INF [20.11.17]: ręka, co prawda z ograniczeniami, ale już działa, więc szykuję mały foto-spam.

14.04.2011

My Muse

Nie słucham muzycznych gatunków. Słucham MUSE.
Ostatnio w nic nie wierzę bardziej, jak w moc ich muzyki.


A wpadłam na nich w najbardziej pospolity z możliwych sposobów. Był 7 grudnia 2008 roku, gdy siedząc w Krakowskim Multikinie na przedpremierowych pokazach pierwszej części „Zmierzchu” (nie zaprzeczę: miałam potężną fazę na książki) pierwszy raz usłyszałam Supermassive Black Hole. Piosenka zapadła mi w pamięć z jednego powodu: sądząc po pierwszych dźwiękach, spodziewałam się, że wokalista poruszy moje serce niebywałym basem, a tu mi wyskoczył Matthew James Bellamy z jego cienkim „ohbabydon’t you know I suffer?”. Nie wiedzieć czemu, bardzo mnie to ujęło i po powrocie z kina Supermassive zostało moją tapetową piosenką. Ot, faza jakich wiele.
Z samym Muse jako pełnowymiarowym zespołem, zaczęło się raczej niewinnie. W styczniu natknęłam się na Sing For Absolution i fenomenalne Time Is Running Out. Mocno zafascynowana, postanowiłam przesłuchać ich dwie ostatnie płyty i wcale się od razu nie zakochałam. Fakt, intrygowała mnie ich muzyka, Matta charakterystyczny głos, który długo nazywałam jojdaniem i dziwaczne poniekąd teksty, ale było to dla mnie coś na tyle nowego, że w pierwszym odruchu raczej mnie wystraszyło niż zachwyciło. Bo wówczas ja i muzyka to były dwa zupełnie obce sobie światy. Jedno zdawało się przeczyć drugiemu.
Pierwszy raz przyznałam przed samą sobą, że mam na nich „fazę”, gdy na początku lutego 2009 zaczęli mi się śnić. Ta niezdrowa, nastoletnia fascynacja stopniowo rozciągała się na kolejne albumy, od Black Holes And Revelations przez Absolution i Showbiz’a, aż po Origin Of Symmetry. Do tego ostatniego (w chronologii zespołu drugiego) przekonywałam się najdłużej. I zaskakiwałam tym samą siebie, bo nigdy nie podejrzewałam, że jakakolwiek muzyka – a co dopiero TAKA – będzie mi tak cholernie bliska. Dla Ani z 2008, od chorego ekscytowania się były książki i filmy, nie muzyka. Gdy dziś sobie o tym pomyślę, nabieram przekonania, że źródła moich ekscytacji ewoluowały słusznie i nie bez powodu muzyka była dopiero trzecim przystankiem.
początku więc myślałam, że, jak wszystkie inne muzyczne fazy, ta też wkrótce przeminie. Ale nim się obejrzałam, moje zauroczenie przerodziło się w prawdziwą obsesję, o czym – czy to z rozbawieniem czy niekrytym przerażeniem – informowali mnie znajomi.
Pierwszy raz pomyślałam sobie, że to będzie mój zespół na dobre i na złe, gdy wydali nową płytę. The Resistance był pierwszym muzycznym albumem na tej planecie, którego premierę przeżyłam na miarę premiery nowego tomu Harry’ego Pottera (czyli bardzo, jeśli to porównanie nie jest dla was oczywiste). Nie potrafiłam już wśród ich dyskografii znaleźć choćby jedną piosenkę, która by mnie w jakimś stopniu nie zachwycała: wszystkie nabrały dla mnie niesamowitego znaczenia, i to znaczenia głębszego, prawdziwszego, na swój sposób czystego, bo bez żadnych skojarzeń, wspomnień, czy uczuć. Pierwszy raz to muzyka sama w sobie zaczęła coś dla mnie znaczyć, a nie jedynie związane z nią wspomnienia.
W miarę jak coraz chętniej czytałam i słuchałam o ich inspiracjach, poglądach i planach, podświadomość zaczęła podsuwać mi nowe, irracjonalne marzenie: koncert. Przez długi czas wypierałam tę myśl swoim domniemanym rozsądkiem i ówczesnymi (dziś w pełni irracjonalnymi) poglądami. Bo przecież koncerty są bez sensu. Jak można się gnieść w takim dzikim tłumie z własnej, nieprzymuszonej woli? Po co i dla kogo? Przecież i tak znasz co najwyżej trzy kawałki… – no i tu czekał na mnie pierwszy haczyk. Znałam wszystkie teksty, jeśli już nie w całości, to przynajmniej kawałkami. Po co i dla kogo? Dla tych trzech facetów, których muzyka zdawała się docierać do samego rdzenia mojej osoby, jak nic i nikt inny wcześniej. Z moich rozsądnych argumentów przeciw pozostały tylko dwa: tłum i moje (dziś doprawdy śmieszne) przekonanie, że między płytą a wykonaniem na żywo nie ma szczególnej różnicy, a jeśli już, to tylko na plus płyty. Na szczęście, w odpowiednim momencie obejrzałam HAARPa. I przeżyłam szok, bo panowie z Muse SĄ lepsi na żywo. Zakochałam się, rzecz jasna, bez pamięci: w czerwonym garniturze Matta, w zielonych spodniach Doma, w puszczanych w tłum uśmiechach, w jednej jedynej Red Glitteratti Manson Guitar, w dzikich okrzykach (Knight Of Cydonia bez końcowego ‘COME ON WEMBLEY’ się po prostu nie liczy), w tych dodatkowych „jękach”, riffach, chórkach, w tych krótkich podziękowaniach, a przede wszystkim – w tym skaczącym tłumie i różnorodnych głosach, które jednym tchem wykrzykiwały „won’t let you bury it, I won’t let you smother it, I won’t let you murder it!”, gdy Matt dał im taką okazję. Wtedy pomyślałam sobie: cholera, chcę to przeżyć.
Na początku 2010 roku po cichu marzyłam więc sobie, jak by to fajnie było, gdyby przyjechali do Polski. HAARPa mianowałam na moją ulubioną płytę, a w międzyczasie stopniowo odkrywałam, że ich muzyka daje mi niewiarygodną wręcz siłę: pomaga przejść przez trudniejsze dni, czy zwalczyć codzienną dozę drobnych przeciwności (które, nie zapominajmy, w życiu nastolatka najczęściej zakrajają na koniec świata).
A potem był drugi marca i na lekcji języka polskiego dostałam najpiękniejszego smsa w swoim życiu, dodatkowo od najlepszej osoby, jaka stanęła na mojej drodze: „MUSE ZAGRA NA COKE LIVE MUSIC 21 SIERPNIA!!!!!!!!”. Nie umiem przywołać i opisać mojej reakcji, ale to był jeden z najszczęśliwszych dni w moim życiu. Bilety kupiłam już cztery dni później i nic nie liczyło się dla mnie bardziej od tych dwóch papierków.
W marcu zaczęła się więc pełnowymiarowa faza na koncertówkiHullabalooAbsolution Tour, HAARP, a w maju, podczas matur, udostępniony przez MySpace, koncert z Seattle, pierwszy z The Resistance Tour, który widziałam w całości. Koncertu w Polsce nie mogłam się doczekać. Sam fakt, że będę miała okazję stanąć gdzieś niedaleko tych trzech niewielkich ludzi o tak ogromnej mocy, napawał mnie niereformowalną ilością pozytywnej energii. Matura, studia? Who cares? Liczył się tylko ten mały punkt w przyszłości, ta jedna noc z 21 na 22 sierpnia. Potem mogłam umierać.
W końcu się doczekałam. Nie wiem jak to napisać, żeby zamieścić w kilku słowach choć część tego co czuję, gdy tę noc wspominam. Pobiła absolutnie wszystko, co do tej pory przeżyłam. Pierwszy raz w życiu doświadczyłam czegoś, co było lepsze od najpiękniejszego snu, czegoś iście metafizycznego. Te półtorej godziny czystej rozkoszy (Bliss) i kolejne 12 godzin życia w jakimś zupełnym amoku (Blackout), zaprzeczyły wszystkim prawom przyrody, o jakich się uczyłam. Unosiłam się nad chodnikami! Nigdy wcześniej nie czułam w sobie takiej siły! Po 23 godzinach bez jedzenia i spania, po 12 godzinach bez picia! Nie mogłam uwierzyć w to, jakim cudem wydobywam jeszcze z siebie głos, ruszam rękami i wylewam kolejne łzy szczęścia. Nigdy wcześniej nie czułam takiego spełnienia (a zarazem smutku, że to było tylko 90 minut, które minęły jak 15) – ta moc buzuje we mnie do dziś.  
Po 21 sierpnia już nie myślałam, teraz wiedziałam, byłam absolutnie pewna, że to jest to. Że nie będzie na świecie drugiego zespołu, który pokocham równie mocno. Nie będzie drugiego, który tak mnie zmieni, tak pięknie otworzy na muzykę.
Krótko mówiąc: zostałam pełnowymiarowym Muserem.
A ewoluowanie ze zwykłego człowieka w Musera bardzo przypomina przemianę mugola w czarodzieja: odmieniło całe moje dotychczasowe życie. To brzmi banalnie, tandetnie i nad wyraz patetycznie, ale to właśnie dzięki Muse zaczęłam wierzyć: i w siebie, i w swoje marzenia. Moje nastawienie do życia obróciło się o 180 stopni: we wszystkim nagle zaczęły istnieć pozytywne strony. I już nie miałam czego żałować.  
Muse nadał sens mojemu życiu, albo mówiąc prościej: pomógł mi ukształtować własną osobowość. To dzięki nim po raz pierwszy poczułam się kimś nieprzeciętnym, znaczącym i ważnym. A to niesamowicie pozytywne uczucie, które naprawdę ma siłę odmieniania. Nie mówiąc już o tym, że Muse zostało moją bramą do innej, szeroko pojętej muzyki. To bycie Muserem nauczyło mnie doceniać to, jak wielką rolę w naszym życiu może odegrać (i często odgrywa) muzyka, i CZUĆ ją całą sobą.
Nie wspominając już o tym, że Muse (adekwatnie do nazwy) jest głównym źródłem moich artystycznych inspiracji. To mój narkotyk. Moja życiowa ścieżka dźwiękowa.
Jeszcze raz podpisuję się pod tym, co kiedyś skrobnęłam pod zdjęciem: Umiecie naćpać się muzyką? Czuć, jak każde dotknięcie gitary, każdy ruch na klawiszach, każde uderzenie perkusji przenika przez Wasze bębenki i powoli rozpływa się po waszym krwiobiegu, wypełniając każdą najmniejszą komórkę? Ja umiem tak tylko z Muse.

6 komentarzy:

  1. Muszę pisać wprost, w którym momencie oczy zaszkliły mi się łzami?
    Ev

    OdpowiedzUsuń
  2. powinnaś wiedzieć, że ten tekst jest równie poruszający jak piosenki Muse właśnie. i mówię to świadomie, jako ich oddana fanka. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Mnie też tak wciągnęło - powoli, po troszku... Ani się obejrzałam, a nie potrafiłam przeżyć dnia bez odsłuchania choćby jednej piosenki.. I nadal nie umiem :) I co dzień, w każdej, choć tak znajomej melodii, odkrywam coś nowego, coś urzekającego. Nie potrafię tego opisać. Ty to pięknie ujęłaś w słowa.
    Emilien.

    OdpowiedzUsuń
  4. Mimo wszystko zawsze trudno mi jest ująć w słowa to, jak wiele dla mnie znaczą... Osobiście uważam, że nie ma na świecie takie słowa, które wyraziłoby tak jak bardzo ich kocham (;
    Ale cieszę się, że mój krótki opis się spodobał :)

    OdpowiedzUsuń