INF [17.3.2017]: o Londynie słów kilka. W przyszły piątek pewnie coś bardziej na rozkminę. Stay tuned!

28.01.2012

A może wiosna?

    Lubię śnieg, mróz i to zimowe słońce. Lubię to specyficzne skrzypienie pod butami, szczypanie mrozu w policzki i zaczerwienione nosy. Lubię ośnieżone drzewa, zasypane skwerki i śnieżnobiałe dachy. Naprawdę, bardzo lubię prawdziwą zimę.




     Problem w tym, że w tegoroczna zima spóźniła się, o co najmniej miesiąc i aktualnie absolutnie żadnego pożytku z niej nie mam – urok tych żarzących się lampek w długie, śnieżne wieczory ulotnił się jakieś dwa tygodnie temu, a na zimowe zdjęcia nie mam ani czasu, ani chęci, ani pomysłów. O nartach już nie wspominając.
      Od miesiąca mam gorący okres w szkole, chodzę cała niewyspana i naprawdę na nerwy działa mi ten prószący śnieg i zawzięcie wiejący, mroźny wiatr o ósmej rano, gdy ślizgam się (tak, mam śliskie buty…) do szkoły, wystarczająco już podirytowana faktem, że dzień zaczynam od znienawidzonego lektoratu z niemieckiego (dla niezorientowanych – NIE wybrałam go, to moja cudowna szkoła mi go narzuciła i to jeszcze z gratisowymi godzinami). Poza tym cholernie marznę i piję dwa razy więcej herbaty (i to z miodem!) niż zazwyczaj (tj. przeciętne cztery kubki zamieniły się w osiem – a że zajęcia semestralne właśnie się skończyły i będę teraz całymi dniami siedzieć w domu, to aż boję się pomyśleć, do jakiej średniej ilości kubków na dzień dojdę…). Dodajmy sobie do tego całe zamieszanie odnośnie cenzurowania Internetu, które długim cieniem (niczym Vashta Nerada) kładzie się na moim sielankowym egzystowaniu w sieci, a długoterminowy wkurw gwarantowany.
      Chciałabym już wiosnę. Ale moje nowe muzyczne zauroczenie (Cage The Elephant – Thank You, Happy Birthday) słusznie śpiewa mi do ucha „why can’t you see you can’t control the weather?”.
 


No bo właśnie… there’s always something.


23.01.2012

NIE dla ACTA!

      W mediach huczy, Internet wręcz pogrążony w grupowej histerii, która przeradza się w Internetowe powstanie. Coś się dzieje. A z racji, że sama jestem zapaloną internautką i owy problem dotyka mnie bezpośrednio, postanowiłam zabrać, może mało znaczący, ale jednak głos. Rozchodzi się oczywiście o podpisanie ustawy ACTA.
        Oczywiście, o samej ustawie, tak naprawdę, niewiele wiadomo: z założenia miała walczyć z piractwem i chronić prawa do własności intelektualnej, ale że jej treść jest niejasna i niedopracowana, to zdaje się walczyć z wolnością słowa i wywraca całą koncepcję Internetu do góry nogami. Nie wiadomo ile w tym całym zamieszaniu jest prawy, a ile histerii, ale tak, czy siak, problem zrobił się realny.
    Nie będę powtarzać tego, czego nasłuchałam i naczytałam się na innych stronach. Zostawiając na uboczu wszystkie inne wątpliwości, rozpiszę się o tym, co mi osobiście nie daje spokoju: piractwo filmowe/muzyczne/serialowe w Internecie. Bo nie rozumiem idei tej całej pseudo-walki. Czy producenci i autorzy, którzy rzekomo tak ciężkie pieniądze tracą na piractwie, naprawdę myślą, że jak „ocenzurują” Internet, to ludzie nagle zaczną kupować legalne kopie? Czy to nie jest przypadkiem zwyczajna próba zrobienia kolejnych pieniędzy?
        Myślę, że jeśli ACTA dojdzie do skutku, to owi producenci trochę się w tej kwestii zdziwią. Taka ustawa, co najwyżej, cofnie nas o paręnaście lat do tyłu. Znikną Internetowe możliwości, publikowanie i dzielenie się plikami będzie opatrzone Bóg raczy wiedzieć jaką procedurą, cyberprzestrzeń momentalnie się skurczy i Internet straci na popularności. I co dalej? Czy ktoś naprawdę wierzy w wielką odmianę i w to, że nagle wszyscy zaczną logować się za pieniądze na oficjalnych stronach i potulnie płacić za każdy ściągnięty, przeczytany czy ujrzany plik? Nie, ja jestem prawie pewna, że ludzie po prostu z tego wszystkiego zrezygnują. Oduczą się. Ba, może nawet zrezygnują z Internetu. Tacy już jesteśmy: oszczędni.
       Zacznijmy od tego, że jeśli ktoś ma pasję i ceni sobie czyjąś twórczość, to nawet pomimo możliwości ściągnięcia muzyki/filmu/książki z Internetu, pójdzie do sklepu i kupi legalną kopię. Dlaczego? Bo będzie czuł taką potrzebę. Bo doceni artystę i da mu zarobić. Bo będzie chciał być pełnoprawnym fanem, będzie chciał mieć oryginalną kopię. Bo takie wydawanie pieniędzy nigdy nie boli - wiem to po sobie i po moich znajomych. Co z tego, że mogę ściągnąć wszystkie albumy Muse z Internetu? Co z tego, że mogę ściągnąć wszystkie części Harry’ego Pottera w formie e-booka? Co z tego, że mogę ściągnąć całe osiem filmów o młodym czarodzieju za darmo? Wszystko wymienione wyżej posiadam na własność w oryginalnych kopiach. Dlaczego? Bo chciałam. Bo uważam, że twórcom powyższych produkcji należy się zarobek.
     Idąc dalej: tylko głupiec może uważać, że jeśli ktoś bezinteresownie umieszcza na darmowym serwerze film, który potem ściąga trzysta osób, to jest to równoznaczne z faktem sprzedania trzystu egzemplarzy owego filmu. Otóż, kolokwialnie mówiąc: gówno prawda. Założę się, że ten, kto naprawdę docenił owy film, i tak go zakupił, a cała reszta, w życiu nie wydałaby na niego złamanego grosza. Ludzie ściągają, bo mają taką możliwość i to wcale nie oznacza, że za wszelką cenę chcą okraść twórcę z jego praw czy należnych mu pieniędzy, bo gdyby nie owa możliwość, zapewne nigdy by po owy film nie sięgnęli. Takowa ustawa sprawi więc, że ludzie przestaną tak dużo oglądać i zadowolą się papką serwowaną w telewizji. Bo nie wierzę w to, żeby przeciętnego polaka byłoby stać na zakupienie kinowego biletu, czy legalnej kopii każdego filmu, jaki ma ochotę oglądnąć.
         Poza tym, oświećcie mnie, bo chyba nie rozumiem - czy piractwo nie polega przypadkiem na WZBOGACANIU się nielegalnym kopiowaniem? W sensie: ktoś kradnie i zbija na tym kasę, którą koniec końców powinien otrzymać autor i producent. Czy nie na tym ma polegać piractwo? Bo odnoszę niejasne wrażenie, że dzisiaj przestępcę chce się zrobić z każdej osoby, która coś kiedyś ściągnęła, a jedyną korzyść jaką z tego miała był fakt, że owy film/serial obejrzała. W jaki więc sposób mogła okraść autora z jego własności intelektualnej? Czy filmy/seriale/książki/muzyka nie są przypadkiem po to, żeby je oglądać/czytać/słuchać? Stawiając krok jeszcze dalej: jakim cudem producent może tracić należne mu zyski, jeśli rzekomy „przestępca” obejrzał owy film jedynie dzięki możliwości jego ściągnięcia i gdyby nie to, zapewne nigdy by się nim nie zainteresował?
        Moje frustracje zakończę tym, co najbardziej uderza (i przeraża) mnie w tej całej sprawie: zagraniczne seriale. Gdybym za każdy oglądany dziś przez Internet serial (a jakby nie było, oglądam ich sporo), musiała płacić, zapewniam Was, że nie oglądałabym żadnego, a moja znajomość języka angielskiego, a przede wszystkim rozumienie ze słuchu, byłoby wciąż na poziomie podstawowym. I mówię to z ręką na sercu, będąc studentem drugiego roku filologii angielskiej – bez youtube’a, megavideo i ściągania, nie rozumiałabym dzisiaj przynajmniej połowy tego, co słyszę po angielsku. I myślicie, że niby jak rozbudziłam w sobie miłość do angielskiego i krajów anglojęzycznych? PRZEZ INTERNET. Dzięki możliwościom, jakie daje (jeszcze). Mówiąc wprost: aktualnie nie mieszkam ani w USA ani w UK, ale uwielbiam tamtejsze produkcje, które w polskiej telewizji nie są emitowane, a nawet jeśli, to skalane znienawidzonym lektorem, czy, co gorsza, dubbingiem. Dlaczego więc, ściągając seriale z Internetu, mam być traktowana, jako przestępca? Przecież gdybym mieszkała w USA czy UK, oglądałbym je za darmo i nikt nigdy o nic by mnie nie posądził. A czy przestępstwem nazwiecie chęć rozwijania swoich zainteresowań, pasji czy hobby?
      Jako indywidualna jednostka, oświadczam więc, że mówię kategorycznie NIE dla ACTA. Chcecie walczyć z kradzieżą i piractwem? Karzcie tych, którzy nagrywają nielegalne kopie, podrabiają markowe ciuchy i rozprowadzają je po całym świecie, zbijając na tym grube pieniądze, ale Internet zostawcie w spokoju. Chyba, że tegoroczny „koniec świata” ma polegać na cofaniu ludzkiego rozwoju poprzez ograniczanie jego wolności lub, co gorsza, na robieniu pierwszego kroku w stronę Orwellowskiej rzeczywistości… bo gdy patrzę na to, co rozgrywa się aktualnie na moich oczach, naprawdę zaczynam wierzyć w te wszystkie spiski, teorie i konspiracje dotyczące wielkich korporacji manipulujących ludzkością. New World Order? Czy to by aby na pewno jest tylko teoria…?
 

20.01.2012

ZDJ: Muse Inspires pt V

Wstęp do tematu, czyli o mojej obsesji możecie przeczytać TUTAJ.
Część pierwsza TUTAJ, część druga TUTAJ, część trzecia TUTAJ, a część czwarta TUTAJ.

       __________________________
       MUSE INSPIRES część piąta: autoportrety (znowu). 



Skutek uboczny przeboju zeszłorocznego stycznia - tj. Recess (w dyskografii numer 4 na Hullabaloo Soundtrack CD 1): Hope Suffociating:




      Jak wykorzystać ulewny deszcz, czyli Shine (w dyskografii Muse numer 7 na Hullabaloo Soundtrack CD1) w trzech odsłonach:


 One: You Should Have Teased:


Two: Take Me Back Again:

 

Three: Shine:



     Melancholijna interpretacja Map Of Problematique (bo mniej malancholijna szybkuje się niedalekiej przyszłości): This Loneliness:


______________
Lepszej jakości zdjęcia dostępne są na DA (link pod nagłówkiem).



13.01.2012

ZDJ: Hello Cold World!

        Lubię, gdy w mojej głowie kotłują się pomysły, a energia do ich realizacji nie ginie gdzieś w szarych zakamarkach ponurej, zimowej rzeczywistości. Od kilku dni chodziły za mną zdjęcia, ale nie było śniegu, który stworzyłby odpowiednie tło… dziś, gdy wróciłam po zajęciach do domu, zerwała się śnieżna burza, a zaraz po niej wyszło słońce i zerwał się wiatr (a już się bałam, że w tym roku prawdziwego śniegu w Polsce nie doczekam). Nie ryzykując z czekaniem do jutra (bo przecież do jutra z powodzeniem może stopnieć), złapałam w ręce aparat i pognałam na balkon, czego efektem są autoportrety do mojego prywatnego hymnu 2012: Hello Cold World.

         Posiadanie takiego „noworocznego” hymnu stało się moją niepisaną tradycją w zeszłym roku. Jej motywem przewodnim jest mobilizacja do zmian- niewielkich, ale znaczących. Plan na tegoroczne mogę streścić w jednym zdaniu:

It’s not the way you plan it, it’s how you make it happen.



        Poza tym... ostatnio marznę i piję za dużo kawy. Na uczelni już jasno dają nam do zrozumienia, że sesja za rogiem i do łatwych to ona należeć nie będzie. A ja, w przerwie między nauką, filmami i kolejnymi odcinkami seriali (które szturmem powracają po świątecznej przerwie), czytam sobie Świat Według Clarksona, który bardzo mnie bawi i czasami niepotrzebnie rozmyślam nad „nowym-starym” literackim pomysłem, który przyplątał się przypadkiem i teraz za nic nie chce dać mi spokoju. To takie zabawne, że najwięcej pomysłów i chęci do „tworzenia” mam wtedy, gdy powinnam siedzieć z nosem w książkach, maksymalnie skupiona na zawiłościach języka angielskiego.
        Czasami leżę sobie w łóżku z notatkami na brzuchu i zastanawiam się, skąd, do cholery, brać motywację na systematyczną naukę. Czy to w ogóle jest możliwe? Przecież w moim przypadku nawet wyłączenie komputera niewiele pomaga, bo w mig potrafię sobie znaleźć inne zajęcie, znacznie bardziej interesujące od notatek z opisowej, literatury czy kontrastywnej… 
      Niemniej jednak, są też niewątpliwe plusy dotyczące zbliżającej się sesji: na pewno nadrobię nieco zaległości w filmach, przeczytam ostatnie dwie książki z mojej zeszłorocznej kupki, posprzątam na błysk cały pokój, podpiszę wszystkie zaległe zdjęcia, zrobię porządki w folderach, ugotuję kilka obiadów, upiekę babeczki i zapewne nie pohamuję się przed oglądaniem kolejnych odcinków Doctor Who Confidential. 
         Nic nowego. 
         I tylko tak zimno za oknem, że nawet mi się nie chce ruszyć tyłka na basen.

It’s such a cold, cold world…

06.01.2012

Stojąc w kolejce

          W porównaniu do ludzi z różnorakimi schorzeniami, nie zaliczam się do stałego odbiorcy Polskiej Służby Zdrowia. Nie wiem jak aktualnie wygląda pobyt przeciętnego polaka w szpitalu, bo, odpukać, swój ostatni i to niedługi, odbyłam pięć lat temu i niewiele już z niego pamiętam. Ale na wizytach u lekarzy „nie-prywatnych” bywałam i wciąż bywam regularnie: chodzę do kontroli, wykonuję zlecone badania i stoję (a jak mam wyjątkowe szczęście to nawet siedzę) w kolejkach, siłą rzeczy wysłuchując (bo nawet moje super-ekstra słuchawki wymiękają w obliczu „kolejkowego jazgotu”) tych wszystkich starszych ode mnie ludzi (bo żeby w kolejce zjawił się ktoś młodszy, to jeszcze mi się nie zdarzyło), którzy z jawną pasją i nieukrywanym entuzjazmem wyrażają swoje niezadowolenie.
         Bo dlaczego ja mam być piąta w kolejce, skoro miałam być na 8.00? Na numerki czy na godziny? Ale kto ostatni? Pani doktor wywołuje, czy zgodnie z kolejką? Dlaczego pani wchodzi przede mną, skoro nie mówiła pani, że jest ostatnia? Ale dlaczego pani się pcha, ja przecież byłam pierwsza! Przepraszam, a jaki pani ma numerek? A pani ma wcześniej niż na dziewiątą? Czy to zawsze tak długo trwa? Kto to widział, kto to widział!
          A no ja widziałam. Widzę za każdym razem, gdy przekraczam próg szpitala i docieram pod odpowiednie drzwi: tłum rozgoryczonych starszych pań (tak, PAŃ, bo panowie jakoś nie spieszą się do narzekania tylko siedzą potulnie i jedynie w przypadku skrajnego wyczerpania nerwowego dużo spacerują po korytarzu) przekrzykujących się jedna przez drugą: kto ma gorzej, kto czeka dłużej, kto ma prawo, a kto nie. Weźmie sobie człowiek książkę albo notatki, żeby nie marnować czasu, to i tak nic nie przeczyta, bo będzie musiał wysłuchiwać nachalnych pytań bądź wrzasków oburzenia wprost do własnego ucha. Problem na problemie i o każdym należy niezwłocznie poinformować cały korytarz wzdłuż i wszerz. Bo za gorąco. Bo pani w recepcji była niemiła. Bo nie ma wieszaków. Bo lekarz się spóźnił. Bo ktoś nie doniósł karty. Bo przyszedł pacjent z oddziału i pół godziny siedział w środku. Bo ktoś się wcisnął do kolejki. Bo za głośno. Bo za ciasno. Bo przyszedł jakiś inny lekarz wymienić dwa zdania. Bo czas leci. Bo ileż można siedzieć w jednym miejscu. Bo nie ma gdzie usiąść. Bo tak się nie robi. Bo tak się nie powinno traktować pacjenta. Zawsze te same teksty. Średnio co pół roku, czasem nawet częściej. Pod gabinetem okulistycznym, pod gabinetem endokrynologicznym, pod analizą krwi, pod pracownią USG. Wszędzie.
         Wśród podirytowanych i oburzonych pacjentek zdarzają się też czasem Panie desperatki, które nie chcąc robić sobie wrogów w chorych i zirytowanych ludziach, wyżywają się na paniach z recepcji, krzycząc na nie jak na niesfornego gówniarza, który właśnie trafił kulką z pistoletu prosto w ich czuły punkt. Bo to wszystko musi być z czyjejś winy. A jak sobie panie to wyobrażają? Dlaczego godziny wizyt nie pokrywają się z rzeczywistością? Jak można być tak nieodpowiedzialnym i lekkomyślnym? To przecież szczyt bezczelności kazać mi czekać w kolejce z innymi pacjentami. I albo pani to natychmiast zmieni, albo ja wychodzę! No cóż. Panie desperatki zawsze wychodzą. Z oburzoną miną i telefonem w pogotowiu.
         Do kolejek i rezerwowania sobie połowy dnia, żeby usłyszeć „wyniki w porządku, proszę dalej brać leki, za pół roku nowe badania i kolejna kontrola, do widzenia” można się przyzwyczaić. Ale do wszechobecnego jojdania, narzekania i oburzania się szanownych Pań już niekoniecznie. Przecież Ameryki tym nie odkryją, świata nie zmienią, ani kolejki nie przyspieszą, a za to skutecznie mnie zirytują. Ale komu by to przez myśl przeszło? Najważniejsze jest, żeby narzekać. Żeby się awanturować, nawet, jeśli na starcie wiadomo, że to nie przyniesie żadnych pozytywnych skutków.
         Tak więc stoję co jakiś czas w tych naszych kolejkach i staram się nie załamywać rąk nad zachowaniem otaczających mnie ludzi. Ale jakby ktoś zapytał, jaki mam do tego wszystkiego stosunek, odpowiedziałabym krótko: oto kolejny powód dla którego mam ochotę stąd uciekać w poszukiwaniu innej rzeczywistości.