INF [17.3.2017]: o Londynie słów kilka. W przyszły piątek pewnie coś bardziej na rozkminę. Stay tuned!

28.04.2012

Egoiści

    Każdy ma swój egocentryczny półświatek. Swoją własną percepcję otaczających go ludzi.
Przyglądamy się, krytykujemy, porównujemy, dowartościowujemy się. Nie, nie kłam, że tak nie robisz, bo i tak Ci nie uwierzę – nie musisz robić tego głośno, wiem, że ta myśl i tak się gdzieś czai i nawet jeśli konsekwentnie ją odpychasz, czasami i tak wypływa.
Punkt widzenia zależy do punktu siedzenia – dlatego zawsze szukamy sobie punktu odniesienia: czy to w lepszych czy gorszych przedstawicielach naszego gatunku. Skryci egoiści budujący swoje ego kosztem innych.
Jesteśmy mistrzami w oszukiwaniu samych siebie, w wyszukiwaniu coraz to nowszych wymówek. „Nie umiem. Nie potrafię. Nie nadaję się. Nie mogę. Nie jestem w stanie. Boję się. Jestem gorsza od tamtej, ale lepsza od tej. O, i od tej też. Nie jestem najgorsza, więc nie muszę się starać.” Wiecznie usprawiedliwiamy się kosztem innych.
Mentalność zawiści i nienawiści. Chowamy własne problemy pod ostrą krytyką innych. Bo jak ja mam zatrute życie, to dlaczego ktoś inny ma mieć lepiej? Szukamy winy wszędzie, tylko nie w sobie. A potem się dziwimy, dlaczego tak pełny nienawiści jest ten świat, nie zdając sobie sprawy, że owa nienawiść zaczyna się w nas samych.
Często też przywdziewamy różne maski, inna na każdą okazję, udajemy, że jesteśmy tymi, których chcą widzieć. Jakaż to wyśmienita zabawa w marnowanie sobie życia!
Wszyscy jesteśmy pieprzonymi egoistami, cholernymi tchórzami i nagminnymi hipokrytami, tarmoszonymi przed społeczeństwo. Nie krzyw się, otwórz oczy, bo taki właśnie jesteś. A ja wierzę, że pogodzenie się z tym faktem jest pierwszym krokiem do walki o samego siebie. A to ponoć najcięższa, ale i najbardziej satysfakcjonująca walka ze wszystkich.
Wygrana gwarantuje spokojne umieranie.

Will you slam shut
Or free your mind
Or stay hypnotised?

18.04.2012

Dowód

Zrobiło mi się smutno, gdy pewna wysoko postawiona pani z żalem przyznała, że nieopłacalne jest wystawianie ambitniejszych sztuk, bo szybciej, pewniej i lepiej sprzeda się kolejna farsa niewymagająca udziały choćby najmniejszych pokładów szarych komórek.  Na farsie sala będzie pękać w szwach. Przy dramacie zawsze jakieś wolne miejsca zostaną.
Smutno mi się zrobiło, bo choć osobiście nie mam nic do fars, to tęsknię za niepowtarzalnymi, na zawsze zapadającymi w pamięć historiami z teatralnych scen, których w swoim życiu doświadczyłam zaledwie dwa razy. Równocześnie jednak cieszę się, że miałam okazję po raz trzeci (w stosunkowo niedługim odstępie czasowym) na taką właśnie historię natrafić. Uwielbiam, gdy jakaś forma sztuki do mnie przemawia: porusza odpowiednie struny w sercu i pozostawiła zupełnie oniemiałą z wrażenia. Już zwłaszcza, gdy w ogóle się tego nie spodziewam.
Dowód miał wszystko to, co szczerze uwielbiam – szaleńców, miłość, toksyczne związki, geniuszy którzy pozostają w swoim własnym świecie, trochę niewiadomej, trochę smutku, trochę żartu, trochę poważnych problemów o podłożu psychicznym – i to wszystko tak umiejętnie i wierzytelnie zagrane. W dodatku nie zabrakło niepowtarzalnego nastroju, kapitalnej scenografii oraz dobrej muzyka. Nawet te ciasne i niewygodne siedzenia w MCK nie dawały mi się specjalnie we znaki podczas tych przeszło dwóch godzin – losy bohaterów pochłonęły mnie bez reszty. Nie byłam pewna co się dalej wydarzy, ale moja głowa pęczniała od coraz to nowszych scenariuszy, pomysłów i płonnych nadziei. A i tak poniekąd otwarty koniec był najlepszym z możliwych. To tak, jakbym czytała kolejną kapitalną książkę lub oglądała kolejny kapitalny film – a to mi się rzadko zdarza, bo o ile o dobre efekty cudzej twórczości nie jest trudno, to o te kapitalne, trafiające w Twoje indywidualne gusta, jest już bardzo trudno. Ale to właśnie dzięki tej rzadkości, takie doświadczenia pamięta się bardzo, bardzo długo.
Co zabawne, do pewnego stopnia była to sztuka o matematyce, bo tytułowy dowód był w istocie dowodem matematycznym i to wokół niego krążyły losy bohaterów – aczkolwiek samo sedno sztuki (jak dla mnie) nie miało z matematyką wiele wspólnego. Geniusz pozostaje geniuszem bez względu na to czy to fizyk, matematyk, filozof, pisarz, reżyser, malarz, detektyw, księgowy, fotograf, scenarzysta czy ktokolwiek inny. Wszystkich ich łączy to samo: coś, czego inni nie mogą pojąć, odrobina tego szaleństwa, w którym jest metoda, odrobina czegoś nieznanego, niewytłumaczalnego, a równocześnie zaskakująco trafnego.  A ta sztuka była o takim geniuszu. I życiu: zwykłym życiu z odrobiną niezwykłości, którą, jakby się bardzo postarać, każdy może w sobie odnaleźć.
Wyszłam z teatru uskrzydlona, zainspirowana i zamyślona – choć taka mieszanka łatwo rozprasza i odciąga od spraw przyziemnych (czyt. studiów) to uwielbiam gdy się zjawia. Wtedy czuję, że żyję i że to życie ma jakiś sens.

Pierwszy raz miałam okazję oglądać Marię Seweryn na deskach teatru i mam szczerą nadzieję, że nie po raz ostatni!

14.04.2012

Titanic

      Dzisiejszej nocy mija dokładnie 100 lat od zatonięcia jednego z najbardziej znanych statków świata. Media nie dają o tym zapomnieć, więc i moją myśl nawiedził ostatnimi dniami sławetny Titanic. Po obejrzeniu niecałego filmu dokumentalnego na National Geographic nagle nabrałam potwornej ochoty by po paru ładnych latach oglądnąć ukoronowany Oskarami film ponownie. Po raz trzeci.


      Z mojego "drugiego razu" zapamiętałam tylko tyle, że film był cholernie długi i chwilami do bólu nużący, a na jego oglądanie straciłam aż dwa wieczory (to były czasy, gdy moim jedynym źródłem oglądania filmów był telewizor). Przy czym chyba nie oglądałam zbyt uważnie, bo jakoś tak przez mgłę to wszystko pamiętam.
      Zasiadłam więc, piątkowym popołudniem, przed laptopem z herbatką i odpaliłam ponad trzygodzinny seans. Po obejrzeniu zastanawiałam się, czy nie zafundować sobie recenzji z prawdziwego zdarzenia. Doszłam jednak do wniosku, że co miało zostać napisane na temat tego filmu, na pewno już napisane zostało, dlatego chyba znacznie ciekawszym pomysłem na ukoronowanie setnej rocznicy będzie opisanie moich wspomnień, które wyjątkowo zawzięcie bombardowały mnie podczas oglądania.
      Bowiem, w przeciwieństwie do drugiego podejścia, to pierwsze pamiętam bardzo dobrze, choć miałam wtedy jedynie trochę ponad 7 lat. Choć jakby się nad tym zastanowić, cała historia sięga nieco dalej.
       Jak wiadomo, film wszedł do kin w 1997 roku. Miałam wtedy 6 lat i chodziłam do zerówki w przedszkolu ulicę dalej od domu. O filmie po raz pierwszy dowiedziałam się z karteczek do segregatora, bo nagle to nie Kubuś Puchatek, ale Rose z Jackiem wzbudzali największe zainteresowanie - i to do tego stopnia, że rzeczą normalną były bójki o wyjątkowo rzadko spotykaną karteczkę; w jednej nawet brałam czynny udział, za co potem zostałam odesłana na leżakowanie do maluchów. Wszystkie koleżanki z przedszkola gadały tylko o Titanicu. Pamiętam, że raz ktoś nawet poprosił naszą panią od angielskiego, żeby zamiast uczyć nas piosenki o krokodylach i słoniach, nauczyła nas piosenki z Titanica (My Heart Will Go On, które pamiętnie i z zacięciem śpiewałam "maj hart łil gołąb"...).
      Bez dwóch zdań, jak i wszystkie inne dziewczynki w mojej grupie, byłam Titnic'iem zafascynowała. Nie wiedziałam jednak wtedy co to Internet i swoją wiedzę na ten temat zmuszona byłam czerpać z przedszkolnego otoczenia. Niemałą sensacją w naszej przedszkolnej grupie był fakt, że koleżanka K. owy film widziała i to W CAŁOŚCI. Na nasze szczęście, bardzo chętnie o nim opowiadała. Szczególnie w pamięć zapadł mi jej "niedozwolony" opis sceny w "czarnym aucie", której "rodzice na pewno nie pozwoliliby mi oglądnąć". Boże, ależ to rozbudziło moją wyobraźnię! Zakazany owoc kusił, więc jako sześcioletnia dziewczynka nie marzyłam o księciu na białym koniu, czy nowej bajce Disney'a, ale obsesyjnie pragnęłam obejrzeć ten cholery, zakazany film.
       Gdy rok później wreszcie nadarzyła się okazja by na własne oczy zobaczyć "legendarny" romans na video, byłam potwornie rozczarowana ową sceną w aucie. Moja dziecięca wyobraźnia znacznie przewyższyła wizję reżysera. Ale to nie jedyne wspomnienie związane z tym pełnym emocji seansem. Po pierwsze, miałam świadomość, że gdyby nie fakt, że jestem na zimowisku z Tatą (czyt. bez mamy i brata) i starszymi dziećmi, prawdopodobnie wciąż nie miałabym szansy na spełnienie pragnienia, bo A) nie mieliśmy w domu video B) mama na pewno stawiałaby czynny opór - moja ekscytacja nie miała więc granic. Co ciekawe, do dziś wyraźnie pamiętam wygląd tamtej stołówki, sposób w jaki poprzesuwane były stoły i ustawione krzesła, a jak zamknę oczy to nawet czuję ten specyficzny, przeze mnie nazywany "słowackim", zapach. Oczywiście wielkie emocje musiały znaleźć gdzieś swój upust, dlatego po zderzeniu z górą lodową zachciało mi się siku. Tak bardzo nie chciałam niczego przegapić, że zaciskałam zęby i trzymałam. Oczywiście, był to jeden z najgłupszych pomysłów mojego autorstwa, bo koniec końców nie wytrzymałam i przegapiłam kluczowy moment znikania Titanica pod wodą, puszczania ręki Rose i późniejszego usiłowania utopienia. Z ubikacji wróciłam, gdy dopływali do tych cholernych drzwi. I dopiero wczoraj, oglądając ten film, zrozumiałam dlaczego zawsze byłam przekonana, że Jack i Rose wykonali piękny skok na główkę z czubka tonącego Titanica w głąb oceanu - bo jak zapytałam tatę, co się działo jak byłam w toalecie, odpowiedział krótko: "tylko wskoczyli do wody". Chwilę po mojej felernej wizycie w toalecie, młodsza o dwa lata koleżanka A., wówczas pięcioletnia, dostarczyła całej grupie młodych widzów kolejnych emocji, które do dziś wywołują we mnie śmiech. Mała dziewczynka najwyraźniej bardzo film przeżywała, bo siedząc na kolanach u swojego taty nagle dostała ataku histerii godnego samej Rose i zaczęła krzyczeć na całą salę "nie Jack, tylko nie Jack, Jack, nie, Jack!" podczas gdy on właśnie spokojnie dryfował w głąb oceanu. Krótko mówiąc: skutecznie rozładowała dramatyczne napięcie.
     Podsumowując, jako  7letnie dziecko, film bardzo przeżyłam i pamiętam, że długo potem trzymała mnie faza na Titanica, Rose i, przede wszystkim, Jacka. Śmiem nawet twierdzić, że Leonardo Di Caprio był pierwszym obcojęzycznym aktorem, którego znałam z pełnego imienia i nazwiska. Uruchamiając w piątek trzygodzinny film miałam wrażenie, że mnie znudzi i przewinę większość scen - o dziwo, mimo iż straciłam na jego oglądanie cały wieczór, nic nie przewinęłam i wcale się nie nudziłam, wręcz przeciwnie. Choć historię Titanica, Jacka i Rose znam na pamięć od małego, to i tak przeżywałam ten film, jakbym oglądała go po raz pierwszy. Może to przez wzgląd na fakt, że oglądałam go w wersji blank (no subtitles & such), choć to akurat bardzo wątpliwa sprawa. Bardziej skłaniam się ku stwierdzeniu, że wreszcie obejrzałam ten film tak jak należy - na spokojnie, jako stosunkowo dojrzały widz, który w dodatku bardzo ceni tytułowych aktorów, bo widział ich już w niejednej dobrej roli (Kate Winslet jest moją ulubioną amerykańską aktorką tuż obok Julii Roberts, a Leonadro zasłużył na mój pełny podziw dla swojego talentu kilka lat temu, gdy zobaczyłam go w "Co gryzie Gilberta Grape'a" - gdyby nie fakt, że znałam go z Titanica, byłabym przekonana, że to autentycznie niepełnosprawny chłopiec).
     Oczywiście, wątek romantyczny w wielu momentach był przesadzony, wyolbrzymiony,  naiwny, nierealny i przewidywalny, ale w granicach swojego gatunku  (bo który melodramat nie charakteryzuje się takowym 'wybuchanym' wątkiem?) Titanic naprawdę jest arcydziełem. Klasyką samą w sobie. Nawet jeśli nie wnosi nic nowego, to potrafi łapać za serce. Nic dziwnego, że Rose i Jack są porównywani do Romeo i Julii - to skojarzenie samoistnie się nasuwa.

08.04.2012

Nudno

Czasami nie mam sobie nic do zarzucenia. Wstaję rano i myślę sobie „jest okej”. Życie idzie w odpowiednim kierunku, własnym torem, własnym tempem i dobrze mi z tym.
A czasami po prostu nie mogę oprzeć się wrażeniu, że prowadzę najnudniejsze życie na tej planecie. Mam poczucie, że absolutnie nic się nie dzieje, a ja marnuję swój cenny czas na „sama-nie-wiem-czym”. Przed oczami mam same czarne scenariusze przyszłości i zamiast coś z tym zrobić, siedzę bezczynnie i pogrążam się w poczuciu beznadziejności.
Co za paskudne uczucie, bezczelnie wykradające energię do życia.
Utrzymujesz sobie, że niby nigdy się nie nudzisz, a potem patrzysz na swoje życie i nagle zdajesz sobie sprawę, że nie natknąłeś się na nic bardziej nudnego.
I te cholerne święta, z rodziną zadającą najbardziej niewygodne pytania na świecie. No to co z tym Twoim chłopakiem, jest tam kto? Mam ochotę zdzielić pięścią w twarz. No to co planujesz robić  po licencjacie, będziesz studiować w Krakowie? Mam ochotę roześmiać się w twarz. A najchętniej to stanąć przed nimi niczym 10th Doctor przed Sycorax i wykrzyczeć tym samym przesadzonym basem: I DON’T KNOW!
Czy to takie istotne, wiedzieć, co się będzie robiło za półtora roku? Czy to takie ważne mieć jakiegoś tam chłopaka, czy kogokolwiek, o kim można by pogadać, gdy nadciąga temat związków? Czy to naprawdę kwalifikuje się pod esencję życia?
Bo szczerze? Ja wciąż tej esencji szukam.