INF [20.11.17]: ręka, co prawda z ograniczeniami, ale już działa, więc szykuję mały foto-spam.

14.09.2012

Życiowe paradoksy


Zbliża się szkoła. To widać, słychać i czuć.
Czarny scenariusz z końca zeszłego roku już postanowił pierwszy krok w moim sielskim, wakacyjnym życiu. Ale to nic, że z sześciu promotorów prac licencjackich znam dwóch. I to nic, że akurat u tej dwójki za nic w świecie nie chciałabym pisać najważniejszej pracy w moim dotychczasowym życiu. Przecież od czasu do czasu trzeba spróbować randki w ciemno – kto wie czy kiedykolwiek nadarzy się jakaś inna okazja. A nóż los zrzuci mi z nieba kolejnego anioła (czyt. wyjątkowo inspirującego człowieka) i przeżyję z nim piękne chwile!
Tak, przepraszam moją szanowną szkołę (tak, szkołę, bo to naprawdę uczelni nie przypomina), ale jestem cholernie twardym zawodnikiem w tej dyscyplinie. Bo „life’s a race and I’m gonna win”. Od przeszło dwóch lat, moja „ukochana” placówka edukacyjna nie ustaje w wysiłkach, żeby zniechęcić mnie do studiowania. Ale nic z tego. Do tej pory się im nie dałam i nie zamierzam tego zmieniać.  
Choć przyznaję, że kilka wieczorów temu poczułam się jak ostatni nieudacznik: jak ten podły żart w ustach sarkastycznego wszechświata. Człowiek decyduje się na studia, o których zawsze po cichu marzył. Podporządkowuje resztę swoich wybujałych marzeń, żeby dopiąć tego jednego. Nie żałuje podjętych decyzji, stara się korzystać z tego, przed czym stanął. I gdy wreszcie dojrzewa do nowej, odważniejszej decyzji, okazuje się, że wcale nie powinien podejmować tej pierwszej, która, notabene, doprowadziła go do tej drugiej.
Bo ja w ogóle nie powinnam była studiować w Polsce. Czegokolwiek. A już na pewno nie powinnam tych studiów kończyć. Szkopuł i sarkastyczna drwina wszechświata tkwi jednak w tym, że gdybym tego nie zrobiła, prawdopodobnie nigdy nie byłabym tak zdeterminowana żeby spróbować czegoś nowego, jak jestem teraz. Gdyby nie te ostatnie dwa lata, nigdy nie odważyłabym się poważniej myśleć o wyjeździe i studiowaniu za granicą. A już tym bardziej nie rozważałabym wyjazdu GDZIEKOLWIEK w pojedynkę.
Jeszcze nie wiem co z tym wszystkim zrobię i jaką ciętą ripostę wszechświatowi zafunduję, ale na pewno nie dam się bez walki. Te czasy już minęły.

1 komentarz:

  1. Ana ode mnie masz motywującego kopasa w dupasa. Jakbym mogła też bym wyjechała. Przez ostatnie lata coraz bardziej przekonuję się, że istnieje coś takiego jak przeznaczenie, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Dlatego myślę, że wszystko ma wpływ na to jak wygląda nasze życie. Jeżeli te studia miały Cię umocnić w przekonaniu, że czas zmykać gdzie indziej to może tak właśnie musi być:) (zabierz mnie ze sobą:))

    OdpowiedzUsuń