INF [3.9.2017]: kadry sierpniowe. Wrzesień planuję wypełnić zaległymi zdjęciami. Powrót do regularnych postów (if ever) planuję na październik. Stay tuned.

11.06.2012

Idealny Facet Dla Mojej Dziewczyny

Lubię pozytywne, filmowe rozczarowania. Patrząc przez pryzmat tych najbardziej rozreklamowanych filmów, opinia o polskim kinie (w kryteriach artystycznych) nie jest specjalnie pochlebna – nasze kino zdaje się zamykać, albo w śmiertelnie poważnych, patriotycznych obrazach wojennych, albo w nieudanych, żenujących komediach romantycznych, gdzie królują patetycznie sztuczne dialogi. 

 Osobiście jednak twierdzę, że w Polsce (mimo wszystko) robi się dobre kino i nie po raz pierwszy to tutaj zaznaczam. Wydaje mi się bowiem, że aby dostrzec ten „dobry” aspekt, nie wystarczy włączyć telewizor i przeczytać zapowiedź w Tele-tygodniu. Najlepsze (moim skromnym zdaniem) tytuły przechodzą bez zbędnego szumu w mediach.
Tym razem jednak jest zgoła inaczej. Film, o którym piszę wywołał dość skraje emocje, więc śmiem twierdzić, że jest dość kontrowersyjny i, moim jakże skromnym zdaniem, mocno niedoceniany.
Idealny Facet Dla Mojej Dziewczyny, sugerując się ocenami użytkowników filmweb’a jest filmem w najlepszym wypadku „średnim”. Ludzie zarzucają, że to kolejny żenujący obrazek, dla którego nie warto wychodzić z domu. Do mnie takie opinie nie przemawiają – jestem bowiem zagorzałym zwolennikiem wyrabiania sobie własnych. A do obejrzenia tego tytułu motywację miałam pierwszorzędną, bo od samego Dorocińskiego. I bynajmniej nie żałuję, bo film okazał się jednym z tych (absolutnie przeze mnie uwielbianych) „pozytywnych rozczarowań”. Dostał ode mnie ósemkę i wylądował w ulubionych.
Dlaczego?
Dla mnie to cudowna satyra naszego społeczeństwa - przerysowane karykatury naszych narodowych wad i bolączek. Wyolbrzymione stereotypy, które niektórych słusznie oburzają, odkrywając tym samym, że jest w nich ziarno kłującej prawdy. Jedyny motyw, który uważam za nieudany to kolekcjonowanie gówien – nie bawią mnie takie żarty, wydają mi się za bardzo na siłę. Jednak cała reszta komediowej koncepcji, jak najbardziej do mnie przemówiła. Bo w gruncie rzeczy to komedia gorzko-słodka. A ja umiejętność wyśmiewania własnych wad uważam za prawdziwą sztukę!;)
Może niektórych tym stwierdzeniem zaskoczę, ale ani „Testosteron”, ani „Ladies” nie podobały mi się tak bardzo, jak „Idealny Facet…”. Być może przemawia przeze mnie mój niebanalny gust, który raz upodoba sobie prostotę, a raz zachwyci się jawnym przerysowaniem i poplątaniem z pomieszanym (nie na darmo wielbię Tima Burtona…). Nie umiem wyjaśnić, dlaczego w niektórych produkcjach odczytuję sens, którego inni nie widzą, a w innych z kolei sens, który wszyscy chwalą, mi osobiście umyka. To chyba kwestia indywidualnej percepcji świata;)
Tak czy siak, ciekawa jestem co Wy myślicie o tym filmie? Widzieliście?;)

2 komentarze:

  1. to kwestia postrzegania - czy jak to ujęłaś, indywidualnej percepcji świata. no i przypadku. ja na przykład często muszę oglądnąć coś dwa razy, przeczytać coś dwa razy, by wyrobić sobie prawdziwe zdanie - tak też dlatego czasem uważam za totalnie żenujące niektóre filmy, które moi znajomi uwielbiają, choć często też podzielam ich zdanie. z kolei często też - oglądając głupawe komedie romantyczne - nie nastawiam się na głębię, dzięki czemu (czy może: przez co) nie doszukuję się jej w takim filmie;)
    choć zdarza się również, że po pierwszym oglądnięciu kipię miłością do filmu, a po kilku miesiącach miłość ta gaśnie zupełnie.

    niemniej jednak "Idealnego faceta..." nie widziałam, czy zobaczę - nie obiecuję (choć znając siebie - zobaczę na pewno).
    a śmianie się z własnych wad to zacna rzecz. byle tylko robić to umiejętnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No wiadomo, że idąc na komedię romantyczną raczej nie należy spodziewać się powalającej głębi psychologicznej czy jakiejkolwiek innej - ale za to naprawdę cudownie jest ją przypadkowo i niepostrzeżenie odnajdywać w takich niepozornych filmach. Co jednak rzeczywiście nie znaczy, że każdy się z istnieniem owej głębi zgodzi;)

      Ja wiem, że my się w kwestii paru filmów różnimy - i dobrze, bo byłoby zbyt nudno;) A z tym oglądaniem dwa razy - niezbyt fajna sprawa, mnie by cholernie czasu było szkoda :D Z tym podwójnym czytaniem/oglądaniem u mnie to zależy od książki/filmu. Ale z reguły jeden raz wystarcza (w odpowiednim momencie i nastroju). Czasem tylko muszę się nad tym dłużej zastanowić.

      Usuń