12.10.2011

Teatralna farsa

Poszłam wczoraj do teatru na komedię w doborowej obsadzie. Głupszej fabuły to chyba jeszcze nie widziałam, ale śmiałam się do rozpuku. Bo choć wielkiego sensu to nie miało, to rozrywce służyło pierwszorzędnie, zwłaszcza po siedmiu godzinach na uczelni. Ale choć cała sztuka była bardzo zabawna, tylko po siarczystym KURWA MAĆ z ust Rafała Królikowskiego (którego, swoją drogą, bardzo lubię), sala zatrzęsła się od oklasków. I to był moment, gdy mój śmiech zbladł. Teatr. Wszyscy ubrani elegancko, najlepszy garnitur, żakiet, apaszka, makijaż włączenie z manicure bez zarzutu. Rozdajemy kulturalnie uprzejme uśmiechy wszystkim wokół, prowadzimy konwersacje o sztuce „na poziome”, oh, ależ my się cudownie odchamiamy! A potem klaszczemy z uznaniem, bo ktoś sobie siarczyście przeklął. Tak łatwo nas zadowolić. Tak łatwo to przewidzieć. Siedziałam koło wysoko postawionych urzędników. Pan w ciemnozielonym garniturze po mojej prawej stronie klaskał ochoczo. Ale jak by usłyszał na ulicy mnie - przeciętną młodą osobę, z torbą przewieszoną na ramieniu, słuchawkach w uszach i telefonem w ręku - jak mówię „kurwa mać”, to daje sobie głowę uciąć, że byłby gotów eksplodować z oburzenia.

Ale najbardziej przykry i tak jest dla mnie widok pani po czterdziestce, która poodnosi się z fotela i z podekscytowaniem mówi do męża: „ależ fantastyczna sztuka, no fantastyczna! Najlepsza jaką widziałam!”. Doprawdy przykro mi, że nie widziała pani lepszej sztuki. Naprawdę tak łatwo panią zadowolić? Naprawdę widzi w tym pani arcydzieło? A widziała pani „Kamienie w kieszeniach”? Też śmieszna, ale nie taka głupia. Miała przekaz, dawała do myślenia. A „Glany na glanc”? Chyba najlepsza sztuka, jaką miałam okazję oglądać. Choć to już akurat nie była komedia.
Nie chcę wyjść na snoba, bo sama klnę jak szewc i czasem lubię oglądnąć coś totalnie pozbawionego sensu, a nic nie bawi mnie bardziej jak przekleństwo w odpowiednim momencie. Ale nic nie poradzę na to, że reakcją ludzi byłam zawiedziona. Nie pierwszy raz z resztą, bo raz już miałam okazję oglądać sztukę totalnie bez sensu i wtedy też nie mogłam wyjść z podziwu, gdy oniemiały zachwyt malował się na prawie każdej twarzy wychodzącej z sali. A dzień później, gdy nie mogłam wytrzymać już na drugim akcie „Fausta” (a miał cztery z tego co pamiętam) w Warszawskiej Operze, spotkałam się z jawnie pogardliwymi spojrzeniami pt. „no tak, niededukowana ignorantka, która nie potrafi docenić klasycznej sztuki i zadowala się jakąś bezsensowna sieczką”. Doprawdy, miło.
Nie twierdzę, że wczorajsza sztuka była zła. Przecież śmiałam się jak opętana, niesamowicie podobała mi się gra aktorska (szczególnie Cezarego Kosińskiego) i z entuzjazmem oklaskiwałam znane twarze. Ale nie wyszłam z sali bezgranicznie zachwycona, nie potrafiłam podzielić tego ogromnego entuzjazmu ludzi wokół. No fajna sztuka, super aktorstwo, prześmieszne dialogi. Zgadzam się. Ale to tyle. Zero przekazu.
Dziś już nie pamiętam, o czym była tamta Warszawska komedia, nawet tytułu nie potrafię sobie przypomnieć. A „Kamienie w Kieszeniach” nieprzerwanie tkwią w mojej pamięci. Bo nie sposób jest teraz stworzyć komedię, na której wszyscy będą się śmiali do rozpuku. Co innego stworzyć spektakl, gdzie żart niepostrzeżenie przeplata się z prawdziwym dramatem. Gdzie głośny śmiech blednie nagle w obliczu zastanawiającej ciszy. To takie komedie cenię sobie najbardziej. Choć wiem, że nie przyjmują się one tak łatwo jak „Boeing Boeing” grany wczoraj na deskach Tarnowskiego Teatru w ramach piętnastego festiwalu Talii.
Był ktoś? Ktoś chętny wyrazić swoją opinię na temat teatru?