INF [3.9.2017]: kadry sierpniowe. Wrzesień planuję wypełnić zaległymi zdjęciami. Powrót do regularnych postów (if ever) planuję na październik. Stay tuned.

21.10.2012

Pride and Prejudice

Pamiętam wykład z literatury angielskiej w zeszłym roku, gdy to nasz zabawny wykładowca, z pełnym przekonaniem oświadczył, że jak przyjdzie co do czego, to pewnie wszystkie obecne na wykładzie panie będą chciały pisać pracę licencjacką o Jane Austen i jej cudownej Pride and PrejudiceOh, jakie ja miałam oczekiwania w stosunku do tej książki! I oh, jak wielkie jest moje rozczarowanie! OhMrDarcy!


Historię znam na pamięć, bo dwa lata temu bezpowrotnie i przez przypadek zakochałam się w jej najnowszej ekranizacji. Książki nie czytało mi się źle, ale była niespodziewanie ciężka do przebrnięcia: w ogóle mnie nie wciągała, momentami wręcz nużyła, a na większość zawartych w niej dialogów reagowałam śmiechem, przeważnie z dwóch powodów – 1) bujnego i, jak dla mnie, abstrakcyjnego słownictwa, oraz 2) śmieszności ówczesnych problemów i poglądów (chociaż sądząc po gatunku do jakiego zaliczana jest książka, jest to reakcja stosunkowo poprawna). Książkowa Elizabeth natomiast, wydała mi się znacznie mniej atrakcyjna niż ta filmowa, żeby nie powiedzieć głupsza. W gruncie rzeczy, jedynym praktycznym plusem przebrnięcia przez tą powieść, jest mój nieco uzupełniony zasób formalnych zwrotów, od których nadmiaru niejednemu może zakręcić się w głowie.
Przy okazji czytania obejrzałam też wreszcie wysoko oceniany serial BBC z 1995 roku, co przysporzyło mi jeszcze więcej powodów do histerycznego śmiechu. Co prawda nie nie mogę powiedzieć złego słowa na serial sam w sobie: bardzo wierny książce, i w klimacie i treści. Moje rozbawienie spowodował Colin Firth. Ten pan od dawna jest w ścisłej czołówce moich ulubionych aktorów, ale jednak jako MrDarcy wzbudzał mój śmiech – życzliwy i bardzo pozytywny, ale jednak śmiech. Jego na pozór groźne lub wyniosłe miny, były czarująco rozbrajające, że o bokobrodach nie wspomnę. Zdecydowanie lepszy w tej roli wydał mi się Matthew Macfadyen. Ponadto serial, a szczególnie sławetna scena z jeziorem, zbyt mocno kojarzył mi się z drugą częścią dziennika Bridget Jones i jej niewydarzonym wywiadem, przy którym płakałam ze śmiechu (oczywiście mam na myśli książkę, nie film, aczkolwiek przy okazji odkryłam, że nagrano nieco inną, ale równie zabawną wersję filmową mojego absolutnie ulubionego wywiadu!).
Koniec końców doszłam więc do wniosku, że o ile niepowtarzalnego klimatu tamtych lat oraz zgrabnie wplecionego sarkazmu Jane Austen odmówić absolutnie nie wypada, to nie nazwałabym jej dzieła powieścią wybitną. Moja miłość w stosunku do samej historii zdecydowanie lokuje się przy najnowszej ekranizacji, która, mimo iż znacznie odbiega od treści książki (łącznie z bohaterami, których odbieram nieco inaczej niż wersje książkowe), jest wersją najbardziej chwytającą mnie za serce. Umiejętnie dobrani aktorzy, przyjemna sceneria, piękne ujęcia, muzyka – wszystko to idealnie wyważone, jakby specjalnie pod mój “wysublimowany” zmysł estetyczny.

BTW. Przy okazji zgłębiania wiedzy o Jane Austin obejrzałam też film Becoming Jane i muszę przyznać, że zostałam oczarowana – pięknie opowiedziana i przyzwoicie zagrana historia, warta polecenia;)

4 komentarze:

  1. Moja kochana, moje odczucia są z goła odmienne. Primo, filmowa wersja o ile całkiem zgrabna i ładna o tyle w moim odczuciu nie umywa się do serialu. Dla mnie pan Darcy to na zawsze Colin, no może Elizabeth w serialu nie była najlepsza, ale jego klimat był niesamowity. Rozumiem, że dla osoby która najpierw widziała film serial może wydać się śmieszny, ale... Widziałam serial wiele, wiele, wieleeee lat temu. Moja mama ogląda go raz do roku, więc jak zobaczyłam filmową wersję czułam, że to nie to. Benetowie tacy zapuszczeni, Darcy taki rozlazły (gdzie ta Colinowa duma) a Lizy wcale nie miała biustu więc w tej sukience wyglądała komicznie, a do tego te tańce, takie to wszystko nie BBC. No i jeszcze ta scena jak się już spkneli- dobrze, że ją wycieli. A co do książki- ja ją połknęłam w 2 dni. Byłam zauroczona, a na drugi dzień poszłam do biblioteki po więcej Austin, ale o zgrozo mieli tylko Emme...:/

    BTW. Absolutnie zakochałam się Becoming Jane:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahaha, wiedziałam, że się będziesz kłócić, haha :D
      Aczkolwiek w pełni Cię rozumiem - co do samej Austen, nie wiem, może gdybym czytała kiedy indziej i po polsku to może odebrałabym inaczej - nie było źle, ale na pewno nie tak, jak oczekiwałam, a ja wybredna jestem, haha :D

      Usuń
  2. a ja strasznie żałuję, że przed przeczytaniem książki zainfekowałam się filmem. bądź co bądź filmem, który kocham. ale jednak. może moje odczucia różniłyby się nieco, gdybym najpierw przeczytała, później film zobaczyła? a może nie. serialu jeszcze, niestety, nie widziałam, ale dla mnie pewnie i tak Macfadyen będzie one true Mr. Darcy. jakoś nie umiem sobie wyobrazić w tym Colina.
    poza tym, gdybym była na filologii angielskiej, to nawet bym nie pomyślała o pisaniu pracy o P&P. jakoś... tak... nie.

    PS w języku polskim używa się "och", nie "oh" - "oh" jest typowo angielskie/obcojęzyczne, i mimo że wiem, iż i ty, i ja kochamy ten język, pisząc po polsku bez zbyt wielu obcojęzycznych wtrąceń, samo użycie "oh" po prostu... w oczy razie. ale to moje zdanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahahahaha, sorry, ale nie zmienię swoich przyzwyczajeń dla Twojej nadwrażliwości językowej (a nawet nie tyle językowej co ortograficznej), lol XD

      Usuń