INF [3.9.2017]: kadry sierpniowe. Wrzesień planuję wypełnić zaległymi zdjęciami. Powrót do regularnych postów (if ever) planuję na październik. Stay tuned.

28.12.2013

Puzzle i fikcja

Życiowe układanki
Często myślę sobie, że ludzie są jak puzzle. W momencie, gdy ich poznajesz, nie wiesz wiele więcej ponad to, co powiedzieli Ci o nich inni, lub co sam sobie wywnioskujesz. Ale z każdym kolejnym spotkaniem, z każdym kolejnym wydarzeniem, z każdą kolejną obserwacją, być może nawet z każdym kolejnym słowem, otrzymujesz kolejny klocek układanki. Czasami te układanki są proste i już po kilku puzzlach wiesz, co będzie przedstawiała całość. Ale bywają i układanki tak skomplikowane, że nawet z tysiąca kawałków wciąż nie jesteś w stanie ułożyć spójnego, jednolitego obrazu. Owa trudność sprawia, że, zaintrygowany, poświęcasz układance coraz więcej czasu. Aż w końcu niewinne zainteresowanie przekształca się w poważną obsesję, której poświęcasz każdą wolną chwilę.
Niestety, w życiu zazwyczaj bywa tak, że, choćbyś nie wiem jak chciał, nie jesteś w stanie uzbierać wszystkich puzzli. Są rzeczy, których nigdy nie będzie nam dane wiedzieć o drugim człowieku, bez względu na to jak blisko z nim jesteśmy.
Ta niemożność przejrzenia kogoś na wylot, jak mniemam, równocześnie wynika z jak i tworzy trudności na polu komunikacyjnym. To dlatego ludzie bez przerwy i bezsensownie się mijają. Mylne pierwsze (i drugie, i trzecie) wrażenie, wysyłanie sprzecznych sygnałów (świadomie bądź nie), skrywanie prawdziwych zamiarów, wszelkiego rodzaju represjonowanie emocji, strach przed bólem, konfrontacją i kłującą prawdą, zachowywanie uwag i wrażeń tylko dla siebie: te wszystkie małe, z pozoru nieistotne drobiazgi, które sprawiają, że w twojej głowie huczy od domysłów, choć sprawdzonych informacji chronicznie brak – to one mącą, komplikują i w ostatecznym rachunku psują.
Zresztą jak tu oczekiwać, że uda Ci się ułożyć pełny obraz drugiego człowieka, skoro sam masz naprawdę poważne problemy z odnalezieniem (już nawet nie wspominając o poprawnym ułożeniu…) własnych puzzli?

Fikcyjne obrazki
I tutaj, jak na studenta literatury przystało (którym w gruncie rzeczy bardziej bywam niż jestem), w moje niewinne przemyślenia o puzzlach, ładuje się pan, z którym zaznajomiłam się ostatnio w ramach planu studiów.
E.M. Forster – swoją drogą bardzo mądry człowiek – napisał (w Aspects of the Novel) nie tylko wyjątkowo trafne rzeczy o tworzeniu przekonującego bohatera powieści (nie chodzi o to jak bardzo jest realny, ale o to jak dobrze współgra z innymi elementami świata przedstawionego), ale i wysnuł dość odważną (i według mnie bardzo słuszną) tezę, że fikcyjni bohaterowie są nam często dużo bliżsi niż prawdziwi ludzie. Dzieje się tak z tego oczywistego powodu, że w powieści dostajemy człowieka w pełni zdefiniowanego: bez sekretów, niedopowiedzeń, mylnych wrażeń, błędnych ocen i mętnych wyobrażeń. Bo nawet jeśli takie niedogodności są nam poniekąd serwowane, to prędzej czy później zostają wyjaśnione i odpowiednio zweryfikowane. W powieści, w przeciwieństwie do życia, istotnie możemy poznać drugiego człowieka w pełni, dogłębnie, ostatecznie, przypuszczalnie lepiej niż on sam zna siebie – o ile tylko (oczywiście!) tego życzy sobie autor. 
Właśnie. Bo więź bohatera z autorem to wyjątkowo zajmująca sprawa.
Dużo mówi się o tym, że każdy autor zawsze (choćby nieświadomie) wsadza w swoich fikcyjnych bohaterów zarówno siebie jak i ludzi ze swojego otoczenia – i to prawda. Ale bzdurne jest twierdzenie, że w książce można odnaleźć autentyczne osoby. Fikcyjny bohater NIE MOŻE być prawdziwym człowiekiem, bez względu na to jak bardzo jest na takowym wzorowany. Dlaczego? Otóż z tej prostej przyczyny, że takowy bohater NALEŻY i w pełni ZALEŻY od autora, czego o prawdziwym człowieku powiedzieć nigdy nie będzie można. Powieściopisarz może zdefiniować w swoim fikcyjnym bohaterze absolutnie wszystko; w prawdziwym świecie, drugi człowiek nie podlega żadnej naszej definicji: jest kompletnie niezależnym, odrębnym, decydującym o samym sobie organizmem. Pisząc (tj. tworząc) nową postać, autor może dowiedzieć się o niej absolutnie wszystkiego – może (całkiem dosłownie) wejść do jej głowy, poznać wszystkie jej cechy, motywy, najskrytsze pragnienia, inspiracje, procesy myślowe, decyzje i ich wielowarstwowe konsekwencje. Tymczasem w prawdziwym świecie niezmiennie musi zadowalać się jedynie tym, co zdecyduje mu się ujawnić druga strona, lub co sprowokują zaistniałe okoliczności. Całą resztę zmuszony jest dopowiedzieć sobie sam.
W związku z tym: czy nie wydaje Wam się całkiem naturalnym założenie, że powieściopisarze rodzą się z czystej, prostej, życiowej frustracji? Że człowiek zasiadający do tworzenia fikcyjnego, alternatywnego świata to człowiek sfrustrowany niemożnością „rozgryzienia” ludzi wokół? Taki, który ma nieodpartą chęć uciec do świata i ludzi nad którymi ma znacznie większą kontrolę? O których może dowiedzieć się więcej? Którzy go nie zawiodą, nie zaskoczą, nie zostawią zdezorientowanego…?

2 komentarze:

  1. Masz rację, że czasami można przeżyć z kimś długie lata, a nie wiedzieć o nim wielu rzeczy. Ludzie potrafią się dobrze kamuflować. Chociaż nie wierzę na przykład żonom morderców czy pedofilów, że nic nie wiedziały o przestępstwach swoich mężów. Patrząc na zachowanie człowieka można wywnioskować bardzo wiele, ale niektórzy wolą udawać, że nie widzą pewnych spraw. Tak samo nie wierzę bliskim samobójców, którzy mówią, że nic nie widzieli niepokojącego z zachowaniu samobójcy, z którym razem mieszkali..
    Co do literatury, to wiadomo, że postacie są fikcyjne, jednak w jakiś sposób zawierają w sobie myślenie i uczucia autora.
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  2. O dokładnie ja przeżyłam taką znajomość, którą w tamtym roku zakończyłam z hukiem..Podobno ludzie się nie zmieniają tylko lepiej ich poznajemy..
    Chciałam tylko wspomnieć jeszcze, że napisałam post, który w moim odczuciu Ciebie zainteresuje. Nie ukrywam, że zależy mi na Twojej opinii. Mam nadzieje, że znajdziesz chwilkę na wyrażenie własnego zdania. Z góry dziękuję.

    OdpowiedzUsuń