INF [17.3.2017]: o Londynie słów kilka. W przyszły piątek pewnie coś bardziej na rozkminę. Stay tuned!

25.05.2012

Recovery

W ramach rozluźnienia i marnowania cennego czasu, który powinnam poświęcić na naukę, obejrzałam sobie najnowszy walentynkowy romans – The Vow.


Pamiętam, że już sam zimowy zwiastun zachęcił mnie do sięgnięcia po ten film - uwielbiam motyw utraty wspomnień i pamięci na równi z motywem zaburzeń i chorób psychicznych. Nie spodziewałam się cudów, bo koniec końców na plakacie wyraźnie dają do zrozumienia, że to film, na który z założenia idą dzikie tłumy zakochanych par. Generalnie nie zawiodłam się – jak na walentynkowy romans, film jest dobry – słodki, z ładnym przesłaniem, o miłości, która przetrwa wszystko. Przyjemnie się ogląda, choć trudno nie prychnąć z pobłażaniem na widok kolejnego na zabój zakochanego, nierealnego faceta. Bo nie wiem jak inni, ale w moim otoczeniu tacy naprawdę nie istnieją.
Ale do rzeczy, bo ja nie o tym miałam pisać. Generalnie nie pisałabym o The Vow, gdyby nie fakt, że ten film przypomniał mi o niedawno oglądanym przeze mnie dramacie BBC o tym samym motywie, tyle że the other way round – tam to mąż ulega samochodowemu wypadkowi (swoją drogą, Brytyjskie produkcje w dość komiczny sposób przedstawiają tragiczne wypadki…) i zapada w śpiączkę, z której budzi się, ale z uszkodzonym mózgiem (oświećcie mnie - jest jakieś lepszy polski odpowiednik dla brain injury…?). 

 Recovery, bo o tym filmie mowa, jest jednym z tych tytułów, które naprawdę mnie dotknęły. Powiem więcej: ta historia wgniotła mnie w fotel, w dobrym znaczeniu tego sformułowania. W zestawieniu, The Vow nie miało szans. W starciu z melodramatem, dramat zazwyczaj już na starcie ma u mnie punkt więcej. I w tym wypadku, wbrew pozorom, wcale nie przeważył ani czynnik brytyjskości, ani fakt, że w Recovery główną rolę gra David Tennant (szczerze mówiąc, to akurat był poniekąd minus, bo jakkolwiek ogromną miłością darzę jego „z lekka szkocki” akcent, to jego wydanie w wersji niepełnosprawnej jest w wielu momentach nie do przebrnięcia – przynajmniej na obecny moment mojego językowego zaawansowania). Przeważyła sama historia, która w gruncie rzeczy kończy się bardzo podobnie, ale sama w sobie jest znacznie bardziej… nawet nie umiem znaleźć odpowiedniego słowa. DOTYKAJĄCA. Może to wynika z różnicy filmowego gatunku i z góry założonego przeznaczenia - historia w The Vow miała przede wszystkim wzruszać i rozczulać. Historia w Recovery miała (chyba) dotykać. To, co dzieje się z Alanem po wypadku jest w dużym stopniu przerażające. Głowa rodziny, kochający mąż i ojciec dwójki dzieci zamienia się w duże niepełnosprawne dziecko, które nie wie, co wypada robić, a co nie. Było pozytywne zakończenie, ale nie happy-end. I chyba dlatego ta historia tak mnie dotknęła. Takie obrazy miłości przemawiają do mnie znacznie mocniej i dobitniej niż najpiękniejsze love story.
W dodatku, po obejrzeniu tego filmu, przypelętała mi się do folderu bardzo ładna piosenka. Do której, w przypływie wczorajszych wspomnień, zrobiłam filmowy teledysk (pierwszy raz w moim życiu…) – jak nie trudno się domyślić, piosenka, bezpośrednio związana z filmem, dotyka mnie równie mocno. Dlatego się nią dzielę;)

 

Miłego! A film subiektywnie, gorąco polecam;)

23.05.2012

Drag behind

Dzisiaj egoistyczna hipokrytka Ania moralizuje innych (a przy okazji i siebie).

Stąpam sobie po korytarzach mojej pseudo-uczelni i staram się ogarnąć, dlaczego ludzie są tak ograniczeni. Co jest złego w oczywistym fakcie, że każdy ma swoje indywidualne tempo, indywidualne potrzeby, predyspozycje i umiejętności? Dlaczego przejście nad tym do porządku dziennego jest dla niektórych niemożliwe? O co chodzi? Czy na tym porąbanym świecie, w tym porąbanym kraju już naprawdę nikt nie potrafi skupić się na swoich własnych interesach? Skąd się bierze ta niepohamowana zawiść?
Apeluję do wszystkich i każdego z osobna: trochę akceptacji i życzliwości wobec innych, ludzie! Otwórzcie te swoje ciasne móżdżki na świat i przestańcie dostrzegać wroga w każdym, tylko nie w sobie! Pogódźcie się najpierw z samym sobą, zanim zaczniecie najeżdżać na kogoś innego. Nie każdy musi mieć takie wartości jak Wy. Nie każdy musi się zachowywać tak jak Wy. To, że wierzysz w coś innego niż Twoja koleżanka z ławki wcale nie czyni Cię lepszym. To, że kogoś nie szanujesz nie upoważnia Cię do pogrążania go. I skończcie też z tą sztuczną grzecznością, bo przecież każdy wie (a jeśli nie, to szybko się dowie), że tylko czekasz na moment, żeby wbić szpilę. Przejdźcie do porządku dziennego nad faktem, że ktoś jest od Was w czymś lepszy. Tak zawsze było jest i będzie. Nie ma na to lekarstwa. Takie życie, for fuck’s sake. I naprawdę wcale nie musicie z tego powodu utrudniać życia innym – i bez waszej pomocy jest ono wystarczająco trudne. Skupcie się na własnych niedoskonałościach, a nie doszukujcie się ich u innych, bo spokojna głowa – im bardziej skupiasz się na wadach innych dając im to do zrozumienia, tym bardziej odsłaniasz swoje, czy Ci się to podoba czy nie. Oceniaj i obgaduj sobie ile chcesz. Ale nie okazuj pogardy. Życzliwość nie kosztuje wiele.
Sami sobie stawiamy granice i stwarzamy problemy. Egoizm ma dwie strony, podobnie jak empatia. Przecież nikt dziś nie odkryje Ameryki stwierdzeniem, że nic już nie jest na tym świecie czarno białe. Bo nie jest. Dlatego obudźcie się i zacznijcie szukać swoich własnych odcieni czerni i bieli, nie dyskryminując przy tym wyborów innych. Bo w tym wypadku najlepszą bronią wcale nie jest atak, ale akceptacja samego siebie. Bo jak jesteś szczery wobec siebie i wiesz kim jesteś, to zawiść przestaje funkcjonować w Twoim słowniku. A nawet jeśli, to jest to termin, którego nie stosujesz tak jawnie i agresywnie.
W związku z powyższym, przyszłam dziś oświadczyć słowami Placebo, że „I drag behind”, dodając do tego swoje skromne „and so what?”. Mam swoje tempo (wolniejsze lub szybsze), swoje życie (nudniejsze lub ciekawsze), swoje problemy (większe lub mniejsze), swoje granice do przekraczania, swoją własną miarę porażek i sukcesów. I co z tego, że jestem gorsza od Kasi, Zosi i Krysi? Co mnie obchodzą ich granice, wady i problemy? Pozwólcie, że najpierw dojdę do ładu ze swoimi. Nie mierzę się obcą miarą. „Ustalaj własne reguły: oto moja zasada”.
Akceptacja i trzeźwe myślenie o samym sobie powinno być dziś w cenie. 
       A nie jest.

11.05.2012

Leżakowanie

Leżenie w łóżku naprawdę potrafi człowieka wynudzić. Z tych nudów wróciłam do picia mleka z kawą i trzema łyżeczkami cukru – bardzo mądrze. I przeglądam całe gigabajty starych zdjęć. Zamiast się uczyć, rzecz jasna. Albo chociaż filmy nadganiać.
Apropos! Posiadanie konta na filmwebie rujnuje moje życie. Mam więcej filmów do oglądnięcia niż tych już oglądniętych. Rutynowe przeglądanie galerii zdjęć poszczególnych produkcji, czy aktorów zawsze kończy się wyłapaniem kolejnej znajomej twarzy i dodaniem trzech następnych tytułów do listy „MUST SEE”, a „kinowe” okienko w kokpicie nieustannie namawia mnie na wydanie miesięcznych oszczędności. Horror!
A na oglądnie czasu nie mam. Chęciami jakoś też niespecjalnie dysponuję, a jak już mnie najdzie (a zazwyczaj nachodzi wtedy, gdy absolutnie nie powinnam marnować czasu), to nigdy nie wiem za co się wziąć najpierw. Nawet to przymusowe leżenie w łóżku nie zaowocowało żadnym konkretnym wzbogaceniem mojej listy „obejrzanych” – pomijając fakt, że połknęłam wszystkie cztery sezony Secret Diary Of A Call Girl, ale to się przecież nie liczy. Brytyjskie seriale są jak narkotyki – jak już zaczniesz to nie spoczniesz póki nie skończysz. A potem i tak masz ochotę do tego wracać. Bo mają w sobie coś, czego Amerykańskim produkcjom (z mojego punktu widzenia) brakuje. Ale może to tylko moje odczucie. Tak czy siak, obsesyjnych nałogów staram się nie mylić z filmowymi doznaniami. 


 Jak widać na powyższym zdjęciu, mój ukochany obiektyw ostatecznie zdecydował się zrezygnować ze współpracy i przestał ostrzyć. W gruncie rzeczy daje to, niewielkie ale jednak, pole do eksperymentów. Postanowiłam więc, że nie będę po nim płakać, bo przecież moje wielkie marzenia o pięknym Londynie chyba i tak się w tym roku już nie ziszczą – co może i na dobre wyjdzie, bo ostatnio cierpię na zdjęciową niemoc twórczą.
Jedyny pozytywny punkt tego tygodniowego leżakowania jest taki, że wreszcie otrzymałam dawkę inspiracji by zakończyć dawno już nadgryzione opowiadanie z życia wzięte. I tym sposobem kłaniam się sobie w pas, bo wreszcie, zamiast otwierać trzy kolejne dokumenty z nowymi pomysłami, dopięłam na ostatni guzik ten jeden!

09.05.2012

ZDJ: New York City

Zebrało mi się na wspomnienia, więc odgrzewam bardzo stare kotlety zdjęciowe. 

W gruncie rzeczy to dosyć zabawne, bo lecąc do Stanów, Nowy Jork niewiele dla mnie znaczył. Owszem - jedno z największych i najpopularniejszych miast świata – to wie każdy. Każdy też kojarzy skądinąd obrazki podobne do tych poniższych. Ale nie każdy już wie, co to znaczy doświadczyć Nowego Jorku. I przywieźć do domu własne obrazki.


 


 


 Trochę mnie dziś boli fakt, że gdy lądowałam tam blisko cztery lata temu, praktycznie nic o tym mieście nie wiedziałam. Łapię się na myśleniu, że dzisiaj lepiej bym taki wyjazd wykorzystała, co oczywiście jest myśleniem bez większego sensu, bo to pobyt tam nakłonił mnie do zgłębiania tematu. To była moja pierwsza długoterminowa wycieczka za granicę. I pierwszy lot samolotem. Jedenaście godzin w powietrzu i najdłuższy wtorek w moim życiu, to dopiero było doświadczenie! Pobeczałam się, gdy samolot wreszcie dotknął ziemi – sama nie wiem czy to była ulga, strach, czy dzika ekscytacja. Nowym Jork jest dla mnie wspomnieniem długiego pasma nowych doświadczeń i niezapomnianych wrażeń. To już nie jest jedno z największych i najpopularniejszych miast świata. Teraz to jest miasto z duszą. Miasto, które coś dla mnie znaczy.

 

 


Chyba każdy, kto kiedyś był w Nowym Jorku może potwierdzić, że to miasto ma w sobie coś magicznego. Coś niezapomnianego, co da się uchwycić i zrozumieć tylko będąc tam. Od sierpnia 2008 każde ujęcie tego miasta, w filmie, serialu czy książce, łączy mi się ze wspomnieniami, kolorami, zapachami, hałasem i przyspieszonym biciem serca. Chcę tam wrócić i wiem, że kiedyś na pewno wrócę;)

06.05.2012

Boli

Gdy odmawiasz sobie przyjemności przez ponad rok, a to wciąż jest za mało.
Gdy planujesz coś uporczywie i dokładnie, a koniec końców plany i tak się sypią.
Gdy obiecujesz sobie coś, czego i tak nigdy nie umiesz dotrzymać.
Gdy idziesz na rower i rozwalasz sobie nogę w ciulowym miejscu.
Gdy chcesz w końcu się ogarnąć, a to cholerstwo wciąż piecze, boli i wkurwia.
Gdy obiecujesz sobie, że zrobisz coś konstruktywnego, a leżysz na łóżku gapiąc się w sufit.
Gdy tak cholernie się starasz, a to i tak nie wychodzi.
Gdy tak bardzo chcesz się przytulić, a nie masz do kogo.
Gdy próbujesz przekonać samą siebie, że za bardzo przeżywasz.
Gdy tak bardzo chcesz się wykazać, a złośliwość rzeczy martwych Ci to uniemożliwia.
Gdy tak bardzo chcesz coś zmienić, a mimo to, stoisz w miejscu.
Gdy tak bardzo cenisz odwagę u innych, a sam pozostajesz tchórzem.
Audentes fortuna iuvat, powiadał Wergiliusz. 
Happy crying, humany-wumany

02.05.2012

26 Nagroda Filmowa

   Dwudziestą szóstą Tarnowską Nagrodę Filmową, tak samo jak nagrodę publiczności, zgarnęła Róża. Jury Młodzieżowe za najlepszy film uznało Lęk wysokości.



Szczerze mówiąc, nie dziwi mnie wygrana Róży, choć i tak po ciuchu liczyłam, że skończy się na jednej statuetce. Jak jednak widać, polscy odbiorcy są dość przewidujący – doświadczony naród, cierpienie, wojna, kawałek dramatycznej historii, miłość, niezłomny bohater – lubimy takie filmy. Nie chcę by odebrano to jako atak na film, bo i na mnie wywarł on ogromne wrażenie. Uważam, że zasłużył na wszelkie wyróżnienie, co jednak nie zmienia faktu, że taki, a nie inny wybór, potwierdza moje stereotypowe przekonania. Polskie społeczeństwo wciąż łaknie historycznych obrazków cierpiącej Polski, która mimo przeciwności staje na nogach, która jest szlachetna, waleczna, bohaterska, bezgranicznie dobra. I choć bardzo doceniam obraz przedstawiony w Róży, to gorzej mi się robi, gdy słyszę te odwieczne zarzuty, że młodzi ludzie nie rozumieją, nie znają historii i wolą sobie sieczkę z mózgu robić (a takie zarzuty padły na spotkaniu z reżyserem). Nie mam nic przeciwko docenianiu dobrych, historycznych filmów, ale męczy mnie to wieczne gloryfikowanie Polaków.  Gdy w W ciemności pojawił się bohater, który początkowo wyzyskiwał Żydów, w Internecie wyczytałam setki zarzutów, że Holland oczernia rodaków. A brak dystansu i ignorancja wobec własnych wad jest czymś, czego nigdy nie zaakceptuję.
Moim prywatnym i subiektywnym faworytem był, oczywiście, Lęk wysokości, czego spodziewałam się już od momentu, gdy zobaczyłam listę konkursowych filmów i dlatego też bardzo ucieszył mnie werdykt młodzieżowego jury. To dowód na to, że młodzi ludzie myślą już zupełnie innymi kategoriami, zbliżonymi do moich. Aczkolwiek, nie ukrywam, że film oceniałam wyjątkowo subiektywnie – Dorociński, choroba psychiczna, próba poukładania sobie życia, gdy wszystko z wierzchu wygląda perfekcyjnie, a w środku się wali, rachunek sumienia, swoiste rozliczenie się z przeszłości, by móc spojrzeć w przyszłość – brzydko mówiąc jarają mnie takie tematy, więc filmy je zawierające (i to z taką obsadą) zawsze już na starcie mają u mnie punkt do przodu. Doliczając do tego piękną kolorystykę, fantastyczne zdjęcia, niezłą muzykę i powstaje kolejna ekranowa historia, do której będę wracać.
Poza dwójką zwycięzców, moim skromnym zdaniem, warto zobaczyć jeszcze W ciemności (którego subiektywną recenzję już tutaj publikowałam) i 80 milionów (przy których bawiłam się doprawdy wyśmienicie).
Reszta tytułów to chyba kwestia gustu, bo mnie na kolana nie powaliły – a w śród nich i tak wciąż są dwa, których jeszcze nie widziałam;)  
Tak czy siak, muszę przyznać, że odkąd chadzam na Tarnowską Nagrodzę Filmową, doceniam polskie filmy. Nauczyłam się chodzić do kina na polskie tytuły i szczerze mówiąc, nie żałuję ani jednej wydanej złotówki. Zgadzam się z tymi, którzy mówią, że polskie kino pnie się w górę - istotnie robimy coraz lepsze filmy, tylko nie wszyscy o tym wiedzą;)