28.06.2011

ZDJ: Muse Inspires pt II

Wstęp do tematu, czyli o mojej obsesji możecie przeczytać TUTAJ.
Część pierwsza TUTAJ.
__________________________
MUSE INSPIRES, część druga: autoportrety.

Chyba w nic nie wierzę bardziej, jak w ich muzykę. Mam wrażenie, że to ona trzyma mnie przy zdrowych zmysłach. Ich muzyka jest dla mnie niezastąpiona: skłania do przemyśleń, mobilizuje do działania, zwraca moją uwagę na rzeczy, koło których dawniej przechodziłam zupełnie obojętnie. Ich muzyka wzrusza, dodaje siły. Często mam wrażenie, że jedna linijka ich tekstów mówi więcej niż milion moich własnych słów. Dlatego też każdy kolejny autoportret inspirowany ich tekstami ma dla mnie wyjątkowe znaczenie.
Aczkolwiek zacznę od tych mniej znaczących.


Musemania - bo słuchanie Muse to sama radość (;

Poniższe zdjęcie powstało z myślą o wakacjach 2009, gdy to każdego ranka budziło mnie Feeling Good (ich drugi krążek – Origin Of Symmetry). Najlepszy cover na świecie. 


And I’m Feeling Good

Sunburn (pierwszy album – Showbiz) jest jedną z tych piosenek, w której fortepian wydaje mi się najcudowniejszym dźwiękiem na ziemi. 


Sunburn

Kiedyś (i niejednokrotnie zresztą) na MTVrocks usłyszałam bardzo trafny komentarz dotyczący Plug In Baby (drugi krążek – Origin Of Symmetry), który brzmiał mniej więcej tak: ‘if THAT doesn’t make you wanna play the guitar, I don’t know what will’. Potwierdzę z autopsji: słuchając tego nie umiem się powstrzymać od udawania, że gram na gitarze, a co gorsze, zwykłam wyśpiewywać cały początkowy riff (tak, to się da "wyśpiewać", każdy Muser Wam to powie). Znając genezę piosenki, łatwo pokusić się o skojarzenie z narkotykami, choć dla mnie osobiście samo słowo muse jest swoistym synonimem narkotyku. 


My Plug In Baby 

Jest jedna piosenka, której pierwsze dźwięki niezawodnie podnoszą mi poziom endorfin we krwi. Gdy jest mi źle i nie za bardzo wiem, co ze sobą zrobić, włączam Map Of Your Head (jeden z fantastycznych b-side’ów, załączony na Hullabaloo Soundtrack CD1). 


Map Of Your Head (przy czym mapa oczywiście Londynu)

______________________
Lepszej jakości zdjęcia dostępne są na DA (link pod nagłówkiem).

15.06.2011

Burning issue...?

Znacie to uczucie? Piekące, palące, irytujące, nie pozwalające Wam usiedzieć na miejscu? W pierwszym odruchu zawsze mam ochotę je skutecznie znokautować. Potem mam ochotę dać mu wolną rękę i działać, a w efekcie końcowym zawsze miotam się miedzy jednym i drugim, nie mogąc znaleźć sobie miejsca.
Paląca potrzeba zmiany.
Nie, żadna przeprowadzka, żaden związek, żadna drastyczna zmiana w wyglądzie, żadne nowe znajomości, wycieczki, życiowe próby, niezapomniane przeżycia i tym podobne. Nie o taką potrzebę zmiany mi chodzi. Takową, póki co, odkładam sobie w czasie i przestrzeni na inny moment. Chodzi o zmiany subtelne, wewnętrzne, indywidualne. Poniekąd trudne.
Bo jednak wciąż jestem „w ruchu”. Buduję sobie solidne fundamenty własnej osobowości, ale bardzo ślamazarnie i fragmentarycznie. Są we mnie elementy które już pewnie nigdy nie ulegną zmianie, ale są i takie, które zmieniają się non stop, lub zmian ciągle wymagają. Bo jednak dalej błądzę, dalej szukam, dalej potrzebuję chwilowych fascynacji, przelotnych doświadczeń - podświadomie szukam sobie bodźców, które potencjalnie mogą wpłynąć na moją osobowość. Dokształcą ją, uzupełnią. Wciąż daleko mi do kompletnej jednostki – w końcu ta paląca potrzeba zmian nie bierze się z powietrza.
Nic nie bierze się z powietrza. Czasem minie sporo czasu zanim to do nas dotrze, ale wszystko ma jakiś cel. Albo przynajmniej kiedyś takowy zyska. To jest jedna z moich najświeższych, złotych myśli.
Jeszcze nie wiem co z tą palącą potrzebą zrobię. Może ją zduszę, a może jakimś cudem przetransformuję na motywację do subtelnego działania.  Na razie miotam się sama w sobie, niepewna tego kim byłam, jestem i będę. Ale kiedyś na pewno to rozgryzę.

______________
Zdjęcie: autoportret „Hear Both Sides”, więcej info na DA.

04.06.2011

ZDJ: Tea Party backstage

Tę sesję planowałyśmy już od około roku. Przygotowanie i zorganizowanie jej było czasochłonne i wymagało dużo zaangażowania od każdej z nas. Trudno było wszystko zgrać: stroje, odpowiedni termin, ładną pogodę. Pierwsza próba zrealizowania pomysłu spełzła na niczym, bo padał deszcz. Na drodze do drugiej próby stało więcej przeciwności niż do pierwszej, ale koniec końców: podołałyśmy, słońce nas nie zawiodło i sesja się odbyła (;
I choć organizacja kosztowała nas sporo nerwów, sama sesja była świetną zabawą, definitywnie wartą zachodu (;

Poniżej prezentuję krótki backstage z owej sesji. W rolach głównych wystąpiły:

Alicja: Maja W.
Kapelusznik: Kamila R.
Czerwona Królowa: Klaudia Z.
Biała (złota) Królowa: ja.
Królik: Anita O. zwana Czystą (;
Tło: sad w Żabnie.

Nasza Alicja przyjechała aż z Nowego Sącza! (;

To, co Kama ma na sobie jest lepsze od oryginału. Wykonanie od A do Z jej autorstwa. Po prawej możecie podziwiać Miśka, który czasem wchodził nam w kadr (;


Maja najadła się sporo ciastek (;

Farba, którą używałyśmy do makijażu była nieco felerna, dlatego twarz Czerwonej Królowej nie jest idealnie gładka (może byłaby gdybym była bardziej zaawansowanym użytkownikiem photoshopa -,-).

Biała Królowa w moim wykonaniu była generalnie bardziej złota. Zarówno z „makijażu” jak i z sukni (;

Anita miała tyle farby na twarzy, że nie mogła się śmiać, bo każdy mimiczny ruch powodował „złuszczanie się” farby z twarzy (;


Jak widać na załączonych ostatnich obrazkach: zabawa była przednia (;

Efekty naszej zabawy można prześledzić na deviantarcie (link pod nagłówkiem bloga), ale za jakiś czas umieszczę tu też posta ze zbiorem wszystkich opublikowanych zdjęć w tym temacie (;

01.06.2011

It all seems like distant dreams

Kiedyś gdzieś przeczytałam (lub usłyszałam…), że człowiek podejmując najważniejsze decyzje zawsze jest sam. I osobiście uważam, że to prawda. Chyba właśnie na tym polega dorosłość. Już nie tylko możesz, ale musisz sam o sobie zadecydować. Nikt Ci już nie powie co masz zrobić i jak postępować by wyjść na tym dobrze: musisz decydować sam. Układać sobie teraźniejszość i przyszłość według własnego planu. Jeśli takowy masz.
Mówią, że nastolatkom spieszno do dorosłości. Mi jako nastolatce nigdy śpieszno nie było. Nigdy też do końca nie wiedziałam, co chcę robić. Szczerze mówiąc, nigdy nie miałam swojego konkretnego planu na życie: zawsze brakowało (i wciąż brakuje) mi odwagi do stawiania stanowczych kroków w stronę marzeń.
A to prawda co mówią: prędzej czy później dorosłe życie okazuje się trudne.
Popadam w stan zadumy, ale inaczej niż rok temu. Fakt, że nie dostałam się na studia tam, gdzie planowałam, nauczył mnie trochę pokory (której i tak wciąż mi brakuje). Fantastyczne wakacje pokazały, że czasem trzeba przygarnąć to, co podsuwa nam los. Kilka dramatycznie zakończonych znajomości dało mi do zrozumienia, że nic nie dzieje się bez przyczyny, a podejmowanie decyzji oznacza wybieranie jednej rzeczy kosztem drugiej. Nie można mieć wszystkiego, tak jak i nie można wszystkich uszczęśliwić. Zamiast tego trzeba uczyć się akceptować i mądrze wybierać.
Z autopsji wiem, że decydowanie jest procesem długotrwałym i męczącym. To wybieranie pomiędzy sprzecznościami: nieśmiałe marzenia przeplatane stawiającą do pionu rzeczywistością. A jakąkolwiek decyzję podejmiesz, nie dowiesz się czy jest dobra, dopóki życie samo Ci tego nie dowiedzie. Czasami musisz zdecydować się na coś, co zaowocuje i okaże się jasne dopiero po jakimś czasie. To trochę jak błądzenie po omacku. Ale jak to mówią: if you never try you’ll never know. Trzeba decydować. Trzeba wybierać. Tylko tak można zrobić krok do przodu i do czegoś dojść.
Nie lubię takich nastrojowych fanaberii. Spędzam czas na burzliwych dyskusjach z samą sobą, zamiast zakuwać. A jeszcze wczoraj to wszystko było takie odległe…


______________
Zdjęcie: autoportret na długim czasie, więcej info na DA.