14.07.2011

Moje Potterowe Ja

Poniższy tekst jest delikatnie zmodyfikowaną wersją kiedyś już przeze mnie spisanej „historii z Potterem”, publikowanej na jakiś fanowskim forum. Nie pamiętam już czy to był konkurs czy zwykła publikacja, ale temat był narzucony: opisz Swoje Potterowe Ja. I jako, że nie mam pomysłu na nowy tytuł, zostawiłam ten. Myślę, że jest całkiem adekwatny.
_____________

Odkąd zaczęłam chodzić do szkoły i nauczyłam się czytać, nienawidziłam tej czynności z całego serca. Czytanie kojarzyło mi się tylko i wyłącznie z męką przebrnięcia przez nudne, niezrozumiałe i stare lektury. W efekcie, już jako dziecko, wyrobiłam sobie bardzo nieprzychylne zdanie o książkach. Nie wierzyłam, że istnieje na świecie książka, która potrafiłaby mnie zaciekawić, a nie wymęczyć, dlatego nawet się za takową nie rozglądałam. Czytałam minimum z minimum i to z niezadowoleniem malującym się na twarzy.
W czwartej klasie podstawówki, jedna z moich bliższych koleżanek, która zawsze czytała jak najęta, zaczęła mnie namawiać na przeczytanie Harry’ego Pottera, bo „to jest naprawdę fajne!”. Zbiegło się to w czasie z szumem w mediach: szykowano premierę pierwszego filmu i premierę (polską) czwartej części. Oczywiste więc, że tytuł obił mi się o uszy, ale miałam o tej sadze bardzo, ale to bardzo blade pojęcie: byłam bowiem święcie przekonana, że Harry Potter to historia o chłopaku, który podróżuje w przestrzeni gier komputerowych. Ten (dziś zabawny) wniosek wynikał z tekstu umieszczanego na tyle każdej kolejnej książki – „jeśli sądzisz, że w dobie komputerów sztuka czytania zanika zwłaszcza wśród dzieci to niezawodny znak, że jesteś mugolem!”. Natknąwszy się na ten tekst gdzieś w mediach uznałam, że musi być on ściśle powiązany z treścią książki, co z kolei doprowadziło mnie do przekonania, że „doba komputerów” to sedno historii Pottera. W związku z tym solidnie i konsekwentnie opierałam się gorącym namowom mojej koleżanki. Za żadne skarby świata nie chciałam czytać historii o jakimś CHŁOPAKU i jego głupich GRACH komputerowych.
Czynnikiem, który ostatecznie popchnął mnie do przeczytania pierwszej części był fakt, że inna koleżanka, z którą zawsze w jakimś stopniu współzawodniczyłam, zaczęła Pottera czytać. Szybko uznałam, że nie mogę być gorsza i pożyczyłam pierwszego tom.
Możecie sobie wyobrazić jak wielkie było moje zdziwienie, gdy zamiast komputera i kretyńskich gier komputerowych zastałam w pierwszym rozdziale jakiegoś dziwacznego gościa, który gasił światła, kota, który zmieniał się w człowieka, płaczącego olbrzyma na latającym motorze i paromiesięczną sierotę. To zdecydowanie nie sprostało moim komputerowym oczekiwaniom. Ale przyznaję: pierwszy rozdział mnie zaintrygował, więc na nim nie poprzestałam. Byłam ciekawa, kim jest ta sierota i o co w ogóle chodzi z tymi dziwnymi ludźmi i latającymi motorami. Gdy tylko Harry dotarł do Hogwartu, było już po mnie – przepadłam. Pierwszy raz czytałam książkę z własnej woli, a do tego z przyjemnością.
Akurat gdy skończyłam czytać (początkiem 2002), na ekrany kin weszła ekranizacja pierwszej części, więc poszłam na film z koleżanką i z ekscytacją niespełna jedenastoletniego dziecka odkryłam, że Dumbledore czyta się „dambldo:”, a McGonagall to nie nienaturalnie brzmiące „mcgonagal” ale „makgonagal”. O Snape’ieWeasley’u i tym podobnych już nie wspominając. Oczywiście film tylko spotęgował moją rosnącą fascynację i godzinę po seansie już siedziałam z nosem zanurzonym w drugiej części.
Tym sposobem, migiem przebrnęłam przez kolejne trzy części. Na piątą czekałam już jako fanatyczny fan, zarówno książek jak i filmów. Potter stopniowo zaczął „władać” moim światem. Dzięki niemu polubiłam czytanie, zaczęłam sięgać po inne książki i niezdrowo zainteresowałam się postacią samej Rowling, która do dziś stoi na szczycie listy moich życiowych autorytetów. Po premierze drugiego filmu za zabój zakochałam się w Danielu Radcliffe’ie (to była moja pierwsza poważna obsesja), a po premierze piątej książki rzuciłam się w wir pisania własnych wersji przygód chudego okularnika, co do dziś owocuje zamiłowaniem do tworzenia słowa pisanego…
To od Pottera zaczęła się moja przygoda z piórem. To od Pottera zaczęła się moja fascynacja Wielką Brytanią i językiem angielskim (pośrednio więc i przez niego poszłam na filologię angielską). Praktycznie wszystko zaczęło się od Pottera.
Wcale nie przesadzę, gdy napiszę, że ta seria książek odmieniła moje życie. To dzięki tym książkom odkryłam i stopniowo rozwijałam swoje pasje: do pisania, do czytania, nawet do fotografowania. Książki o Potterze nauczyły mnie cenić i korzystać z własnej wyobraźni. Dorastałam i uczyłam się życia razem z nimi.
Dzięki filmom odkryłam masę cudownych aktorów (a co za tym idzie, również masę świetnych filmów) i zainteresowałam się kinem samym w sobie. Dzięki Cerdickowi z czwartego filmu wpadłam na sagęZmierzchu, a dzięki temu i na Muse.
To Potterowi w wielkiej mierze zawdzięczam to, kim dziś jestem. Potter był i nadal pozostaje jedną z moich największych obsesji. Bo to premiery kolejnych książek i filmów były odpowiedzialne za wzbudzanie we mnie najpiękniejszych i największych emocji (dopóki nie przeżyłam koncertu Muse). Od Bilsko dziesięciu lat świat Rowling jest moją osobistą ucieczką od rzeczywistości. Moim domem.


Dziś, gdy czytam którąkolwiek część lub oglądam którykolwiek film, mam wrażenie, że wracam do swoich korzeni. Trudno opisać jak wiele te filmy i książki dla mnie znaczą. Czuję, że zawdzięczam im wszystko, co w moim życiu fajne i wartościowe. I dlatego nie umiałam powstrzymać łez, gdy Emma, Daniel, Rupert, David Heyman, David Yates, Steve Kloves i J.K. Rowling żegnali się na Trafalgar Square w Londynie. Jestem bliska stwierdzenia, że czułam dokładnie to samo, co oni.
Bo te dziesięć lat to były też najpiękniejsza lata w moim życiu. Właśnie dzięki Potterowi.