INF [16.7.2017]: w razie jakby kogoś martwiła moja nieobecność: wzięłam urlop od blogowania. Do września pojawią się tu (jeśli w ogóle) wyłącznie kadry i relacje z moich skromnych wojaży. Stay tuned.

14.04.2012

Titanic

      Dzisiejszej nocy mija dokładnie 100 lat od zatonięcia jednego z najbardziej znanych statków świata. Media nie dają o tym zapomnieć, więc i moją myśl nawiedził ostatnimi dniami sławetny Titanic. Po obejrzeniu niecałego filmu dokumentalnego na National Geographic nagle nabrałam potwornej ochoty by po paru ładnych latach oglądnąć ukoronowany Oskarami film ponownie. Po raz trzeci.


      Z mojego "drugiego razu" zapamiętałam tylko tyle, że film był cholernie długi i chwilami do bólu nużący, a na jego oglądanie straciłam aż dwa wieczory (to były czasy, gdy moim jedynym źródłem oglądania filmów był telewizor). Przy czym chyba nie oglądałam zbyt uważnie, bo jakoś tak przez mgłę to wszystko pamiętam.
      Zasiadłam więc, piątkowym popołudniem, przed laptopem z herbatką i odpaliłam ponad trzygodzinny seans. Po obejrzeniu zastanawiałam się, czy nie zafundować sobie recenzji z prawdziwego zdarzenia. Doszłam jednak do wniosku, że co miało zostać napisane na temat tego filmu, na pewno już napisane zostało, dlatego chyba znacznie ciekawszym pomysłem na ukoronowanie setnej rocznicy będzie opisanie moich wspomnień, które wyjątkowo zawzięcie bombardowały mnie podczas oglądania.
      Bowiem, w przeciwieństwie do drugiego podejścia, to pierwsze pamiętam bardzo dobrze, choć miałam wtedy jedynie trochę ponad 7 lat. Choć jakby się nad tym zastanowić, cała historia sięga nieco dalej.
       Jak wiadomo, film wszedł do kin w 1997 roku. Miałam wtedy 6 lat i chodziłam do zerówki w przedszkolu ulicę dalej od domu. O filmie po raz pierwszy dowiedziałam się z karteczek do segregatora, bo nagle to nie Kubuś Puchatek, ale Rose z Jackiem wzbudzali największe zainteresowanie - i to do tego stopnia, że rzeczą normalną były bójki o wyjątkowo rzadko spotykaną karteczkę; w jednej nawet brałam czynny udział, za co potem zostałam odesłana na leżakowanie do maluchów. Wszystkie koleżanki z przedszkola gadały tylko o Titanicu. Pamiętam, że raz ktoś nawet poprosił naszą panią od angielskiego, żeby zamiast uczyć nas piosenki o krokodylach i słoniach, nauczyła nas piosenki z Titanica (My Heart Will Go On, które pamiętnie i z zacięciem śpiewałam "maj hart łil gołąb"...).
      Bez dwóch zdań, jak i wszystkie inne dziewczynki w mojej grupie, byłam Titnic'iem zafascynowała. Nie wiedziałam jednak wtedy co to Internet i swoją wiedzę na ten temat zmuszona byłam czerpać z przedszkolnego otoczenia. Niemałą sensacją w naszej przedszkolnej grupie był fakt, że koleżanka K. owy film widziała i to W CAŁOŚCI. Na nasze szczęście, bardzo chętnie o nim opowiadała. Szczególnie w pamięć zapadł mi jej "niedozwolony" opis sceny w "czarnym aucie", której "rodzice na pewno nie pozwoliliby mi oglądnąć". Boże, ależ to rozbudziło moją wyobraźnię! Zakazany owoc kusił, więc jako sześcioletnia dziewczynka nie marzyłam o księciu na białym koniu, czy nowej bajce Disney'a, ale obsesyjnie pragnęłam obejrzeć ten cholery, zakazany film.
       Gdy rok później wreszcie nadarzyła się okazja by na własne oczy zobaczyć "legendarny" romans na video, byłam potwornie rozczarowana ową sceną w aucie. Moja dziecięca wyobraźnia znacznie przewyższyła wizję reżysera. Ale to nie jedyne wspomnienie związane z tym pełnym emocji seansem. Po pierwsze, miałam świadomość, że gdyby nie fakt, że jestem na zimowisku z Tatą (czyt. bez mamy i brata) i starszymi dziećmi, prawdopodobnie wciąż nie miałabym szansy na spełnienie pragnienia, bo A) nie mieliśmy w domu video B) mama na pewno stawiałaby czynny opór - moja ekscytacja nie miała więc granic. Co ciekawe, do dziś wyraźnie pamiętam wygląd tamtej stołówki, sposób w jaki poprzesuwane były stoły i ustawione krzesła, a jak zamknę oczy to nawet czuję ten specyficzny, przeze mnie nazywany "słowackim", zapach. Oczywiście wielkie emocje musiały znaleźć gdzieś swój upust, dlatego po zderzeniu z górą lodową zachciało mi się siku. Tak bardzo nie chciałam niczego przegapić, że zaciskałam zęby i trzymałam. Oczywiście, był to jeden z najgłupszych pomysłów mojego autorstwa, bo koniec końców nie wytrzymałam i przegapiłam kluczowy moment znikania Titanica pod wodą, puszczania ręki Rose i późniejszego usiłowania utopienia. Z ubikacji wróciłam, gdy dopływali do tych cholernych drzwi. I dopiero wczoraj, oglądając ten film, zrozumiałam dlaczego zawsze byłam przekonana, że Jack i Rose wykonali piękny skok na główkę z czubka tonącego Titanica w głąb oceanu - bo jak zapytałam tatę, co się działo jak byłam w toalecie, odpowiedział krótko: "tylko wskoczyli do wody". Chwilę po mojej felernej wizycie w toalecie, młodsza o dwa lata koleżanka A., wówczas pięcioletnia, dostarczyła całej grupie młodych widzów kolejnych emocji, które do dziś wywołują we mnie śmiech. Mała dziewczynka najwyraźniej bardzo film przeżywała, bo siedząc na kolanach u swojego taty nagle dostała ataku histerii godnego samej Rose i zaczęła krzyczeć na całą salę "nie Jack, tylko nie Jack, Jack, nie, Jack!" podczas gdy on właśnie spokojnie dryfował w głąb oceanu. Krótko mówiąc: skutecznie rozładowała dramatyczne napięcie.
     Podsumowując, jako  7letnie dziecko, film bardzo przeżyłam i pamiętam, że długo potem trzymała mnie faza na Titanica, Rose i, przede wszystkim, Jacka. Śmiem nawet twierdzić, że Leonardo Di Caprio był pierwszym obcojęzycznym aktorem, którego znałam z pełnego imienia i nazwiska. Uruchamiając w piątek trzygodzinny film miałam wrażenie, że mnie znudzi i przewinę większość scen - o dziwo, mimo iż straciłam na jego oglądanie cały wieczór, nic nie przewinęłam i wcale się nie nudziłam, wręcz przeciwnie. Choć historię Titanica, Jacka i Rose znam na pamięć od małego, to i tak przeżywałam ten film, jakbym oglądała go po raz pierwszy. Może to przez wzgląd na fakt, że oglądałam go w wersji blank (no subtitles & such), choć to akurat bardzo wątpliwa sprawa. Bardziej skłaniam się ku stwierdzeniu, że wreszcie obejrzałam ten film tak jak należy - na spokojnie, jako stosunkowo dojrzały widz, który w dodatku bardzo ceni tytułowych aktorów, bo widział ich już w niejednej dobrej roli (Kate Winslet jest moją ulubioną amerykańską aktorką tuż obok Julii Roberts, a Leonadro zasłużył na mój pełny podziw dla swojego talentu kilka lat temu, gdy zobaczyłam go w "Co gryzie Gilberta Grape'a" - gdyby nie fakt, że znałam go z Titanica, byłabym przekonana, że to autentycznie niepełnosprawny chłopiec).
     Oczywiście, wątek romantyczny w wielu momentach był przesadzony, wyolbrzymiony,  naiwny, nierealny i przewidywalny, ale w granicach swojego gatunku  (bo który melodramat nie charakteryzuje się takowym 'wybuchanym' wątkiem?) Titanic naprawdę jest arcydziełem. Klasyką samą w sobie. Nawet jeśli nie wnosi nic nowego, to potrafi łapać za serce. Nic dziwnego, że Rose i Jack są porównywani do Romeo i Julii - to skojarzenie samoistnie się nasuwa.

2 komentarze:

  1. Hehehe to było National Geographic, a nie Discovery ;) A przedszkole jest tylko ulice dalej! No to by było na tyle. :)
    Brat

    OdpowiedzUsuń