INF [20.11.17]: ręka, co prawda z ograniczeniami, ale już działa, więc szykuję mały foto-spam.

06.09.2013

Learn subconsciously

Poniekąd znam się na angielskim. Poniekąd. A że młodszym kolegom i koleżankom zaczęła się już szkoła, dziś będzie post z nauką języka związany.
Nie będę pisać o akwizycji języka (bo, mówiąc szczerze, niespecjalnie uważałam na wykładach…), wybitnych lingwistach, historii gramatyki i różnorodności akcentów – nie jedną książkę już o tym napisano. Będę pisać o tym, co uważam za klucz do sukcesu – o CIESZENIU się językiem. O nieświadomym dochodzeniu do perfekcji. O tym, czego sama doświadczam i co wszystkim entuzjastom angielskiego serdecznie polecam. Szczególnie zaś tym, którzy już są nieźli, a chcieliby być jeszcze lepsi.
Jeśli ostatnie trzy lata czegoś mnie nauczyły to właśnie tego, że nic nie wpływa na naukę lepiej, niż entuzjazm i obsesja (jakkolwiek głupio to brzmi). Owszem, trudno być entuzjastycznym i mieć obsesję na punkcie pięciu stron parafraz czy tekstów z lukami do wypełnienia. Dlatego nie biorę pod ostrzał nauki szkolnej.
Bo uczyć się można podświadomie. I mieć z tego wielką frajdę.

Listening & reading.
Sama zaczynałam od pochłaniania amerykańskich seriali w oryginale, z napisami. Najpierw polskimi, potem angielskimi. Nabawiłam się od tego pseudo-amerykańskiego akcentu, za który tępiono mnie na pierwszym roku; ale był to też pierwszy dowód na to, że serialo-mania działa. W trakcie studiów przerzuciłam się na produkcje brytyjskie (nie rezygnując jednak całkiem z tych amerykańskich; po prostu zaczęłam oglądać znacznie, znacznie więcej…). I zrezygnowałam z napisów. Z początku szło mi ciężko, ale z czasem było coraz łatwiej. Bowiem seriale, w odróżnieniu do filmów, mają jeden wielki plus: w każdym odcinku (zazwyczaj) słyszysz te same głosy/akcenty; znacznie łatwiej jest więc przyzwyczaić ucho.
Do seriali prędko dołączyła muzyka; Muse w moim przypadku. Nauczenie się tekstów do wszystkich piosenek (wyłączając Yes Please) zajęło mi około roku. Efekt? Niepostrzeżenie wzbogaciłam swoje ubogie słownictwo. Obsesja kwitła, więc wkrótce do albumów dołączyły wywiady (pisane i mówione), MuseWiki oraz odwiedziny na forum. Dziś miernikiem mojej umiejętności rozumienia ze słuchu jest nie ocena w indeksie, ale fakt, że bez problemu jestem w stanie zrozumieć 90% tego, co mówi Matt Bellamy. Nawet przez telefon.
Koło seriali prężnie działały również filmy. W tym wypadku fajnie jest mieć zajawkę na jakiegoś aktora (albo dziesięciu). Jedną z moich największych obsesji w tej branży jest, póki co, David Tennant. Jego głos/akcent jest jak magnez: ostatnio nawet oglądałam program przyrodniczy o ptakach (które kompletnie mnie nie interesują), tylko dlatego, że David był narratorem. Filmy, seriale, programy, wywiady, audiobooki – wchłaniałam jeden po drugim; wszystko, co udało mi się wygrzebać z głębin Internetu. Nim dobrze zdałam sobie z tego sprawę, angielski w wykonaniu moich ulubionych głosów zaczął brzmieć jak polski: nie słuchałam ich żeby ćwiczyć rozumienie języka obcego; słuchałam ich, bo bardzo chciałam wiedzieć, co mają do powiedzenia. Z tygodnia na tydzień rozumiałam coraz więcej.
Do sięgania po angielskie książki częściowo zmusiły mnie studia. I do dziś bardzo żałuję, że nie odważyłam się sięgać po nie wcześniej. Nie dajcie sobie wmówić, że Wasz angielski jest za słaby na obcowanie z książką w oryginale. Po prostu wybierzcie sobie odpowiednią na początek lekturę (nie silcie się specjalnie na kanon i ambitne powieści; zacznijcie do czegoś, co czyta się przyjemnie, ale bez nadmiernego wysiłku intelektualnego), przemęczcie te dwa pierwsze rozdziały, a po trzecim w ogóle zapomnicie, że czytacie po angielsku. Warunek jest tylko jeden: książka MUSI Was interesować (jak Was nie wciągnie, będziecie za bardzo skupiać się na niezrozumiałych fragmentach i z frajdy nici). Sprawę słowa pisanego ułatwiają też obcojęzyczne magazyny i portale z artykułami – koniecznie na interesujące Was tematy.

Writing.
Pisałam już, że mówienie po angielsku to moja najsłabsza strona i na to wciąż  złotego środka nie mam. Podjęłam kilka nieśmiałych i niespecjalnie owocnych prób walki z tym problemem, po czym ostatecznie dałam sobie spokój i skupiłam się na pisaniu. Co w moim przypadku było (i wciąż jest) dziecinnie proste, bo pisać uwielbiam i jedyne, co musiałam zrobić, to przerzucić się na angielski. Owszem, odbyło się to trochę kosztem moich polskich wypocin, ale żalu nie mam, bo efekty trudno przeoczyć. Zresztą nie będę ukrywać: moim nieśmiałym celem jest dojście do pisemnej perfekcji. Chcę zrobić z tego swoją pełnoprawnie najmocniejszą stronę, która w mniejszym lub większym stopniu przysłoni tą najsłabszą.
Początkowo nastawiona byłam wyłącznie na korespondencję z obcokrajowcami; problem polega jednak na tym, że poznanie sensownego obcokrajowca wcale nie jest takie znowu łatwe (choć przyznaję: fora, facebook, twitter etc są dużym ułatwieniem), a jak już się chętny znajdzie, to szybko się okazuje, że nie bardzo ma czas/chęci/pomysły na pisanie metrowych wiadomości. Angielską korespondencję ograniczyłam więc do paru osób (wliczając w to klasyczne, ręcznie pisane, wakacyjne listy do trzech znajomych z roku; serdecznie polecam – niezłe ćwiczenie, a i super pamiątka!) i skupiłam się na dzienniku.
Dziennik dla egocentryka mojego pokroju jest rozwiązaniem idealnym: codziennie po parę, paręnaście zdań zaspokajających moje egocentryczne potrzeby; średnio 8 tysięcy słów miesięcznie. Zdziwilibyście się, ale taka forma językowa potrafi zdziałać cuda. Po ponad roku mogę śmiało stwierdzić, że pisanie po angielsku niemalże weszło mi w krew. Owszem, wciąż są to teksty pełne mniejszych i większych błędów, ale przynajmniej tworzę je bez najmniejszego wysiłku. A to już jest coś.

Osobiście uważam, że najważniejszym elementem przy nauce jest nieustanny, ale i niewymuszony (!) kontakt z językiem, w jakiejkolwiek postaci. W dobie Internetu kontakt z językiem, szczególnie angielskim, jest dziecinnie prosty: wystarczy chcieć się czymś jarać.
Wcale nie przesadzę, gdy powiem, że podświadomie przyswoiłam angielskiego znacznie więcej niż na zajęciach. Mało tego, obsesje chowane po kątach w domu, szybko okazały się wyjątkowo przydatne w salach ćwiczeniowych.

Szukajcie w języku czegoś, co Was jara. Bez pasji niewiele ma w życiu sens. 

3 komentarze:

  1. Dobre rady :D
    Apropos Matta: nie rozumiem oczywiście tyle co Ty, ale jak już zrozumiem o co mu chodzi to jest taka duma, że hej!

    OdpowiedzUsuń
  2. ja z angielskiego jestem strasznie słaba, aż wstyd! ale przez Muse i czytanie artykułów na różnych zagranicznych stronach (oczywiście o Muse:D) bardzo wzbogaciło mój angielski zasób słów:)

    OdpowiedzUsuń
  3. widzę, że mamy trochę wspólnego ze sobą - ja od października zaczynam lingwistykę, tyle że ja moją miłość dzielę między angielski i francuski, no, może sporadycznie zdradzam je z hiszpańskim :) już się nie mogę doczekać, chociaż może nie samej nauki, ale takiego intensywnego obcowania z językiem :)

    OdpowiedzUsuń