15.12.2013

Komunikacyjne bagno

Ludzie (ze mną włącznie, ma się rozumieć) mają poważne problemy ze swobodnym komunikowaniem się. Moje najnowsze odkrycie zmroziło mi krew w żyłach: dwudziesty pierwszy wiek wydał na świat pokolenie komunikacyjnych analfabetów. Taki już paradoksalny urok naszych czasów: im więcej sprezentowano nam sposobów komunikacji, tym większy zdajemy się mieć z nią problem. I bynajmniej nie chodzi o to, że mało wyrażamy (bo wyrażamy stanowczo zbyt dużo, szczególnie głupoty), tylko że z reguły robimy to bezmyślnie i na darmo.
Między mówieniem a rozmawianiem (podobnie jak między słuchaniem, a rozumieniem) rozpościera się szeroka przepaść, którą (w moim odczuciu) jedynie nieliczni potrafią przeskoczyć. Zdecydowana większość stoi na przeciwległym skraju skarpy i tak bardzo tonie w strumieniach własnych sylab, że przepaści w ogóle nie jest w stanie dostrzec. Co drugi jest święcie przekonany, że rozmawia, że rozumie, że komunikację opanował do perfekcji, choć tak naprawdę wciąż tylko mówi, mówi bez końca, od święta wysłuchując. Bez zrozumienia.

Coraz trudniej jest wyłapać z tej szary masy słowa niosące jakiekolwiek znaczenie. Stąd nadinterpretacje i urojenia tam, gdzie powinna panować niczym niezmącona cisza, a kompletna ignorancja tam, gdzie powinno huczeć od dyskusji.
A i niełatwo jest zdać sobie sprawę z własnej nieudolności, gdy wokoło brakuje odpowiedniego wzorca. Bezwartościowe rozmowy, przelotne spotkania, suche i puste „co słychać?”, powierzchowne pozdrowienia, pospieszne uściski dłoni, wymuszone uśmiechy i pozbawione znaczenia wyrazy zalewają nas nieustannie, niezmiennie, z każdej strony. Idziemy więc sobie przez życie, nieświadomie przystosowując się do panujących zwyczajów i mówimy, mówimy bez końca, bez sensu, bez składu i ładu, ubierając nic nieznaczące słowa w nową definicję rozmowy. Rozmowy bez zrozumienia i angażowania się.
Toteż komunikacyjny analfabetyzm jest nieudolnością na masową skalę, z której istnienia nie do końca zdajemy sobie sprawę.
Sama wyjątkiem nie jestem. To smutne, ale w swoim życiu niewiele przeprowadziłam wartościowych rozmów. I dzierżę przekonanie, że głównym tego powodem wcale nie są ludzie jakich spotykam na swojej drodze, ale moja tendencja do zamykania się w jednym medium: pisaniu (i to bynajmniej nie pisaniu do drugiego człowieka).
W idealnym świecie, uświadomienie sobie własnej nieudolności stawia Cię w dogodnej pozycji do skutecznej walki z problemem. W prawdziwym to tak nie działa.  
No bo gdzie i jak uczą prawdziwie rozmawiać i rozumieć?