24.02.2013

Dobre książki mnie wkurzają

[o książce i filmie, ale bez spojlerów] 


Czasami dobre książki mnie naprawdę wkurzają.
Choć może „wkurzają” to złe słowo. To jest jak sport według Christophera Hitchens’a – one wydobywają ze mnie wszystko to, co najgorsze.
To taki kolejny paradoks: uwielbiam czytać dobre książki, uwielbiam się nimi zachwycać, uwielbiam być w nie bezpowrotnie wciągana, uwielbiam być nimi inspirowana; już zwłaszcza, że tych naprawdę dobrych wcale nie przeczytałam wiele – owszem, przeczytałam dużo przyjemnych, ale tych, które mogłabym określić mianem genialnych, idzie wymienić na palcach jeden ręki. Naprawdę kocham czytać dobre, inspirujące i niesamowicie napisane książki.
Ale one – jednocześnie – bezgranicznie mnie denerwują. Bo ZAWSZE jak czytam dobrze napisaną i przemyślaną powieść i ZAWSZE gdy z osłupieniem odkrywam geniusz jakiegoś pomysłu, mimowolnie zielenieję z zazdrości. Niezmiennie wkurza mnie, że to ktoś inny, a nie ja, wpadł na taki świetny pomysł. Zdaję sobie sprawę, że to brzmi śmiesznie, infantylnie i niedorzecznie, ale tak właśnie się dzieje – i nie jestem pewna, czy umiem temu zaradzić.  
Ostatni raz zieleniałam z zazdrości, gdy zaczynałam czytać Igrzyska Śmierci (do tej historii chyba jeszcze wrócę przy okazji nowego filmu, bo moja opinia na ten temat trochę się rozbudowała z biegiem czasu). I oto znowu nadeszła ta chwila, gdy zanurzyłam się we wzbudzającą zazdrość lekturę.
Gdyby nie fakt, że wcześniej (o ja głupia!) widziałam film, Never Let Me Go przeczytałabym jednym tchem z wypiekami na twarzy, a potem minimum dwa dni nie przestawałabym o tym myśleć (stąd moja wskazówka: jeśli nie widzieliście i nie wiecie o czym jest film – polecam najpierw przeczytać książkę). Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że zobaczenie tego filmu było jedną z moich największych pomyłek tego roku. I bynajmniej nie dlatego, że film jest beznadziejny – temu to akurat całe lata świetlne do beznadziejności – ale dlatego, że książka (oczywiście sama w sobie lepsza) w obliczu znajomości filmu traci połowę uroku – ginie napięcie i rosnąca konsternacja, bo wiesz już o co chodzi. I choć film pozostawił mnie z na wpół otwartymi ustami, to jestem pewna, że sama książka podziałałaby na mnie jeszcze mocniej. Zresztą nawet mimo uprzedniej znajomości fabuły uważam, że książka jest absolutnie fantastyczna i bez dwóch zdań warta przeczytania.
Aczkolwiek kończę ją czytać z tym ponurym przekonaniem, że skoro tyle już powstało genialnych książek i filmów, to naprawdę marne są szanse na to, żebym kiedykolwiek wpadła na jakiś przyzwoity pomysł; o genialnym już nawet nie odważę się marzyć.