INF [3.9.2017]: kadry sierpniowe. Wrzesień planuję wypełnić zaległymi zdjęciami. Powrót do regularnych postów (if ever) planuję na październik. Stay tuned.

31.12.2013

Enjoy the chaos!

Gdyby ktoś zapytał mnie dziś jakie, moim zdaniem, było główne przesłanie ostatniej płyty Muse, bez wahania posłużyłabym się fragmentem Ich twitterowej wskazówki: ENJOY THE CHAOS. I tego samego cytatu użyłabym gdyby ktoś poprosił mnie o trafne podsumowanie moich ostatnich rocznych, życiowych doświadczeń.
To już tak zwykle u mnie bywa: Muse trafnie definiuje moje nowe filozofie (tudzież wnioski) życiowe na długo przed tym jak sama zdołam się w nich połapać. Bo ten mijający rok istotnie cały był jak to Ich przesłanie: chaotyczny i intensywny. Uczył czuć. Czuć, że żyję. W kompletnym chaosie. Chaosie, który należy zaakceptować. Ba, z którym należy się czym prędzej związać. Na zabój, na stałe, do usranej śmierci i jeden dzień dłużej.
Fakt faktem: przede mną jeszcze bardzo długa (kręta i pod górkę) droga do rzeczywistego rozkoszowania się nim. Ale wiem już w czym rzecz. Szczęśliwie pojęłam, że szkockie chłopaki z Biffy Clyro wyśpiewali mi – dwukrotnie w tym roku – absurdalnie rozbrajającą prawdę:


Naprawdę. Możesz. Ja jestem. Kompletnie zagubiona i we właściwym miejscu. Naraz.

Pod wieloma względami był to rok absolutnie fantastyczny: pełny wrażeń, pozytywnych wibracji, przyjaznych twarzy, rewolucyjnych wniosków, niewymuszonych uśmiechów, łez szczęścia, ciepełka w serduszku, przyjemnego bałaganu na i w głowie. Z wielu powodów był to rok ciężki: pełen frustracji, nerwów, gorzkich łez, pechowych zbiegów okoliczności, zawiedzionych spojrzeń, żałosnych ucieczek i niewykorzystanych okazji. Niezaprzeczalnie był to też rok przełomowy: pełen nowych twarzy, doznań, zaskoczeń, miejsc, chojrackich kroków, nieprzemyślanych decyzji i sięgania poza strefę własnego komfortu.
Życiowa prawda płynie z tego jedna: nie mogłabym nazwać tego roku fantastycznym, przełomowym i intensywnym, gdyby niewymuszonemu uśmiechowi nie towarzyszyły gorzkie łzy, ekstazie rozpacz, szczęściu nieszczęście, komfortowi zażenowanie, duszącej radości nieokiełznana złość, niezmąconemu spokojowi obezwładniający strach, rozkosznemu zadowoleniu potworny zawód, a psychicznemu porządkowi mentalny chaos.
Nie ma prawdziwszego równania: no pain, no gain.
Bo w życiu tak jak zawsze: remis.

Jeśli więc przyjdzie mi życzyć sobie i Wam czegoś na nadchodzący rok, to właśnie tego: akceptowania życiowych remisów i rozkoszowania się chaosem. Wszystko ma sens (lub kiedyś go nabierze), dlatego rozkoszujmy się nawet tymi chwilami rozpaczy i gorzkimi zawodami jakie w mniejszej lub większej ilości na pewno przyniesie nam kolejny rok. Po prostu zróbmy co w naszej mocy, żeby przeżyć go całymi sobą, bez hamulców, żalów i pretensji. Na pełnych obrotach. Czujmy i nie bójmy się tego.
Enjoy the chaos!

I szczęśliwego Nowego Roku.

2 komentarze:

  1. Gdyby nie było cierpienia i smutnych chwil to nie docenialibyśmy w ogóle sukcesów i fajnie spędzonego czasu.
    Życzę Ci spełnienia marzeń w nowym roku:)

    OdpowiedzUsuń