08.09.2012

Eska rock

Po całym dniu słuchania eski rock, mam przemyślenia.

Po pierwsze: to chyba jedyne polskie radio, które w pełni toleruję, jako dobre tło do szarej codzienności. Dwa razy poleciało moje tapetowe "Madness" (bezpretensjonalnie podkręcałam głośniki i wyłam jak posrana, bo przecież nie mogę tego NIE robić) i dwa razy "Oh Love" Greendaya, które ostatnio wyjątkowo głęboko wpadło mi w ucho. Fajne klimaty, bo nawet serwowany na weekend Happysad jest przyjemnie lekkostrawny dla mojego muzycznego żołądka (który, koniec końców, wcale nie jest taki znowu wrażliwy).

Po drugie: ja nie twierdzę, że każdy polski speaker powinien mieć wykształcenie lingwistyczne i władać poprawną angielszczyzną - od tego mam radia brytyjskie. Ale na miłość boską, ręce opadają jak przyjdzie takich słuchać! Już zupełnie pomijając drobne błędy merytoryczne podczas opowiadania o zespołach (wiem, fan czepliwy lubi być, a ze mnie fan pierwszorzędny) - tytuły piosenek i nazwy zespołów to można by sobie sprawdzić w fonetycznym słowniku. Bo mną aż zatrzęsło, gdy usłyszałam "krążek The Second Low". Nie wspominając już o uroczym "Happysaid".

Tak, moje uszy są przewrażliwione. I to, wbrew pozorom, wcale nie wynika z mojego szpanowania znajomością języka (bo w dzisiejszych czasach naprawdę nie ma czym szpanować). To wynika z moich "długich, a ciężkich" męczarni na fonetyce. Męczarni, które, mimo iż fonetyka już za mną, trwają sobie w najlepsze. Bo jeśli studia mnie czegoś nauczyły to właśnie tego, że nauka języka angielskiego bez fonetyki jest jak nauka pisania bez używania pióra. I śmiem twierdzić, że to na zawsze pozostanie moim małym kompleksem. Bowiem po jedenastu latach nauki w szkole, już na pierwszej fonetyce zdałam sobie z przerażeniem sprawę, że tak naprawdę nie umiem poprawnie wypowiadać ANI JEDNEGO słowa. I to jest ta nieświadomie przez lata budowana bariera, której tutaj w Polsce pewnie już nigdy nie przeskoczę. Bo w szkołach nie przykłada się prawie żadnej wagi do angielskiej fonetyki, która jednak jest i najważniejsza i najtrudniejsza. Bo umówmy się: gdyby nie to, że każdy wyraz po angielsku czyta się indywidualnie (czyt. odmiennie) i nie ma żadnych ogólnych zasad ściśle powiązanych z zapisem słownym (a jedynie fonetycznym), bez zastanowienia okrzyknęłabym angielski najprostszym językiem świata.
I nic dziwnego, że mam problem z mówieniem po angielsku. Bo o ile płynność mowy można wyplenić zawziętym i regularnym ćwiczeniem, to poprawności wymowy nie da się nabyć inaczej, jak poprzez kontakt z żywym językiem (no chyba, że ma się wrodzony talent, ale to już zupełnie inna bajka…).

Do takiego oto wniosku doprowadziło mnie dwuletnie studiowanie i całodniowe słuchanie eski rock.