21.01.2014

A rude little mess

Niechcący i zupełnym przypadkiem, wciąż od nowa przywołuję duchy przeszłości. W snach podróżuję statkiem wikingów po wale przeciwpowodziowym, a na ulicy ponurym popołudniem spotykam starszego Pana marynarza, który też kocha angielski.



W przerwie między posiłkami bawię się własną psychiką. W głowie gonią się mgliste wspomnienia: jedno za drugim, w ferworze coraz to nowszych perspektyw, ot, swobodny przepływ informacji z nowo otwartej podświadomości do coraz bardziej zagraconej świadomości. Dawno już zatarła się cienka granica pomiędzy urojeniem, a zapisem autentycznych zdarzeń.
Otwieram oczy o 8 rano i tłumię śmiech w poduszce.
I znowu zapominam o kawie!
Pomiędzy szkolne dyskusje o literaturze też wciąż chyłkiem wkradają się nieproszone szepty. Wszędzie czytam o sobie (egocentryzm kwitnie!). Strumień prywatnych skojarzeń i mentalnych niby-doświadczeń miesza się z wysublimowanym romantyzmem i amerykańskim gotykiem, gdzie to mężczyźni przemieniają się w piersi.
Na przemian pochłania mnie paniczny strach i niepohamowana ekscytacja.
Wybiegam w przód, zostając w tyle. Może już doszczętnie zwariowałam.
Organizm standardowo obniża loty na sesję, a mój rak umysłu ma nowe przerzuty.
Taki malowniczy burdel w tej mojej głowie! Tylko co mi po nim?