21.10.2012

Pride and Prejudice

Pamiętam wykład z literatury angielskiej w zeszłym roku, gdy to nasz zabawny wykładowca, z pełnym przekonaniem oświadczył, że jak przyjdzie co do czego, to pewnie wszystkie obecne na wykładzie panie będą chciały pisać pracę licencjacką o Jane Austen i jej cudownej Pride and PrejudiceOh, jakie ja miałam oczekiwania w stosunku do tej książki! I oh, jak wielkie jest moje rozczarowanie! OhMrDarcy!


Historię znam na pamięć, bo dwa lata temu bezpowrotnie i przez przypadek zakochałam się w jej najnowszej ekranizacji. Książki nie czytało mi się źle, ale była niespodziewanie ciężka do przebrnięcia: w ogóle mnie nie wciągała, momentami wręcz nużyła, a na większość zawartych w niej dialogów reagowałam śmiechem, przeważnie z dwóch powodów – 1) bujnego i, jak dla mnie, abstrakcyjnego słownictwa, oraz 2) śmieszności ówczesnych problemów i poglądów (chociaż sądząc po gatunku do jakiego zaliczana jest książka, jest to reakcja stosunkowo poprawna). Książkowa Elizabeth natomiast, wydała mi się znacznie mniej atrakcyjna niż ta filmowa, żeby nie powiedzieć głupsza. W gruncie rzeczy, jedynym praktycznym plusem przebrnięcia przez tą powieść, jest mój nieco uzupełniony zasób formalnych zwrotów, od których nadmiaru niejednemu może zakręcić się w głowie.
Przy okazji czytania obejrzałam też wreszcie wysoko oceniany serial BBC z 1995 roku, co przysporzyło mi jeszcze więcej powodów do histerycznego śmiechu. Co prawda nie nie mogę powiedzieć złego słowa na serial sam w sobie: bardzo wierny książce, i w klimacie i treści. Moje rozbawienie spowodował Colin Firth. Ten pan od dawna jest w ścisłej czołówce moich ulubionych aktorów, ale jednak jako MrDarcy wzbudzał mój śmiech – życzliwy i bardzo pozytywny, ale jednak śmiech. Jego na pozór groźne lub wyniosłe miny, były czarująco rozbrajające, że o bokobrodach nie wspomnę. Zdecydowanie lepszy w tej roli wydał mi się Matthew Macfadyen. Ponadto serial, a szczególnie sławetna scena z jeziorem, zbyt mocno kojarzył mi się z drugą częścią dziennika Bridget Jones i jej niewydarzonym wywiadem, przy którym płakałam ze śmiechu (oczywiście mam na myśli książkę, nie film, aczkolwiek przy okazji odkryłam, że nagrano nieco inną, ale równie zabawną wersję filmową mojego absolutnie ulubionego wywiadu!).
Koniec końców doszłam więc do wniosku, że o ile niepowtarzalnego klimatu tamtych lat oraz zgrabnie wplecionego sarkazmu Jane Austen odmówić absolutnie nie wypada, to nie nazwałabym jej dzieła powieścią wybitną. Moja miłość w stosunku do samej historii zdecydowanie lokuje się przy najnowszej ekranizacji, która, mimo iż znacznie odbiega od treści książki (łącznie z bohaterami, których odbieram nieco inaczej niż wersje książkowe), jest wersją najbardziej chwytającą mnie za serce. Umiejętnie dobrani aktorzy, przyjemna sceneria, piękne ujęcia, muzyka – wszystko to idealnie wyważone, jakby specjalnie pod mój “wysublimowany” zmysł estetyczny.

BTW. Przy okazji zgłębiania wiedzy o Jane Austin obejrzałam też film Becoming Jane i muszę przyznać, że zostałam oczarowana – pięknie opowiedziana i przyzwoicie zagrana historia, warta polecenia;)