12.03.2013

Polscy studenci

Studia językowe mają ten jeden plus, że w ich ramach mam okazję poznać (choćby powierzchownie) inną kulturę, innych ludzi oraz inną mentalność. O ile dwa pierwsze lata pozostawiały wiele do życzenia w kwestii dostępności native speakerów, w tym roku narzekać nie wypada. Aczkolwiek, wbrew pozorom, regularne obcowanie z obcokrajowcami (w moim wypadku z dwoma Anglikami i jedną Amerykanką) nie ogranicza się jedynie do poznawania mentalności innych narodów, czy ich kulturowego tła. Mówiąc szczerze, dzięki nim, znacznie więcej nauczyłam się o sobie samej, o moich zachowaniach, o naszych narodowych, polskich przyzwyczajeniach i o stereotypach, jakie krążą na nasz temat aniżeli o Anglikach, Amerykanach czy krajach anglojęzycznych.
Wykładowcy generalnie lubią na nas narzekać, niektórzy są przy tym nawet wybitnie wredni, ale prawda jest taka, że (przynajmniej w większości) robią to w dobrej wierze. Przez ostatnie dwa lata zaobserwowałam pięć elementów, które powtarzają się w krytyce obcokrajowców względem naszej studenckiej mentalności. I ciekawa jestem, czy osobom spoza kręgu mojej uczelni oraz samej filologii angielskiej, takie zjawiska są w ogóle znane.

1. NUDA. Jak już wspominałam tutaj, moi wykładowcy mają tendencję zakładać, że jesteśmy nudni, bo takie sprawiamy wrażenie naszą małomównością, obojętnością i brakiem wykazywania szerszego zainteresowania podczas zajęć. Bez względu na to jak bardzo kontrowersyjny czy połowiczny temat usiłuje się poruszyć, nie dajemy się wciągnąć w swobodną dyskusję. Bez względu na to jak bardzo nas sprowokują, najczęstszą odpowiedzią i tak będzie głucha cisza. Co, sądząc po nazwie zajęć (conversation), jest odczytywane jako nienormalne. Nie możemy więc chyba winić wykładowców za to, że biorą pod uwagę jedynie dwa wyjścia: albo jesteśmy matołami i nie mamy ani swoich opinii, ani jakichkolwiek umiejętności językowych by sklecić sensowne zdanie, albo mamy swoje opinie, ale nie chcemy bądź panicznie boimy się je wygłaszać. Barierę językową, którą najczęściej roztrząsamy jako nasz główny problem, można na starcie odrzucić, bo to temat oddzielnego posta i po trzech latach nie stanowi ona już takiego znowu hamulca.
2. DYSTANS. Boimy się bezpośredniego, szczególnie fizycznego, kontaktu z wykładowcą. Każdy wykładowca, brytyjskiego bądź amerykańskiego pochodzenia, z którym miałam do czynienia (choć po prawdzie była ich tylko czwórka) reaguje gromkim śmiechem, gdy wchodzi do sali, aby przeprowadzić ćwiczenia. Niezmiernie bawi ich fakt, że zawsze siadamy w ostatnich ławkach, podczas gdy żaden polski wykładowca nie wydaje się być tym faktem w najmniejszym stopniu zdziwiony czy zaniepokojony (no, może pomijając przydługi regulamin zajęć pana K., który umieścił w nim złowieszczy punkt głoszący, że za siedzenie w ostatniej ławce można dostać nieobecność). Wśród moich native speakerów jest to jedna z najczęściej poruszanych kwestii, gdy temat zejdzie na Polskę. Absolutnie nie mogą się temu nadziwić (a wszyscy uczą tu od wielu lub przynajmniej kilku lat).
3. STRACH. Boimy się mówić, pytać i udzielać. Można orzec, że moi native speakerzy przywlekli ze sobą zwyczaje (inaczej zwane mentalnością), które są dla nas zupełnie niezrozumiałe. Zwykli rzucać hasło w przestrzeń i czekać na radosną ripostę, strumień pytań i zaciętą dyskusję. Oto siedzi przy biurku wykładowca i ze stoickim spokojem oświadcza, że przecież nauczyciel wcale nie musi mieć racji i że każda odpowiedź, uwaga, czy myśl będzie poprawna, o ile tylko zawiera się w ryzach określonego wcześniej tematu. Nagle nie tylko dostajemy możliwość kłócenia się z wykładowcą, ale jesteśmy do tego wręcz gorąco zachęcani.  Niestety bezskutecznie. Paraliżują nas wyćwiczone przez lata przyzwyczajenia (ah, ten Polski system nauczania), językowe bariery, wewnętrzna nieśmiałość czy zwykły stres. A może po prostu wciąż brakuje nam tej otwartości i zamiast biec nowemu naprzeciw, my zlęknieni chowamy się do skorupy i ostrożnie wycofujemy.
4. PESYMIZM. Zawsze zakładamy najgorsze – cokolwiek nie chcielibyśmy powiedzieć, obawiamy się, że nie mamy racji, że nie warto, a na dodatek pewnie jest to niepoprawnie gramatycznie, fonetycznie i merytorycznie. Milczenie jest jak złoto, a przynajmniej bezpieczniejsze (ciśnie mi się tutaj na usta cytat Clary Oswald: what’s wrong with dangerous?), więc i przy nim najczęściej obstajemy. Wmawiamy sobie, że nie mamy nic konstruktywnego do powiedzenia, usprawiedliwiamy każde kolejne zajęcia. Temat mi nie pasował. A co ciekawe, obcokrajowcy, w przeciwieństwie do polskich wykładowców, których własna wymowa nierzadko pozostawia wiele do życzenia, w ogóle nie mają zwyczaju pastwienia się nad gramatyką czy fonetyką naszego języka. Na przeciągu trzech lat może dwa razy słyszałam, jak native speaker kogoś na zajęciach poprawia (za to z satysfakcją już nie raz obserwowałam, z jakim wysiłkiem usiłuje zrozumieć dziwny akcent co poniektórych polskich wykładowców…), co na zajęciach z Polakami zdarza się notorycznie. Mieliśmy nawet dyskusję na ten temat, w której dowiedziono nam, że to nie gra absolutnie żadnej roli, a mimo to wciąż brniemy w swoje paradoksy „bezpieczeństwa”.
5. BRAK WIARY. W gruncie rzeczy bardziej to moja obserwacja niż autentyczny komentarz wykładowcy, ale mieliśmy i na ten temat krótką wymianę zdań, w związku z czym śmiem twierdzić, że jest to jak najbardziej słuszny point. Nie wierzymy ani w siebie samych, ani w swoje językowe możliwości (z czego poniekąd wywodzi się poprzedni punkt). Z resztą nie ograniczałabym tego tylko i wyłącznie do spraw lingwistycznych, bo z moich obserwacji i subiektywnych wniosków wynika, że brak nam wiary prawie na każdej płaszczyźnie życia, a przynajmniej tak się dzieje w moim najbliższym gronie, o czym pisałam już tutaj.

Co o tym myślicie? Mają obcojęzyczni wykładowcy rację? Jacy są Polscy studenci?