INF [20.11.17]: ręka, co prawda z ograniczeniami, ale już działa, więc szykuję mały foto-spam.

10.06.2013

2013: London, part two

INTRO      ||         PART ONE

Z Camden Town przemieściłam się na Oxford Street, której fragment przewędrowałam pod parasolem, niechętnie wyciągając aparat spod kurtki.
  




Zakupoholiczka ze mnie żadna, więc gdy tylko zbliżyłam się do następnej stacji metra, bez wahania wsiadłam i pojechałam dalej: zobaczyć Notting Hill.
  



Notting Hill bardzo chciało, żebym je polubiła: to było jedyne 15 słonecznych minut w ciągu całego dnia.
  






Jeden z owych jarających mnie drobiazgów, który kilkakrotnie uchronił mnie od wypadku.


  
Złowieszcze chmury pokrzyżowały moje plany i zmusiły mnie do powrotu do metra.
Moim kolejnym przystankiem było Baker Street.


Plany miałam iście zacne (obejmowały nawet deser), ale wiatr i deszcz tak bardzo dał mi w kość, że po pięciu minutach wróciłam do metra.


Zła, przemoczona i przemarznięta postanowiłam wracać do ciepłego i suchego hostelu.
  



 To mój hostel – w środku było ciasno, ale bardzo przyzwoicie.

W recepcji usłyszałam, że był problem z moją rezerwacją – nic nowego, nie nazywałabym się jak się nazywam, gdyby coś takiego się nie wydarzyło – na szczęście skończyło się tylko na strachu i zamiast w sześcioosobowym, zakwaterowana zostałam w pokoju trzyosobowym. Wysuszyłam się i wyruszyłam badać okolice stadionu.
  



Pierwszy raz stałam przed tak ogromnym stadionem – robił piorunujące wrażenie, a sama świadomość, że na następny dzień zobaczę tam Muse, wręcz powalała.

Ludzie mówią, że jestem hardcore’owym fanem, ale to nieprawda. Owszem, jestem Muserem w każdym calu i dla tych trzech gości jestem w stanie zrobić (zapewne stanowczo zbyt) wiele, ale do innych się nie umywam. Pod stadionem byłam po godzinie 20 – pod wejściem stał już rozbity namiot. To się nazywa poświęcenie.


Okolica stadionu, jak i każda inna w której się tego dnia znalazłam, była przepiękna. Co rusz miałam przed oczami kolejne sceny z filmów i seriali.
  

Dzień zwieńczyłam wizytą w pubie, gdzie spotkałam się z Michelle (kolejny harcore’owy fan, do którego się nie umywam!) i wysłuchałam części koncertu Chasing Melfina.

W nocy spałam jak zabita. 

2 komentarze: