INF [17.3.2017]: o Londynie słów kilka. W przyszły piątek pewnie coś bardziej na rozkminę. Stay tuned!

27.07.2011

Hello, I'm The Doctor!

Pomijając moje wakacyjne życie towarzyskie w obrębie miasta, ostatnimi czasy, za pomocą mojego laptopa, (który wynikiem ostatnich badań okazał się dziewczyną - ha, TARDIS też jest dziewczyną!) podróżuję sobie w czasie i przestrzeni razem z „Doctorem Who”. Po obaleniu pierwszego sezonu (9th Doctor) pomyślałam sobie: „Chryste, dlaczego nie oglądałam tego wcześniej, przecież to jest takie zajebiste!”, ale potem szybko się zreflektowałam: w końcu wszystko przychodzi w swoim czasie. I myślę, że faza na „Doctora Who” przyszła, gdy bez wyrzutów sumienia mogę odstawić na bok Harry’ego Pottera i Gwiezdne Wojny i rzucić się w wir nowej, nerdowskiej obsesji! Stare źródło mocy musiało ewoluować, w końcu wszystko kiedyś umiera, a wszechświat nie może stać w miejscu, jakby to The Doctor powiedział. 


Generalnie, właśnie zyskałam nowego fikcyjnego idola. Co prawda znam na razie jedynie dwa wcielenia z całych jedenastu, ale już kocham je całym sercem, o czym w dużym stopniu zadecydowała Doctorowa miłość do bananów. No i trampki w dziesiątym wcieleniu. I może ten uśmiech. I ten entuzjazm. I ten geniusz. Ale naprawdę niewielki udział miał w tym fakt, że w każdym odcinku Doctor ratuje wszechświat przed różnorakimi obcymi.
Nie wiecie o czym mówię? Jak lubicie bajki, fantastykę przemieszaną z science-fiction, Wielką Brytanię, BBC, brytyjski akcent i humor – „Doctor Who” się Wam spodoba. Ja, po obaleniu drugiego sezonu i wysmarkaniu czterech chusteczek doszłam do wniosku, że to najlepszy serial, jaki kiedykolwiek oglądałam. I teraz, będąc już przy otwarciu sezonu czwartego, podtrzymuję – jeśli o mnie chodzi: najlepszy serial jaki oglądałam. 
W dodatku ta niesamowita ścieżka dźwiękowa! Polecam! 

22.07.2011

"Epic Finale" part I

Poniższy tekst został napisany 19 listopada 2010, żadnych zmian nie wprowadzałam. Część druga pojawi się, jak ogarnę co dokładnie chcę napisać o drugim filmie. 
_____________________________________
Po półtorej roku przerwy to znowu się stało. Po przedłużającej się ciszy znowu nastąpiła magiczna eksplozja. Potter wrócił na ekrany. Osobiście uważam, że trudno jest oceniać część pierwszą Deathly Hallows, gdy nie zna się jeszcze drugiej, bo siłą rzeczy to powinna być spójna całość. Jednakże MUSZĘ napisać choćby wstępną recenzję, bo majaczące na horyzoncie kolejne miesiące czekania nie wyglądają zachęcająco.
Słowem wstępu: pierwszy (i niewykluczone, że ostatni) raz poszłam do kina na pokaz iście premierowy, bo na godzinę 00.01. Przekonały mnie do tego zasadniczo dwa czynniki: brak zajęć w piątek, grupa chętnych przyjaciół i premierowe napisy (BOŻE, wreszcie poszłam do kina i zobaczyłam Pottera w oryginalne, a nie z tym osłabiającym dubbingiem!). Naszym pierwszym (niezaprzeczalnie miłym) spostrzeżeniem tuż po przybyciu był fakt, że prawie wszyscy widzowie byli w zbliżonym do nas wieku (18-21 lata). To tylko utwierdziło nas w przekonaniu, że Harry Potter naprawdę w niektórych będzie żył wiecznie, a nasze pokolenie jest tym szczęśliwym, które miało okazję wychować się na tych książkach, dorastać z nimi, przeżywać, czekać, zgadywać. Nie wierzę, że jakiekolwiek dziecko, które ma teraz 11 lat, potrafiłoby, za 9 lat, zrozumieć, a tym bardziej doświadczyć tego uczucia, jakie ogarnęło mnie, gdy siedziałam w tym kinowym fotelu… tego nie można racjonalnie wytłumaczyć komuś, kto sam tego nie doświadczył. Tego wielkiego przywiązania, sentymentu, jawnej miłości do fikcyjnego świata, który uczył nas żyć, śmiać się, płakać, emocjonować, czekać, czytać, pisać (przynajmniej w moim przypadku), godzić się z losem, cenić przyjaźń, pogardzać wyzyskiem i rasizmem… Harry, Ron i Hermiona byli moimi pierwszymi prawdziwymi przyjaciółmi, takimi na dobre i na złe, zanim jeszcze w moim życiu pojawili się ludzie, bez których obecnie nie wyobrażam sobie samej siebie. To ta trójka pokazała mi, na czym polega przyjaźń. Ten świat zawsze był i wciąż jest dla mnie cudowną ucieczką od rzeczywistości, która nie tylko relaksuje, ale też uczy. I to uczy wartości najważniejszych – jak dobrze i godnie żyć. Co cenić, a co zwalczać. To definitywnie są książki mojego życia i żadne, które przyszły i przyjdą po Potterze nie będą w stanie ich zastąpić. Znam Harry’ego od 9 lat i przeżyłam z nim najtrudniejszy okres w moim życiu: dojrzewanie. I jestem wdzięczna losowi, że miałam okazję tego doświadczyć: tych wszystkich niezapomnianych, gigantycznych emocji.
Emocje przed seansem rzeczywiście były mniejsze niż zazwyczaj – wiek i długie lata wprawy jednak robią swoje, nie ma już w nas tego szalonego zapału rozochoconych nastolatków, za to jest ogromny sentyment i wspomnienie szaleństwa… Ludzie starsi ode mnie przyszli zobaczyć ten film w własnoręcznie przez siebie zrobionych tiarach – wiecie jaki to był niesamowity widok? Aż coś za serce ściska, gdy widzisz dorosłą już osobę w papierowej tiarze na głowie i po prostu wiesz, że 9/10/11 lat temu, ta sama osoba, tylko trochę mniejsza, z zapałem czytała pierwszą książkę - książkę, która potrafiła zaczarować i wszystko odmienić.
Dopiero, gdy na ekranie pojawił się ten znajomy napis, zdałam sobie sprawę, jak potwornie za tym magicznym światem tęskniłam. Jak bardzo mi było brak tych emocji.
Jak zawsze, te ponad dwie godziny przeleciały niczym 10 minut. Jak zawsze, wychodziłam z kina oszołomiona i zmieszana: z jednej strony byłam trochę zawiedziona, a z drugiej strony zupełnie zachwycona. Jak zawsze, potrzebowałam dłuższej chwili by to wszystko w sobie przetrawić. I jak zawsze doszłam do niezachwianej prawdy: to nigdy nie jest to samo, co książka. Nigdy nie było. Filmy są zasadniczo wierne fabule, świetnie zrobione, umiejętnie obsadzone, niesamowicie zagrane i dopracowane. Ale to nie to samo, co podróż po świecie fantazji zamkniętej w Twojej własnej głowie. Niektórych opisów po prostu nie można przetworzyć na równie wzruszające i dotykające, cyfrowe obrazy. W filmach zawsze czegoś brakuje. Być może chodzi o tą wyjątkową, intymną i indywidualną więź z bohaterami – bo taka może zawiązać się tylko i wyłącznie poprzez książki. W filmie niewiele pozostaje miejsca na własne wyobrażenia czy dopowiedzenia. Ponad to: jeszcze nigdy nie zdarzyło się, żeby scenarzyści i reżyserzy nie pominęli lub nie zniekształcili któregoś z wątków. Tak było i teraz. Już dawno temu doszłam do wniosku, że podobnych sytuacji w adaptacjach filmowych po prostu nie można uniknąć, ale mimo to, łudziłam się, że skoro podzielili film na dwie części, to nie pominą… ABSOLUTNIE NICZEGO! No i pod tym względem istotnie się zawiodłam: było dużo scen i wątków, które osobiście uważałam za istotne, a które zostały pominięte (przykładowo brak pożegnania z Drusley’ami, wątek z Glizdogonem i jego śmiercią, zamienienie Harry’ego w kuzyna Rona na weselu, wątek kłótni między Lupinem i Harry’m o dziecko, audycje radiowe i Dean Thomas), jak i również kilka, które przekręcono (przykładowo wątek Hedwigi i kwestii zdradzenia się przez Harry’ego śmierciożercom). Zasadniczo jednak, co muszę przyznać, z każdej przekręconej historii zgrabnie wychodzili na prostą (czy im się to w pełni udało przyjdzie oceniać w lipcu) i nic większego zgrzytu nie spowodowało. A warto naznaczyć też, że dzięki rozdzieleniu filmu na dwie części, istotnie postarali się o więcej szczegółów. Jest znacznie więcej dialogów wyjętych prosto z książki, więcej książkowych drobiazgów, więcej skupiania się na drobnostkach. Widać, że zyskując więcej czasu do realizacji, pozwolili sobie rozbudować niektóre ze scen tak, aby przedstawić je bardziej efektownie (niszczenie horkruxa było niesamowite, podobnież ucieczka przed Szmalcownikami – choć wątek ten nieco przekręcili, sama scena próby ucieczki jest świetna). Ponadto niech za przykład dobrze wyeksponowanych wątków posłuży scena w Dolinie Godryka – trafiła w moje gusta, w zasadzie wszystko, co tam pokazali, wyobrażałam sobie tak samo. A walka z wężem była doprawdy zapierająca dech w piersiach. Podobnie było ze sceną wyławiania miecza. Kapitalnie poprowadzony został też wątek ojca Luny – niemal każdy szczegół się zgadzał!
Tradycyjnie, twórcy nie zrezygnowali też z możliwości dodania czegoś od siebie – ale były to naprawdę dobre i pasujące sceny. Przykładowo scena, gdy Hermiona spaceruje po lesie i napotyka Szmalcowników, którzy nie mogą jej zobaczyć. Ponadto bardzo podobała mi się scena tańca Harry’ego i Hermiony – taka krótka chwila zapomnienia, próba oderwania się od nękających ich spraw – zaskakująco prawdziwie im to wyszło.
Przyznaję, że na te trzy Potterowe filmy nakręcone przez pana Yatesa ten, jak dotąd, podobał mi się najbardziej. Najmniej mnie zawiódł. Był bardzo efektowny, i nie zabrakło powodów do wzruszeń (przykładowo: może nie płakałam tak jak podczas czytania, ale uroniłam kilka szczerych łez, gdy Dobby umierał w ramionach Harry’ego). Co ważne, mimo iż ostatnia część z zamierzenia miała być bardzo mroczna, nie zabrakło w filmie krótkich chwil, które wywoływały uśmiech na ustach – a to sobie cenię.
Po raz kolejny będę chwalić grę aktorską. Uwielbiam w tych filmach każdego aktora z osobna. Nie zauważyłam nikogo, na kim mogłabym wieszać psy za nieprzekonującą grę. Emma i Dan są niesamowici, ale moim idolem chyba i tak pozostanie w tej części Rupert – nie wierzę już, że na tej planecie istnieje osoba, która zagrałaby Rona lepiej niż on.  Poza tym moja ukochana świta: Alan Rickman, Ralph Fiennes, Jason Isaac – nie żeby mnie ciągnęło do czarnych charakterów – wprowadzali moje serce w drżenie za każdym razem jak tylko pojawiali się w polu widzenia. Angielski akcent Ralpha i głos Alana, moim skromnym zdaniem bije na głowę niemal każdy inny. Cudowna była również Imelda Stauron (to jej słynne, słodkie „yhym” do końca życie będzie mnie bawić) oraz Helena-Bohman Carter – ideał oszalałej czarownicy, jeśli mnie o zdanie pytacie. Uwielbiam tą kobietę.
Efekty specjalne i charakteryzacja, jak nie trudno się domyślić, stały na bardzo wysokim poziomie. Jedyne, co mnie nieco drażniło, to oczy Voldemorta. Przecież on miał być straszny – i generalnie za takiego bym go uważała, gdyby nie te duże, niesamowicie błękitne oczy, które za każdym razem skutecznie odwracały moją uwagę od całej potwornej reszty jego wężo-podobnego ciała! Podobnie Stworek – o ile w Piątce mnie przerażał, tak tutaj skupiałam się tylko na jego aż nienaturalnie niebieskich oczach. I niesamowicie rozczulały mnie te małe, dziecięce buty Zgredka! Kreacje Pana Lovegooda oraz suknia ślubna Fleur też były niesamowite. Widać, że charakteryzatorzy dbali o każdy detal i to naprawdę dawało niesamowity efekt.
Co do efektów specjalnych, wiele napisać nie mogę, bo jak zakładam, te największe i najbardziej wbijające w fotel są wciąż dopiero przed nami. Ale jak wcześniej wspomniałam: moim zdaniem, każda kolejna scena akcji była pokazana bezbłędnie – pełna napięcia, zaskakujących obrotów akcji i dynamiki. Każda scena była umiejętnie połączona z kolejną – jak dla mnie nic dodać i nic ująć. Najbardziej jednak zaskoczyli mnie powieścią o Trzech Braciach. Nie spodziewałam się niczego nadzwyczajnego, myślałam, że może zdobędą się na jakąś mglistą retrospekcję dawnych czasów i to wszystko… to, co zobaczyłam na ekranie zupełnie mnie zachwyciło! Ta animacja z miejsca zdobyła miano mojej ulubionej sceny. Już sama jej kolorystyka i sposób w jaki zmieniały się obrazy były mistrzowskie.
Ponadto, jak w każdym filmie o Harry’m Potterze, mocnym elementem była świetna ścieżka dźwiękowa. Być może to tylko moja subiektywna opinia, ale ja ubóstwiam każdą kolejną nutę pisaną celowo pod Pottera. Jeszcze nie było ścieżki, która by mi się nie spodobała. Te dźwięki są zawsze niesamowite: mroczne, pełne napięcia, strachu, innym razem radości, zabawy… Muzyka do Pottera jest dosłownie przesiąknięte magią. W zestawieniu z dobrym obrazem i świetną grą aktorską robi to nieziemskie wrażenie.
Podsumowując, zdecydowanie więcej dostrzegam w tym filmie plusów niż minusów i to niezmiernie mnie cieszy, zwłaszcza, że po szóstej części miałam odczucia znacznie bardziej negatywne. Mam nadzieję, że druga część również mnie nie zawiedzie, a wręcz (jak to zapowiadają) jeszcze bardziej mnie zachwyci swoją „epickością” (;

14.07.2011

Moje Potterowe Ja

Poniższy tekst jest delikatnie zmodyfikowaną wersją kiedyś już przeze mnie spisanej „historii z Potterem”, publikowanej na jakiś fanowskim forum. Nie pamiętam już czy to był konkurs czy zwykła publikacja, ale temat był narzucony: opisz Swoje Potterowe Ja. I jako, że nie mam pomysłu na nowy tytuł, zostawiłam ten. Myślę, że jest całkiem adekwatny.
_____________

Odkąd zaczęłam chodzić do szkoły i nauczyłam się czytać, nienawidziłam tej czynności z całego serca. Czytanie kojarzyło mi się tylko i wyłącznie z męką przebrnięcia przez nudne, niezrozumiałe i stare lektury. W efekcie, już jako dziecko, wyrobiłam sobie bardzo nieprzychylne zdanie o książkach. Nie wierzyłam, że istnieje na świecie książka, która potrafiłaby mnie zaciekawić, a nie wymęczyć, dlatego nawet się za takową nie rozglądałam. Czytałam minimum z minimum i to z niezadowoleniem malującym się na twarzy.
W czwartej klasie podstawówki, jedna z moich bliższych koleżanek, która zawsze czytała jak najęta, zaczęła mnie namawiać na przeczytanie Harry’ego Pottera, bo „to jest naprawdę fajne!”. Zbiegło się to w czasie z szumem w mediach: szykowano premierę pierwszego filmu i premierę (polską) czwartej części. Oczywiste więc, że tytuł obił mi się o uszy, ale miałam o tej sadze bardzo, ale to bardzo blade pojęcie: byłam bowiem święcie przekonana, że Harry Potter to historia o chłopaku, który podróżuje w przestrzeni gier komputerowych. Ten (dziś zabawny) wniosek wynikał z tekstu umieszczanego na tyle każdej kolejnej książki – „jeśli sądzisz, że w dobie komputerów sztuka czytania zanika zwłaszcza wśród dzieci to niezawodny znak, że jesteś mugolem!”. Natknąwszy się na ten tekst gdzieś w mediach uznałam, że musi być on ściśle powiązany z treścią książki, co z kolei doprowadziło mnie do przekonania, że „doba komputerów” to sedno historii Pottera. W związku z tym solidnie i konsekwentnie opierałam się gorącym namowom mojej koleżanki. Za żadne skarby świata nie chciałam czytać historii o jakimś CHŁOPAKU i jego głupich GRACH komputerowych.