15.12.2017

2017: Newcastle

Ze wszystkich czterech odwiedzanych przeze mnie miejsc, Newcastle ekscytowało mnie najmniej, żeby nie powiedzieć, że w ogóle. Straszono mnie, że nikogo tam nie zrozumiem i wrócę bez żadnych ładnych zdjęć. Cóż, kontakt słowny miałam tylko z pracownikami w hostelu i knajpach, którzy najwyraźniej rodowitymi mieszkańcami nie byli, bo problemów nie odnotowałam. A zdjęć też wcale nie zrobiłam mało.
Newcastle może szczególnie piękne nie jest, ale swoje momenty, jak Glasgow, miało.

08.12.2017

2017: Whitby

Drugim przystankiem na mojej pożegnalnej wycieczce po UK była mała, urokliwa, nadmorska mieścinka: Whitby. Słynie z 199 schodów i ruin opactwa na klifie. A mnie najbardziej ujęła niespodziewanym, różowym, wieczornym niebem.
Ogólnie rzecz biorąc, bardzo fajne miejsce na tzw. jednodniówkę.

01.12.2017

2017: York

York był pierwszym przystankiem na mojej kilkudniowej, solowej, październikowej wycieczce po skrawku Anglii. O mojej wizycie akurat tam zadecydowała tak naprawdę zniżka z pracy – Safestay (hostel w którym pracowałam) ma tam bowiem swoją placówkę. Na koniec mojego tegorocznego pobytu w UK wybrałam się więc do Yorku, z którego zaplanowałam małą objazdówkę z powrotem do Edynburga. W pierwotnym zamyśle miałam ująć ten wyjazd w dwóch postach, ale szybko okazało się, że mam za dużo zdjęć, więc każde zwiedzone przeze mnie miasto (a było ich cztery) doczeka się oddzielnej foto-relacji. Enjoy.
York podobał mi się zdecydowanie bardziej niż Bath (choć brakowało mu górki z malowniczym widokiem). To najciekawsze i najładniejsze angielskie miasto w jakim do tej pory byłam (inna sprawa, że stosunkowo niewiele miast w Anglii widziałam).

24.11.2017

2017: East Lothian

O East Lothian coast jako atrakcji dowiedziałam od brata, gdy w lipcu ruszył w samotną, jednodniową wycieczkę do North Berwick. Z Edynburga bowiem jeżdżą dwie linie East Coast buses na które można kupić dzienny bilet za niecałe 8 funtów i jeździć ile dusza zapragnie. Nie jest to co prawda rozwiązanie idealne, bo żadna z tych linii (niestety) nie łączy Dunbaru z North Berwick – a gdyby tak było, można by spokojnie oblecieć całe wybrzeże w jeden dzień. Ja swoje eksplorowanie tamtych rejonów, z braku laku i z racji, że nie brakowało mi na to czasu, podzieliłam więc na dwie części.
Po krótce: pierwszą wycieczkę zrobiłam sobie w piękny słoneczny dzień w środku września, linią 124 w stronę Norh Berwick.