INF [20.11.17]: ręka, co prawda z ograniczeniami, ale już działa, więc szykuję mały foto-spam.

27.02.2013

Jesteśmy nudni?

Nasz (generalizuję) ulubiony wykładowca pół-żartem pół-serio wciąż nam powtarza, że Polscy studenci są okropnie nudni i potwornie pesymistyczni. Że nie potrafimy cieszyć się życiem, że nie korzystamy z okazji, że jedyne, co potrafimy robić to ślęczeć nad notatkami i tonąć w książkach lub, ewentualnie, zbijać bąki przed telewizorem.
Żart, żartem, ale ziarno prawdy w tym tkwi.
Są dni, gdy bezwarunkowo się z nim zgadzam – czasami faktycznie myślę sobie, że jestem potwornie nudna, a moje życie zmierza w zupełnie nieznanym sobie kierunku. Czas ucieka mi przez palce, niczego kreatywnego nie robię, spędzam dnie na zbijaniu bąków, zamiast korzystać z chwil, które już przecież nigdy więcej się nie powtórzą.
Ale są też dni, gdy mam ochotę się z nim kłócić – czasami bowiem myślę sobie, że moje życie tętni wszystkim tym, czym młode życie tętnić powinno: pasją, kreatywnością i radością. Mam zainteresowania, nie spędzam każdej wolnej chwili nad notatkami (far from it), szukam wrażeń próbując wyrażać przy tym siebie.
Boli mnie trochę to, że nawet z jawnej prowokacji nie potrafimy (w tym i ja NIE POTRAFIĘ) zrobić dobrego pożytku i wciąż uparcie milczymy zamiast dać wszystkim do zrozumienia, że to nasza kolej na podbijanie świata. Bo przecież wszyscy wiemy, że gdyby wziąć nasze życia pod lupę, to wcale nie składają się one z ślęczenia nad książkami… mam rację? Jeśli ktokolwiek twierdzi, że jej nie mam – współczuję i szczerze zachęcam do przewartościowania swojego zakopanego w książkach życia na coś więcej – bo szczerze wątpię, żeby poświęcanie swojego życia jedynie dla szkolnej i uniwersyteckiej edukacji na coś się dziś zdawało (już zwłaszcza, że trudno dziś o naprawdę dobrych i mądrych pedagogów).
Mój osobisty problem związany z ową „wrodzoną nudą” polega na pewnego rodzaju rozdwojeniu jaźni – są dni, gdy jestem gotowa w pełni korzystać z życia, sięgać po więcej, wykorzystywać każdą okazję, przekraczać granice i równać z ziemią wszystkie mury. Ale paradoksalnie są też dni, gdy mam ochotę schować się w kącie lub zakopać pod kołdrą i nie robić absolutnie nic, a już na pewno nie wystawiać choćby małego palca poza swoją strefę komfortu. I chyba nie musicie się domyślać, że rzadko kiedy te pierwsze dni idą w parze z nadarzającymi się okazjami, a te drugie z wszechobecną nudą. Z reguły jest zupełnie na odwrót. Taki kolejny paradoks, z którym siłuję się od lat. 
Czasami też wkurza mnie, że nie potrafię walić ripostami i inteligentnymi odpowiedziami od razu. Najlepsze argumenty ZAWSZE docierają do mnie z opóźnieniem. Może to wynik mojej skłonności do pisania (które, jak śmiem subiektywnie twierdzić, wychodzi mi znacznie lepiej niż mówienie) – moje myśli w formie papierowej zawsze wydają się bardziej poukładane; są jakieś takie sensowniejsze.
Aczkolwiek point, który próbuję tu przedstawić sprowadza się do czegoś zgoła innego niż moje osobiste rozterki. Oczywistym jest, że dla jednych jestem nudna, dla drugich wręcz przeciwnie, dlatego też logicznym wnioskiem z tego równania jest obojętność – a niech sobie myślą co chcą, robię swoje i mam to gdzieś. Ta sama „obojętność”, jak mniemam, byłaby najczęstszą ripostą na moje ponure wnioski o naszych studiach. I o ile w każdej innej sytuacji, zapewne przymknęłabym na to oko, a nawet uszanowała wybór i po prostu robiła swoje, w tym wypadku, czuję się w obowiązku głośno powiedzieć, co myślę. I tu bynajmniej nie chodzi o to, że dręczy mnie przekonanie, że jesteśmy nudni. Dręczy mnie bardziej to, co robimy z cennym czasem spędzanym na uczelni.
Sama stosuję czasem wymówki, które słyszę u innych: nie mam nic do powiedzenia. Stresuję się. Nie umiem się wypowiadać. Boję się. Robię straszne błędy. Nie lubię wykładowcy. Grupa mnie krępuje. Nienawidzę przemawiać publicznie. W porządku. Ale jest jeden mały szkopuł: skoro takie straszne macie problemy to po jaką cholerę zmuszacie się do takich, a nie innych studiów? I z czym niby chcecie wyjść z tej szkoły? Z „na odwal się” napisaną pracą licencjacką? Chcecie być kolejnym „debilem z papierem”? Po co w ogóle studiujecie angielski, skoro nie chcecie go używać? Ja rozumiem mieć barierę na pierwszym, a nawet na drugim roku. Ale na trzecim? Tu od razu, mimowolnie, nasuwa się proste pytanie: skoro nic się przez te lata nie zmieniło, to jaki jest sens studiowania? Gdzie rozwój, przełamywanie barier, nauka i jej praktyczne zastosowanie?
Wyluzujcie z tym wyobcowaniem i obojętnością. Trochę dystansu i otwartości. Ile razy zrobiłam już z siebie debila? Ile razy powiedziałam coś niegramatycznie lub niepoprawnie fonetycznie? Ile razy zagmatwałam się we własnej wypowiedzi? Ile razy zostałam wyśmiana? I co? Jakoś z tym żyję i mam się całkiem dobrze.
Z przykrością przyjęłam na barki świadomość, że nie istnieje coś takiego jak PASJA. Bo to właśnie pasji spodziewałam się od samego początku, a zamiast jej doświadczyć, nauczyłam się zachowywać tak jak każdy inny – byleby szybciej, byleby mniej, byleby się nie wychylać. 
A jak nie teraz ujawniać potencjał to kiedy?

1 komentarz:

  1. http://media.tumblr.com/3ee307463a0df2350ba0a9e150bb0763/tumblr_inline_mg8b2xLdZ21rcjn5t.gif

    A co do nudności. To wydaje mi się, że to również zależy od otoczenia (czytaj miasta itp) ;)
    Pozdrawiam
    Brat

    OdpowiedzUsuń