INF [16.7.2017]: w razie jakby kogoś martwiła moja nieobecność: wzięłam urlop od blogowania. Do września pojawią się tu (jeśli w ogóle) wyłącznie kadry i relacje z moich skromnych wojaży. Stay tuned.

10.02.2013

Sesja i płynące z niej wnioski

Pięć najcięższych bitew w wojnie sesyjnej zakończonych zostało moim zwycięstwem. Niemcy pokonane dwukrotnie, Łacina z honorami złożona w należnej mogile, a na samą myśl o moim zjawiskowym zwycięstwie nad (głównie) XIX wieczną literaturą angielską, dumnie wypinam pierś. Najważniejsze i najgorsze przetrwałam cało.
Kurewsko ciężki okres to był, ale patrząc na to teraz, już bez nieustannie burzących się we mnie komórek nerwowych – wiele mnie nauczył. Śmiem twierdzić, że wysnułam z tego koszmarnego miesiąca wnioski przydatne na całe życie.
Aczkolwiek droga do nich była wyjątkowo wyboista.

Zacznę od tego, co wywołało moje pierwsze (z całej serii) załamanie nerwowe (i to, ironicznie, tuż po opublikowaniu tu TEGO jojdającego tekstu).
Być może tak daleko pamięcią nie sięgacie, ale w połowie września zeszłego roku, w kontekście powrotu na studia i problemów z wyborem promotora mojej pracy licencjackiej, napisałam tutaj: Przecież od czasu do czasu trzeba spróbować randki w ciemno – kto wie czy kiedykolwiek nadarzy się jakaś inna okazja. A nóż los zrzuci mi z nieba kolejnego anioła (czyt. wyjątkowo inspirującego człowieka) i przeżyję z nim piękne chwile!
Jakkolwiek absurdalnie to teraz zabrzmi: ryzyko popłaciło i anioł (choć o trochę diabelskim usposobieniu) istotnie spadł mi z nieba i to w pakiecie nie tylko z pięknymi (choć nieziemsko stresującymi) chwilami, ale i nowego rodzaju inspiracją. Był więc szeroki uśmiech na ustach i ciepełko w serduszku. Tyle tylko, że moja ukochana uczelnia, w zawistnym spisku z przewrotnym losem, postanowiła zawrócić go do nieba (czy tam piekła, jak kto woli).
W zestawieniu ze zbliżającą się sesją (czyt. znienawidzony niemiecki, bezsensowna łacina i beznadziejnie wykładana historia filozofii), moje komórki nerwowe zadecydowały, że tego już nie udźwigną. Większość bliskich mi osób w ogóle nie pojmowała mojego życiowego dramatu (nie przeżywaj, może ten nowy będzie lepszy), co tylko pogłębiło moje załamanie – mnie się świat studencki rozsypał na milion kawałków, a nikt nie potrafił zrozumieć dlaczego. Nie chodziło mi bowiem ani o zajęcia, ani nawet o pracę licencjacką. Chodziło mi o samego człowieka. Kogoś, kto nie tyle, że był „fajny” (to i tak zbyt generalizujące stwierdzenie), co był mi, osobiście, najzwyczajniej w świecie potrzebny.
Drugie załamanie przyniosło problematyczne zaliczenie z łaciny. Trzecie, wstydliwe, wjechało mi na ambicję i dość konkretnie poturbowało moją dumę, choć nie mogę powiedzieć, żeby uświadomiło mi coś, czego sama do tej pory świadoma nie byłam. Ale być może właśnie dlatego tak zabolało – bo wreszcie zwrócił na to uwagę ktoś poza mną samą. Czwarte zjawiło się przed pisemnym egzaminem z niemieckiego, a przypieczętowane zostało paskudnym przeziębieniem. Przed egzaminem z historii filozofii byłam już tak zasmarkana i tak wymęczona nerwowo, że zaczęło mi być wszystko jedno.  
A to nawet jeszcze nie był półmetek.
Wnioski z tego studenckiego koszmaru (który może dla innych jest normą, ale dla mnie, jako że zdarzył mi się po raz pierwszy – raczej anomalią) płyną następujące.
Po pierwsze, w kontekście mojej szkoły pod żadnym pozorem (nawet w myślach!) nie należy używać sformułowania „gorzej już być nie może”, bo to ewidentnie tylko prowokuje nowe, drobniejsze i większe, nieszczęścia.
Po drugie, aż mi szkoda, że pan Coleridge już nie żyje, bo sama bym go chętnie z tego świata wypędziła. Kubla Khan to największy szajs na jaki natrafiły moje oczy.
Po trzecie, poprawianie pracy wedle wskazówek naniesionych przez promotora jest nawet bardziej męczące, stresujące i czasochłonne niż jej pisanie samo w sobie. To już zakraja na chorobę psychiczną, gdy jedno felerne zdanie spędza Ci sen z powiek.
Po czwarte, jestem nie tylko straszliwym leniem, ale i okropnym ignorantem. Mam czarne dziury w mojej (pobieżnej) edukacji i w najmniejszym nawet stopniu nie usiłowałam ich do tej pory łatać, co jest oczywistym błędem. Jak mi bowiem słusznie wytknięto: bycie bystrym czy inteligentnym wcale nie wystarcza. A idąc tym tropem powinnam chyba zgłębić twórczość Benjamina Franklina, bo wiem, że w notatkach z amerykańskiej, gdzieś pod jego nazwiskiem mam drukowanymi literami nakreślone „TALENT IS NOT ENOUGH”. To też niezawodna prawda, nad którą wartałoby popracować.
Po piąte, co trochę wynika z czwartego, otrzymałam (high time!) ważną życiową lekcję, która sprawiła, że postanowiłam przeprowadzić w swoim życiu jeszcze więcej małych rewolucji. W końcu wiele do mnie dotarło.
Po szóste, moja jawna nienawiść do tej patologicznej szkoły i jej poronionych pomysłów utwierdziła mnie w przekonaniu, że język angielski darzę prawdziwym uczuciem. Nie studiuję tutaj ani dla „papieru”, ani dla ludzi, ani (tym bardziej) dla samego miejsca – studiuję, bo chciałam i ciągle chcę się uczyć angielskiego. Przez te blisko trzy lata, mimo licznych frustracji, ani razu nie przemknęło mi przez myśl, że nienawidzę tego języka. Ba, odnoszę wrażenie, że wszystkie te przeszkody i okropieństwa, jedynie wzmogły moje zamiłowanie.
Sześć egzaminów – sześć wniosków. Satysfakcjonujący wynik, szczególnie jak na „lekko” modyfikujące życie wnioski.
I choć na reset mózgu dali nam tylko trzy dni, wiem, że to mi w pełni wystarczy.
Bo ja już odespałam, opiłam i wróciłam na swoje nowe tory.

A u Was jak tam posesyjne nastroje? Spłynęły i na Was jakieś zbawienne wnioski?  

1 komentarz:

  1. Inspiracja za inspiracją u mnie ;) I na blogu i w życiu. To chyba przez to przemęczenie przez cały miesiąc i nagle takie małe odespanie i odpoczynek od tego wszystkiego pomagają ukoić zdenerwowanie i dają nam nadzieje, że twórczość powróci i przyszły semestr będzie łaskawy :) Wniosków trochę mam, plany też.
    Będzie się działo :)

    OdpowiedzUsuń