INF [16.7.2017]: w razie jakby kogoś martwiła moja nieobecność: wzięłam urlop od blogowania. Do września pojawią się tu (jeśli w ogóle) wyłącznie kadry i relacje z moich skromnych wojaży. Stay tuned.

31.12.2011

Nowy Rok

Nie miałam planów na sylwestra. Pierwszy raz od nie pamiętam kiedy nie miałam absolutnie żadnych planów na sylwestrową noc. Nie wiedziałam nawet, co będę oglądać. Czy w ogóle będę coś oglądać.
Nie byłam pewna, czy potrafię wyobrazić sobie sylwestra bez przyjaciół, rodziny lub jakiegokolwiek towarzystwa. Całkiem sama? Jeszcze miesiąc wcześniej wydawało mi się to takim fantastycznym pomysłem, a dzień przed nawet nie wiedziałam jakie kierowały mną motywy, gdy namawiałam rodziców na wyjazd do przyjaciół w góry, a własnym znajomym odmawiałam imprezy w knajpie pod pretekstem wypadu na narty z rodzicami.
Jeszcze rano 31 grudnia, gdy rodzice mocowali się z walizkami w przedpokoju, a brat za ścianą dogadywał szczegóły domówki u kumpla, mocno biłam się z myślami, czy nie obdzwonić znajomych i nie wkręcić się na jakąkolwiek imprezę.
I dopiero gdy w domu zrobiło się pusto, przypomniałam sobie, dlaczego tak bardzo chciałam być sama.
No bo po co świętować odejście przeciętnego roku licząc na kolejny iście niezwykły, który i tak okaże się przeciętniejszy od poprzedniego? Chciałam zrobić światu na złość, zbuntować się i spędzić sylwestrową noc samotnie, pod kołdrą, w łóżku, bez telewizora, sama jak palec. Obrażona na cały świat, w niemym buncie, bo miałam dość tego, że nic się nie dzieje, nic się nie zmienia. Chciałam wypiąć się na wszystkich i na wszystko przysłowiowym tyłkiem. Ale gdzieś tam w głębi duszy jednak żarzyła się iskierka nadziei, że może taki buntowniczy sylwester wreszcie przyniesie oczekiwaną zmianę i Nowy Rok nie będzie już tak przeciętny, jak 22 poprzednie.
Dopięłam swego: spędziłam sylwestra samotnie, w łóżku, oglądając ulubione odcinki seriali. O północy włożyłam w uszy słuchawki, włączyłam ulubiony album i udawałam, że nie słyszę fajerwerków. O wpół do pierwszej próbowałam już zasnąć.
1 stycznia byłam w pełnej gotowości na jakąś zmianę, przełomowe wydarzenie, czy jakieś niespodziewanie spełnione marzenie. Które nie nadchodziły. Moje wielkie nadzieje spłonęły do reszty na długo przed kolejnym sylwestrem: to był kolejny, przeciętny rok.
Nie umiem wyjaśnić dlaczego i w jaki sposób, ale pewnego dnia po prostu zrozumiałam, że mój „buntowniczy” sylwester niczym nie różnił się od tych poprzednich. Owszem, nie świętowałam, nie piłam, nie tańczyłam, ale wciąż oczekiwałam i liczyłam na lepszy rok. Oczekiwałam i liczyłam, nic poza tym.
Dostrzegłszy więc bezsensowność mojego buntu, kolejnego sylwestra spędziłam hucznie, z gronem przyjaciół, alkoholem i tańcem. Tylko tym razem postanowiłam niczego bezczynnie nie oczekiwać. I co to dało?
Można by się tu spodziewać radosnego happyendu, w którym stwierdzam, że kolejny rok był iście przełomowy, że spełniły się moje marzenia, że tyle udało mi się dokonać, tyle zobaczyć i przeżyć… otóż nie. Nie było żadnego happyendu. Żadnej gwiazdki z nieba, żadnego księcia na białym koniu i podróży w kosmos. A mimo to, przeżyłam najbardziej udany rok w swoim życiu. Nie dlatego, że los się do mnie uśmiechnął, ale dlatego, że wreszcie wzięłam wszystko w swoje ręce. Przestałam czekać i bezczynnie marzyć, zaczęłam o te marzenia walczyć. I co z tego, że nic jeszcze nie wywalczyłam? Satysfakcję przynosi sama walka.
Bo możemy szukać przyczyn szczęść i nieszczęść w świecie zewnętrznym, ale prawda jest taka, że większość ich prawdziwych źródeł wypływa gdzieś ze środka nas samych. To zabawne, jak o wiele prostsze i atrakcyjniejsze staje się życie, gdy uświadamiasz sobie tę oczywistą prawdę na własnej skórze. Jasne: to nierzadko boli, do łatwych zadań nie należy i nigdy nie przynosi efektów od razu. Tak, ta droga jest usłana tysiącem mniejszych i większych porażek, ale gdzieś tam w głębi daje prawdziwą satysfakcję. Satysfakcję, której żaden zewnętrzny czynnik Ci nie odbierze.
- Chciałabym wiedzieć, o co chodzi w życiu – westchnie Weronika.  
A czy dzisiaj ktoś jeszcze w ogóle rozmawia o życiu w taki naturalny, poznawczy sposób? Od serca, z własnego doświadczenia, a nie poprzez pryzmat przeczytanych książek, zasłuchanych opinii, wyuczonych teorii i oglądniętych filmów…? Zastanawiasz się czasem, jaką odpowiedź na to pytanie otrzymałbyś od najbliższego przyjaciela? I jak Ty sam byś na nie odpowiedział?
Ja odpowiadam krótko: o walkę. Chodzi o walkę. Nie fizyczną, nie z innymi, nie ze światem, ale przede wszystkim z samym sobą.
Bo to wszystko jest w Twoim mózgu.

2 komentarze: