INF [20.11.17]: ręka, co prawda z ograniczeniami, ale już działa, więc szykuję mały foto-spam.

29.11.2012

Muse in Poland

Kama mnie trochę wyprzedziła w kwestii relacji, dlatego część poniższego posta jest powtórką z rozrywki. Na żadne recenzje kusić się nie będę, z tej oczywistej przyczyny, że jako psycho-fanka nie potrafię na nich spojrzeć obiektywnie – tak więc po recenzje odsyłam w Google, do lepszych i gorszych fachowców, a po moje odczucia TUTAJ.
A poniżej krótka relacja z trzech najpiękniejszych dni w moim życiu ;)

Łódź od Tarnowa dzieli spora odległość, ale w doborowym towarzystwie kilkugodzinna podróż PKP była wyłącznie przyjemnością: nasz przedział był przedziałem bardzo radosnym i w Łodzi Kaliskiej wysiedliśmy w doborowych humorach ;)


Po zameldowaniu się w skrupulatnie strzeżonych Pokojach Gościnnych Poczty Polskiej dwa kroki od samej areny, rzuciliśmy się w ekscytujący wir tworzenia naszego transparentu.


Końcowy efekt nie tylko zachwycił nas samych (ah, nie ma to jak popaść w samo-zachwyt!), ale i wzbudził spore zainteresowanie u panów ochroniarzy i współmieszkańców pokoi gościnnych. Jedynym minusem było to, że farba zaśmierdziała nam cały pokój.


I to nic, że przez nieogarnięte Łódzkie znaki pogubiliśmy się w drodze do Carrefoura (Łódź, kurwa) i zakupy musieliśmy odłożyć na 8 rano – byliśmy zwarci i gotowi stawić czoła każdej sytuacji. A przygód w doborowym towarzystwie nigdy za wiele!
Zgodnie ze skrupulatnie ułożonym planem zakładającym, że prześcigniemy poranny pociąg z Krakowa, pod Atlas Areną sterczeliśmy od 9.30 rano. Ku naszej uldze, zjawiliśmy się jako trzeci, przyjmując kolejno numery od 6 do 9 (swoją siódemkę dumnie nosiłam na lewej dłoni przez kolejne dwa dni!).


Najcudowniejsze w owym nowym, życiowym doświadczeniu było chyba to, że poznaliśmy mnóstwo mega pozytywnych ludzi, z którymi spędzenie 8,5h stanowiło prawdziwą przyjemność! Mimo zimna i stopniowo psującej się pogody, nie brakowało nam powodów do śmiechu ani ducha walki o zaszczytne miano STREFY VIP. Mieliśmy nawet kolejkowego prezesa, który pod Areną zjawił się o 8 (w tym miejscu gorąco pozdrawiam również numery 2, 3, 4, 5 oraz 10 i 11, w razie gdyby kiedyś tu zabłądzili).
Do godziny 15 panował pod wejściem stosunkowy spokój – numerki naniesione na dłonie (i bilety!) przez pana Czarka i prawie równie uroczą panią, której imienia nie było dane mi poznać, wzbudzały zasłużony respekt, a że większość numerków powyżej 10 ulotniło się z miejsca czuwania na długie godziny, to mieliśmy dużo swobody. Osób przybywało niespiesznie, ale o godzinie 16 trzeba było już wstać i zacząć pilnować naszej cennej strefy VIP, do której coraz więcej nieuprawnionych osób chciało się bezprawnie wedrzeć. Ostatnia godzina ciągnęła się najdłużej. Ekscytujące podrygiwanie nie miało końca – ale taki stres to ja bym mogła odczuwać codziennie.
Trudno opisać szał, jaki zapanował, gdy panowie ochroniarze oficjalnie otworzyli bramki. Chyba jeszcze nigdy w życiu nie biegłam tak szybko jak wtedy. A gdy już dotknęłam tej cholernej barierki, to miałam ochotę rozpłakać się z ulgi.
A potem to już poszło jak z płatka. Everything Everything okazało się znacznie bardziej strawne na żywo, aniżeli na youtubieUroczy (bo: a. Anglik b. wysoki c.ciemnowłosy) pan basista puścił w moją stronę bardzo sympatyczny uśmiech i nim się obejrzałam, było po wszystkim. Na scenę wkroczyli technicy i dźwiękowcy, a pod scena pojawili się prawdopodobnie najfajniejsi kamerzyści, jakich miałam okazję spotkać – podczas koncertu bezpretensjonalnie się z nas nabijali, a obrzuceni fluorescencyjnymi gadżetami, odpowiedzieli ogniem. Tymczasem panowie frunący na szczyt (jeszcze złożonej) piramidy otrzymali od tłumu chyba większe oklaski niż sam support, nie wspominając już o panu od gitary, czy Morganie (wreszcie go ktoś docenił!). Czekaliśmy na nich 45 minut. Gdy zgasły światła, nie czułam żołądka.
I na tym mój opis się urywa, bo nie potrafię odpowiednio opisać samego koncertu i uważam, że żadne zdjęcie, czy to profesjonale czy robione przez znajomych, nie odda w pełni ani tego, jak blisko byliśmy, ani tego, jakie niesamowite to było przeżycie. Taki koncert trzeba zobaczyć na własne oczy. 


Wciąż nie wierzę, że naprawdę złapałam szeroki uśmiech Chrisa, że widziałam Matta na odległość PARU METRÓW, że pociągnęłam go za ten cholerny rękaw marynarki w brokatowe rąby, że zagrali wszystko to, na co liczyłam (Liquid State to tam i tak mniejsze piwo, ale STOCKHOLM SYNDROME - oh God, po tym moje życie już nigdy nie będzie takie samo!), że tak chętnie nam miłość wyznawali, że tak mocno dawali do zrozumienia, że mają prawdziwą frajdę z naszego szaleństwa... 
Sama oprawa to oczywiście kosmos. Żadne zdjęcie nie może równać się tej chwili gdy na twoich własnych oczach, wielka telebimowa piramida, tuż nad ich (i twoją!) głowami, rozsuwa się i zmienia kształty. Żaden festiwal nie może się równać ich koncertom w ramach regularnej trasy. Tak samo jak żaden środek dzikiego tłumu nie może równać się barierkom.


Po koncercie, najbardziej szokującym dla mnie był fakt, że w przeciągu niecałych 10 minut od zejściu Muse, scena była w połowie rozłożona, a płyta, jak i trybuny, wiały pustkami. To naprawdę szokuje, zwłaszcza, że tak doskonale pamiętam, jak po ich zejściu ze sceny na Coke’u jeszcze z dobre 20 minut wpatrywałam się w sztuczne ognie, wyjąc ze szczęścia.
Zanim nas wyproszono, trzasnęliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia (swoja drogą, to siedzenia na trybunach były takie same jak na salach wykładowych mojej PWSZ).
  


A dzień później, Kamila z Moniką odkryły nasze zdjęcie w Łódzkim dodatku do gazety wyborczej:


Nie zabrakło nas i naszego transparentu również na stronie internetowej. I pozostaje tylko mieć tylko nadzieję, że nasza praca została zauważona nie tylko przez lokalne media, ale i przez samych zainteresowanych! ;)



Na koniec z ust Moniki, Kamili i Wojtka posypały się w moją stronę wielkie podziękowania za rozprowadzenie Museowego zarazka, co tylko niepotrzebnie spotęgowało moje poczucie spełnienia i niewypowiedzianego szczęścia. To były trzy fantastyczne dni, w których żyłam własnym marzeniem. Naładowałam akumulatory na co najmniej pół roku :D
Warto żyć dla takich dni.
Co więcej, o ile kac po-koncertowy mnie nie ominął (wciąż nie mogę się otrząsnąć), o tyle po-koncertowa depresja może do mnie, co najwyżej, pomachać z daleka, bo dwa dni przed koncertem zamówiłam kolejny bilet, tym razem na trybuny do Londynu, w maju – będę podziwiać całe show z zupełnie nowej perspektywy! I mam szczerą nadzieję, że na tym się moja trasa The 2nd Law nie skończy!

Samą siebie ostatnio zaskakuję (ale bardzo pozytywnie, wiec nie zamierzam narzekać!) i wciąż nie wierzę, że to wszystko dzieje się naprawdę…

Wszystkich jesiennych gburów pozdrawiam z tego miejsca najszerszym z możliwych uśmiechów – mam w sobie teraz tyle energii, spełnienia i radości, że chętnie obdarzyłabym nimi pół tej wyzyskiwanej i rozpadającej się planety! ;)

9 komentarzy:

  1. "Warto żyć dla takich dni."
    Oj, warto;) popłakałam się znowu...
    Następnym razem jadę z wami, jak mnie oczywiscie zabierzecie;P
    zazdroszczę Londynu jak cholera, już pomijając koncert, ale chciałabym tam kiedyś pojechac:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a tak z innej beczki: Matt złamał sobie stopę dziś ;O

      Usuń
  2. ohhhhh... http://media.tumblr.com/tumblr_mde7wum2HE1rvyfar.gif

    OdpowiedzUsuń
  3. mojej koleżance Chris zrzucił ze sceny harmonijkę, ale wróciła bez niej, bo wydarła jej ją z ręki okrutna fanka Matta

    OdpowiedzUsuń