19.11.2012

FREAK OUT!

Chcę, żeby wszystko było idealnie. Zgrane, zsynchronizowane, zgodne ze skrupulatnie ułożonym planem, na czas, bez opóźnień i komplikacji. Pełnia szczęścia. Nie da się? Że niby zawsze zostaje jakieś „ale-bo” lub lekki powiew niepewności i niechcianej zależności od rzeczy/osób/zjawisk trzecich? Pierdu, pierdu, moi drodzy.
Trouble will surround you, start taking some control.
A w ramach owej kontroli (która prawdziwą kontrolą wcale być nie musi) należy się przede wszystkim wyluzować. No bo przecież ja już dobrze wiem, jak to wszystko będzie wyglądać. Choćby dwumetrowe zaspy stały, śnieg po oczach walił, z czubka nosa zwisał sopel lodu, horyzonty przysłaniała mgła, mięśnie odmawiały posłuszeństwa, telefony poumierały na śmierć, a słuchawki napięcia nie wytrzymały… to będą komplikacje w pełni IDEALNE. Będą przejmująco jaskrawe kolory, niezapowiedziane przypływy ekstatycznego ciepła, przyspieszony oddech, rozstrojone bicie serca, niekontrolowane szerokie uśmiechy rzucane na prawo i lewo, nerwowe chichoty, głośne westchnienia i tłumione piski. W brzuchu zaszeleści stado rozszalałych motyli, równolegle wywołując huragany w tęczowym mózgu. Może świat wokół rzeczywiście pogrąży się w chaosie i nieprzerywanych komplikacjach, ale to w żaden sposób nie wpłynie na mój cudownie szczęściem omamiony mózg.
Cokolwiek się stanie, ten dzień i tak otrzyma miano niezaprzeczalnie idealnego.
Bo tu nie chodzi o brak komplikacji, problemów i osób trzecich. TU chodzi o emocje, w pełnej krasie przeżywane metafizyczne chwile, które unoszą Cię dobrych kilka centymetrów nad chodnik i wynoszą największy problem do rangi wydarzenia idealnego.
Tu chodzi o zezwolenie niepohamowanej euforii na kontrolowanie całej reszty – i uwierzcie na słowo, ta cała reszta będzie kompletnie bezbronna.