INF [17.3.2017]: o Londynie słów kilka. W przyszły piątek pewnie coś bardziej na rozkminę. Stay tuned!

17.03.2017

Zaobserwowane w Londynie

W Londynie spędziłam szczęśliwe, trzy miesiące mojego życia. Ten okres był dla mnie swoistego rodzaju stadium przejściowym, zarówno w kwestii życiowych etapów, jak i mentalnych przemian: odczuwałam bardzo dużą potrzebę pobycia z samą sobą i chyba nie mogłam sobie lepiej wybrać, bo trudno o bardziej idealne miejsce do bycia samotnym (w tym pozytywnym sensie) niż Londyn. Ale chodźmy może po kolei, bo subiektywnych, londyńskich obserwacji przez te trzy miesiące uzbierałam dla was kilka.

06.03.2017

Ulga

Niemało pisałam już tutaj odpuszczaniu, bo zaraz obok moich ostatnio uwielbianych zmian, jest to najbardziej zajmujący mnie temat. O którym, tak od czasu do czasu, lubię sobie z kimś pogadać. Wiecie, skonfrontować swoje odkrycia i przekonania z odkryciami i przekonaniami innych. Niedawno zdarzyło mi się to zrobić przy barze w maciupkiej, francuskiej, uroczej, alpejskiej wiosce: sącząc sobie białe wino, razem z przyjacielem radośnie (i zgodnie) wzdychaliśmy na wspomnienie ulgi, jaką w naszych (bardzo różnych) życiach przyniosło… odpuszczanie właśnie. Mentalne, podkreślmy.

28.02.2017

2017: kadry lutowe

Luty był miesiącem w dużym stopniu przejściowym: z Londynu przeczołgałam się przez Kraków, Rzeszów, Tarnów i Trzy Doliny do Edynburga, spełniać kolejne marzenie z mojej Bucket Listy. Intensywny i bardzo przyjemny czas.
Zgodnie z radą zza drzwi w pracy: cieszę się samą podróżą.

24.02.2017

2017: Les 3 Vallees

To będzie relacja bardzo monotematyczna: góry, góry, narty i góry. O tym dlaczego wszystkim narciarzom gorąco polecam Alpy, można poczytać TUTAJ. Widokówki / relacje z innych alpejskich zakamarków można przejrzeć TUTU i TUTAJ.
Ten wyjazd planowałam odkąd Michał powiedział „Ania, no to przyjedź, będziesz miała gdzieś spać i gdzie się napić”. Że francuskie Alpy są generalnie drogie, a druga taka okazja mogła się już nie powtórzyć, toteż dwa razy powtarzać nie musiał. Początkiem grudnia w Bristolu kupiłam bilety lotnicze do Genewy, początkiem lutego przekonwertowałam trochę funtów na euro i plan konsekwentnie zrealizowałam: francuskie Alpy zaliczone. A dla was standardowa foto-relacja z ponad czterdziestoma (!) kadrami.
Bo, oj, w Trzech Dolinach zdecydowanie było na czym oko zawiesić.

17.02.2017

O tym jak nic nie napisałam

Wiecie jak to jest – samemu sobie najłatwiej być krytykiem. Przez ostatni rok wystrzeliwałam postami co piątek, jak z karabinu maszynowego. Poślizgi zdarzały mi się tylko wtedy, gdy w natłoku wydarzeń, mej uwadze umknął fakt, że mamy piątek (co z racji szalonego rytmu pracy w hostelu, było zjawiskiem częstym), a publikacja tekstu nie została zaplanowana z odpowiednim wyprzedzeniem. Traktowałam te opóźnienia jako osobiste porażki, bo blog był jedną z rzeczy, które chciałam od początku do końca robić dobrze. Rozumiecie, taka moja chluba i chwała. Piątek, w którym nic nie opublikowałam, miał być jednym z takich poślizgów właśnie – ot, w piątek czasu nie ma, więc doszlifuję post w sobotę i wszyscy szczęśliwi. Tylko że w sobotę usiadłam do komputera i uznałam, że nic się do publikacji nie nada, a po łebkach to ja niczego robić nie będę, bo przecież nie o to mi w tym wszystkim chodzi. Zamknęłam więc komputer i cierpliwie czekałam na istne tsunami zwyczajowych wyrzutów sumienia. Które nigdy nie nadeszło.

10.02.2017

2017: Faro

To nie był wyjazd przeze mnie planowany, na Bucket Liście tego nie miałam (mam za to Porto), ale przy jego okazji i tak jedną pozycję wykreślić mi się z niej udało. Ten wyjazd był inicjatywą Norberta, który, jeszcze pod koniec października zeszłego roku, po tym jak załatwił mi pracę w Londynie, zapytał czy nie pożałowałabym 25 funtów, żeby polecieć z nim do Portugali. Nie mogłam odmówić. Futnów nie pożałowałam, wyjazdu tym bardziej.
To był, easily, jeden z najlepszych wypadów w moim życiu. Kadrów mam dla Was dużo (sześćdziesiąt!), bo Portugalia mnie dość mocno zauroczyła.

04.02.2017

You count, mate

Siedząc kiedyś przy kawie u dziadków w salonie, dziadzio zapytał mnie czy dalej jestem tak zadowolona z życia, jak często podkreślam to na blogu. Nie do końca wiedzieć czemu, nagle cała najeżona, odpowiedziałam pytaniem na pytanie: a czy kiedykolwiek gdziekolwiek napisałam inaczej? Na co dziadzio, zaskakująco spokojnym głosem odpowiedział, że bardzo się z tego cieszy, bo dzisiaj to przecież tylko jakieś 10% społeczeństwa jest w stanie powiedzieć, że cieszy się swoim życiem i robi to, co naprawdę kocha.
No i ja tak automatycznie sobie wtedy pomyślałam, że zrobię wszystko co w mojej mocy – chociażbym umrzeć próbując miała! – żeby w tych 10% na zawsze już pozostać. Ba, co więcej, żeby się tylko tymi 10% społeczeństwa otaczać. Bo pozostałe 90% ma moc przytłaczania. I tak właśnie zaczęłam się gorączkowo zastanawiać co zrobić, by w tych 10% pozostać…

31.01.2017

2017: kadry styczniowe

Kadrów ze stycznia może nie uzbierałam zbyt wielu, ale był to miesiąc wybitnie wręcz udany. Nowy Rok, choć na totalnym niewypale (o tym będzie przy okazji kolejnego odcinka z życia Blondynki), witałam nie tylko w cudownym miejscu, ale i w wyborowym towarzystwie.
Lekko ze mną nie mieli, ale przynajmniej sporo zobaczyli.

27.01.2017

And the world keeps spinning

Wiecie co mówią: że nic już nowego się na tym świecie nie wymyśli. Że teraz wszystko jest tylko przepisywaniem i układaniem w nowe konfiguracje, żadna tam eureka. Chłopaki z Kodaline niczego szczególnego nie odkryli pisząc kolejną ckliwą piosenkę o wielkich nadziejach, a jednak to właśnie ta piosenka wydaje się najlepiej obrazować moje przemyślenia. Bądźmy szczerzy: wszystkie moje wnioski z roku 2016 (jak i z poprzednich lat) są takimi właśnie wnioskami z odzysku jak ta piosenka – wydają się wyjątkowe, a śpiewają o czymś dawno już znanym i oczywistym. Bo nieważne ile razy w ciągu roku twój prywatny świat się zawali, ten realny i tak będzie się obracał dalej. I to od ciebie zależy, co z tym oczywistym faktem zrobisz: będziesz udawać, że ciebie grawitacja i czas nie dotyczy, albo to zaakceptujesz i pójdziesz kręcić się ze światem dalej…