INF [20.11.17]: ręka, co prawda z ograniczeniami, ale już działa, więc szykuję mały foto-spam.

20.09.2013

Myślę na papierze

Chwała Bogu (?), myślę na papierze!

„Publicystyczna” blokada zmusiła mnie do refleksji nad słowem pisanym – tym, które z definicji nie nadaje się do jakiegokolwiek upubliczniania. 
Właśnie. Bo ja od ponad 9 lat myślę na papierze. I oto pewne nowe stare wnioski na ten temat.


Po pierwsze, niezmiennie i niezmiernie cieszę się, że w pamiętniku zapisuję tylko wybiórczą część swoich myśli, a nie całe ich kompletne, wartkie strumienie. Bowiem jeśli nawet przy tak okrojonej formie nie potrafię uniknąć chaosu, to strach pomyśleć, co działoby się przy myślach pełnego wymiaru. To powierzchowne porządkowanie – ubieranie w słowa, układnie w zdania, akapity i całe wpisy – jest obłudne. Pod ładnym opakowaniem i tak piętrzy się jeden wielki bałagan. Owszem, bardzo lubię wyobrażać sobie, że z każdym kolejnym wpisem ten burdel robi się coraz mniejszy; że każdy kolejny wpis jest moim miniaturowym kroczkiem w stronę samorealizacji; że ślamazarnymi ruchami coś się tam układa w spójną całość. Ale nie wydaje mi się, żeby to działo się naprawdę.
W gruncie rzeczy, im więcej czasu poświęcam na analizowanie swojego nałogu, tym bardziej doceniam fakt, że wciąż nie wynaleziono sposobu na czytanie w cudzych myślach (i niech tak pozostanie!). Możliwość zapisania/wysłuchania/zapamiętania wszystkiego co mknie po mojej głowie z pewnością zrobiłaby kompletnego wariata nie tylko ze mnie samej, ale i z każdego, kto zechciałby się moim myślom bliżej przyglądnąć.  

Po drugie, mój nałóg myślenia na papierze ma jeden ogromny plus: czasem zajmuje to do 20 stron (jednorazowo!), ale jak już przeleję na papier wszystko to, co nie daje mi spokoju, to jestem w stanie zamknąć zeszyt i pójść zrobić coś zupełnie innego. Potrafię (choćby na krótką chwilę) odciąć się od problemu. Na pamiętniku się wyładowuję, daję upust temu, co niekoniecznie mieści się w głowie; to mnie w pewnym stopniu oczyszcza. Jestem w stanie te swoje chaotyczne myśli, pospieszne wnioski i stresujące wątpliwości zostawić na papierze. A to bardzo cenna umiejętność, nawet jeśli do zeszytu ciągnie mnie z powrotem już po godzinie.
Wiem, że cokolwiek by się w moim życiu nie działo, papier w zeszycie to mój najlepszy terapeuta. I w dodatku najtańszy.

Po trzecie, tak dla kontrastu z dwoma poprzednimi, z lekką obawą przyznaję, że to nałogowe myślenie na papierze ewidentnie spowalnia moje myślenie na bieżąco. Najlepsze riposty, komentarze, wnioski i przemyślenia zawsze przychodzą do mnie długo po tym jak powinny paść w normalnej rozmowie. Spływają na papier, razem z przyczajonym wyrzutem i małym, kłującym żalem. Ostatnio wysnułam nawet nieśmiały (i odrobinę przerażający) wniosek, że to właśnie pisanie zrobiło ze mnie aspołecznego dziwaka. Przez te wszystkie lata nabrałam dziwacznego przekonania, że dopóki coś/ktoś nie zjawi się na kartkach mojego pamiętnika, nie ma w moim życiu żadnego znaczenia. Innymi słowy: ludzie są mi kompletnie obojętni dopóki nie postanowię poświęcić im choćby odrobiny miejsca na kartkach Pamiętnika. Przykre, ale prawdziwe, bo sprawdza się od lat.
Nałogowe myślenie na papierze sprawia, że jestem socjalnie niepełnosprawna. Obsesyjnie skupiam się na jednym medium komunikacyjnym (jakim jest pisanie) i kompletnie zaniedbuję inne, które dla większości ludzi z reguły okazują się znacznie bardziej przyziemne i naturalne. Pisanie jest wygodniejsze, łatwiejsze, bardziej moje niż którykolwiek inny środek komunikacji. W związku z tym nie zawsze potrafię przeprowadzić swobodną rozmowę, co bynajmniej nie jest równoznacznie z faktem, że nie mam nic do powiedzenia (zazwyczaj mam, tyle tylko, że nieraz dociera to do mnie z dużym opóźnieniem). Konflikty na tle mediów komunikacyjnych to wyjątkowo śmierdząca sprawa (do której chyba odważę się jeszcze wrócić).

Po czwarte, moje myślenie na papierze to teraz bardziej mój nałóg i obsesja, niż pasja. A każda obsesja ma skutki uboczne i każdy nałóg kosztuje; ten artystyczny również (a może przede wszystkim). Nie chcę by zabrzmiało to tak, jakbym pyszniła się własnym nałogiem (choć do pewnego stopnia istotnie to robię), ale naprawdę uważam, że noszę w sobie tę głupią duszę artysty, która bezpretensjonalnie czyni mnie nienormalną. Na co dzień niestrudzenie powtarzam sobie (i innym), że nienormalne jest okej, że to nawet lepiej, ciekawiej, fajniej. Ale są dni, gdy ta nienormalność mnie kompletnie dobija; gdy z pełną mocą dociera do mnie co miał na myśli każdy jeden artysta który kiedykolwiek napisał/powiedział, że jego pasja jest również jego przekleństwem.
Nie bez powodu większość artystów ma kompletnie rozbite życia, a przypuszczalnie każdy ma kompletnie anormalną osobowość. I to wcale nie los (a przynajmniej nie wyłącznie) czyni z nich artystów; to wcale nie ciężkie doświadczenia (a przynajmniej nie wyłącznie) wciskają im pióro w dłoń. Pisanie to czynność wybitnie egoistyczna, która płynie zawsze gdzieś z egocentrycznego wnętrza, nierzadko niezależnie od czynników zewnętrznych; często więc to sam artysta, a nie los, rzuca domniemane kłody pod swoje własne nogi.

Zbierając to wszystko do kupy, nasuwa mi się jeden oczywisty wniosek: moje myślenie na papierze jest takim samym paradoksem jak ja sama. Z jednej strony trzyma mnie przy zdrowych zmysłach, a z drugiej strony kultywuje i pogłębia moją aspołeczność. 

Przekichane jest mieć duszę artysty.

1 komentarz:

  1. Tak sobie myślę, że w sumie to cały świat opiera się na paradoksach.

    OdpowiedzUsuń