INF [3.9.2017]: kadry sierpniowe. Wrzesień planuję wypełnić zaległymi zdjęciami. Powrót do regularnych postów (if ever) planuję na październik. Stay tuned.

06.01.2012

Stojąc w kolejce

          W porównaniu do ludzi z różnorakimi schorzeniami, nie zaliczam się do stałego odbiorcy Polskiej Służby Zdrowia. Nie wiem jak aktualnie wygląda pobyt przeciętnego polaka w szpitalu, bo, odpukać, swój ostatni i to niedługi, odbyłam pięć lat temu i niewiele już z niego pamiętam. Ale na wizytach u lekarzy „nie-prywatnych” bywałam i wciąż bywam regularnie: chodzę do kontroli, wykonuję zlecone badania i stoję (a jak mam wyjątkowe szczęście to nawet siedzę) w kolejkach, siłą rzeczy wysłuchując (bo nawet moje super-ekstra słuchawki wymiękają w obliczu „kolejkowego jazgotu”) tych wszystkich starszych ode mnie ludzi (bo żeby w kolejce zjawił się ktoś młodszy, to jeszcze mi się nie zdarzyło), którzy z jawną pasją i nieukrywanym entuzjazmem wyrażają swoje niezadowolenie.
         Bo dlaczego ja mam być piąta w kolejce, skoro miałam być na 8.00? Na numerki czy na godziny? Ale kto ostatni? Pani doktor wywołuje, czy zgodnie z kolejką? Dlaczego pani wchodzi przede mną, skoro nie mówiła pani, że jest ostatnia? Ale dlaczego pani się pcha, ja przecież byłam pierwsza! Przepraszam, a jaki pani ma numerek? A pani ma wcześniej niż na dziewiątą? Czy to zawsze tak długo trwa? Kto to widział, kto to widział!
          A no ja widziałam. Widzę za każdym razem, gdy przekraczam próg szpitala i docieram pod odpowiednie drzwi: tłum rozgoryczonych starszych pań (tak, PAŃ, bo panowie jakoś nie spieszą się do narzekania tylko siedzą potulnie i jedynie w przypadku skrajnego wyczerpania nerwowego dużo spacerują po korytarzu) przekrzykujących się jedna przez drugą: kto ma gorzej, kto czeka dłużej, kto ma prawo, a kto nie. Weźmie sobie człowiek książkę albo notatki, żeby nie marnować czasu, to i tak nic nie przeczyta, bo będzie musiał wysłuchiwać nachalnych pytań bądź wrzasków oburzenia wprost do własnego ucha. Problem na problemie i o każdym należy niezwłocznie poinformować cały korytarz wzdłuż i wszerz. Bo za gorąco. Bo pani w recepcji była niemiła. Bo nie ma wieszaków. Bo lekarz się spóźnił. Bo ktoś nie doniósł karty. Bo przyszedł pacjent z oddziału i pół godziny siedział w środku. Bo ktoś się wcisnął do kolejki. Bo za głośno. Bo za ciasno. Bo przyszedł jakiś inny lekarz wymienić dwa zdania. Bo czas leci. Bo ileż można siedzieć w jednym miejscu. Bo nie ma gdzie usiąść. Bo tak się nie robi. Bo tak się nie powinno traktować pacjenta. Zawsze te same teksty. Średnio co pół roku, czasem nawet częściej. Pod gabinetem okulistycznym, pod gabinetem endokrynologicznym, pod analizą krwi, pod pracownią USG. Wszędzie.
         Wśród podirytowanych i oburzonych pacjentek zdarzają się też czasem Panie desperatki, które nie chcąc robić sobie wrogów w chorych i zirytowanych ludziach, wyżywają się na paniach z recepcji, krzycząc na nie jak na niesfornego gówniarza, który właśnie trafił kulką z pistoletu prosto w ich czuły punkt. Bo to wszystko musi być z czyjejś winy. A jak sobie panie to wyobrażają? Dlaczego godziny wizyt nie pokrywają się z rzeczywistością? Jak można być tak nieodpowiedzialnym i lekkomyślnym? To przecież szczyt bezczelności kazać mi czekać w kolejce z innymi pacjentami. I albo pani to natychmiast zmieni, albo ja wychodzę! No cóż. Panie desperatki zawsze wychodzą. Z oburzoną miną i telefonem w pogotowiu.
         Do kolejek i rezerwowania sobie połowy dnia, żeby usłyszeć „wyniki w porządku, proszę dalej brać leki, za pół roku nowe badania i kolejna kontrola, do widzenia” można się przyzwyczaić. Ale do wszechobecnego jojdania, narzekania i oburzania się szanownych Pań już niekoniecznie. Przecież Ameryki tym nie odkryją, świata nie zmienią, ani kolejki nie przyspieszą, a za to skutecznie mnie zirytują. Ale komu by to przez myśl przeszło? Najważniejsze jest, żeby narzekać. Żeby się awanturować, nawet, jeśli na starcie wiadomo, że to nie przyniesie żadnych pozytywnych skutków.
         Tak więc stoję co jakiś czas w tych naszych kolejkach i staram się nie załamywać rąk nad zachowaniem otaczających mnie ludzi. Ale jakby ktoś zapytał, jaki mam do tego wszystkiego stosunek, odpowiedziałabym krótko: oto kolejny powód dla którego mam ochotę stąd uciekać w poszukiwaniu innej rzeczywistości.

3 komentarze:

  1. taak. niemniej jednak nie wiem, czy gdzie indziej jest pod tym względem lepiej. zawsze trafi się ktoś do jojdania.
    ale racja. irytujące.

    OdpowiedzUsuń
  2. wina leży po obu stronach :)

    OdpowiedzUsuń