INF [16.7.2017]: w razie jakby kogoś martwiła moja nieobecność: wzięłam urlop od blogowania. Do września pojawią się tu (jeśli w ogóle) wyłącznie kadry i relacje z moich skromnych wojaży. Stay tuned.

17.02.2014

Problem z czytaniem

Tak, czytamy za mało, a ja – jak na (umownego) studenta literatury – to wręcz zatrważająco mało, ale to wszyscy wiedzą i bynajmniej nie w tym tkwi mój wielki problem.
Mój problem dotyczy bardziej samego procesu niż jego efektów.



Pośród licznych (i niedokładnie przeze mnie zgłębionych) teorii literatury, istnieje takie jedno piękne założenie mówiące, że żaden tekst literacki nie jest w stanie istnieć bez czytelnika; że czytanie jest czynnością aktywną, stanowiącą jeden z kluczowych elementów rozumienia, a nawet istnienia tekstu. Że subiektywna interpretacja czytającego zasadniczo współtworzy dane dzieło, a przynajmniej nadaje mu znaczenie. 
To podejście (chyba jako jedyne ze wszystkich teorii literackiego krytycyzmu) bez reszty mnie ujmuje: nadanie zwykłemu czytelnikowi tak istotnej roli sprawia, że czytanie nagle nabiera nowego i to znacznie ważniejszego, bo twórczego wymiaru. Nagle okazuje się, że czytając, walcząc z każdym kolejnym słowem, zdaniem i akapitem, próbując ogarnąć własnym rozumem cudzy twór, stajesz się jego współtwórcą. Kreujesz – nie obraz, nie przedstawione wydarzenia, nie postacie, ale ich znaczenie. A to znaczenie – przynajmniej w tym kontekście – jest wielowymiarowe i subiektywne. Szczególne. I osobiste. Można by rzec, że czytanie urasta do rangi metafizycznego przeżycia: wychodzi poza granice prostej formy spędzania wolnego czasu i staje się realnym, unikatowym doświadczeniem.  Twoim własnym.
Wszystko brzmi pięknie i cacy: gdzie więc leży ten mój wielki problem? Otóż w języku i edukacji. Ale oczywiście bardziej w tym drugim.
Mówiąc o języku, mam na myśli oczywiście ten drugi (angielski), który to (z własnego, świadomego wyboru) jest głównym przedmiotem mojego studenckiego doświadczenia. Trochę trudno jest bowiem wymiatać w czytaniu ze zrozumieniem, gdy część słów czy aluzji pojawiających się w tekście wciąż nie jest Ci choćby pobieżnie (dobrze to zbyt górnolotne założenie) znana; szczególnie gdy nawet czytanie ze zrozumieniem w ojczystym języku często przysparzało (i wciąż przysparza) Ci spore trudności. Subtelne wydźwięki, dwuznaczne wyrazy, kulturowe aluzje, odpowiednia składnia, znacząca interpunkcja i kontekst – innymi słowy generalne oczytanie – to niezbędne zaplecze, którego wciąż mi brakuje. Język jest tu jednak problemem, który powinien rozwiązać się z czasem: samoistnie i bezboleśnie, pod wpływem regularnej pracy i odpowiednich chęci.
Jeśli chodzi jednak o samą edukację (w sferze kierunków humanistycznych), sprawa ma się już nieco inaczej. System edukacyjny w kwestii czytania ze zrozumieniem, czy też czytania w ogóle, przejawia tę jedną wielką wadę, że rozumienie chce koniecznie podporządkować jednowymiarowemu kluczowi, uniwersalnemu dla każdego przeciętnego czytelnika. Podczas gdy ów przeciętny czytelnik, wedle wyżej nakreślonej teorii, po prostu nie istnieje: nie ma bowiem czegoś takiego jak uniwersalny klucz i odpowiednie, wspólne dla wszystkich rozumowanie, skoro każdy czytający (współ)tworzy unikatowe znaczenie danego tekstu. Innymi słowy, system edukacyjny, dzięki któremu dowiedziałam się o istnieniu tej ujmującej teorii, z miejsca ją neguje, próbując mi wmówić, że źle zrozumiałam (tudzież źle przeczytałam) dany tekst. Co, oczywiście, z powodzeniem może być (i nierzadko jest) podstawą do obniżenia oceny lub nie zaliczenia przedmiotu. A co ja śmiem nazywać horyzontalnym ograniczeniem.
Chwała Bogu, wśród wysypu nauczycieli ograniczonych, uchowały się jeszcze na tym świecie wyjątki, które potrafią docenić myślenie.

Osobiście więc kurczowo trzymam się założenia, że czytanie jest twórcze i czekam na więcej wyjątków (choć narzekać mi raczej nie wypada).

5 komentarzy:

  1. Szkoda, że tak mało osób w Polsce, czyta cokolwiek, a co dopiero książki.
    Gdy jestem w bibliotece, to przeważnie widzę 80 letnie babcie, wypożyczające książki dla zabicia nudy.
    Ludzie czytają papierowe i elektroniczne tabloidy i na postawie tego wyrabiają sobie światopogląd..
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kogo ja widzę. Myślę, że ludzie wbrew pozorom, czytają, co więcej kupują książki. I panuje moda na czytanie... Tyle, że cóż, są różni ludzie, różne pasje... Dla mnie problem nie leży w czytaniu, tylko w kształtowaniu kultury czytania...

      Usuń
  2. dla mnie istnienie jednego klucza jest kompletnym nieporozumieniem
    kiedyś wiersze podobały mi się właśnie dlatego, że były uniwersalne, każdy mógł sobie coś dla siebie w wierszu znaleźć
    jeden klucz odpowiedzi strasznie ogranicza i jak dla mnie kompletnie nie sprzyja rozwijaniu wyobraźni
    takiemu swobodnemu, wielokierunkowemu rozwijaniu

    OdpowiedzUsuń
  3. W pewnym sensie masz rację. Powszechnie wiadomo, że szkoła zabija. Nie tylko czytanie. Również myślenie- proste, samodzielne myślenie. Przeżywanie. W końcu książki, teksty się przeżywa- nawet w dużej mierze bardziej niż czyta. A wiersze! Ile osób mówi mi że on ten wiersz ,,czuje" ale po prostu nie potrafi zrobić takiej rzeczowej analizy. Czuje, ale nie wypowie tego co czuje. A tu mu każą powiedzieć, dokładnie, z użyciem odpowiedniego słownictwa. Już tyle razy wykłócałam się z polonistką o znaczenie tego czy innego wiersza że dziwię się że jeszcze mnie znosi... Ale to jest szkoła. W niej nic nie zrobimy, wiadomo że jej zadaniem jest wpoić młodzieży do głów kilka najprostszych praw. Prawdziwe kształtowanie- to najwcześniejsze- odbywa się w domu, potem ewentualnie na studiach, jeżeli dana osoba ma jeszcze ochotę na myślenie nad czymkolwiek. Nie można wymagać od instytucji zajmującej się tysiącami dzieciaków, wiecznie niedofinansowanej i pogardzanej żeby traktowała każdego indywidualnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się: oczywiście, że trudno wymagać jest indywidualnego podejścia do każdego ucznia w szkole. Ale to nie zmienia faktu, że fajnie byłoby, gdyby indywidualne myślenie było tolerowane, a nie karane. Z drugiej jednak storny, wracam do punktu wyjścia: jeśli nauczyciel sam jest w tej kwestii ograniczony, to zapewnie nie jest w stanie owego indywidualnego myślenia dostrzec...

      Przyznaję jednak, że mój post bardziej celuje teraz w studia niż kształcenie ogólne. Będąc w szkole jakoś niespecjalnie mnie te klucze martwiły - prawdziwym problemem stały się dopiero w obliczu - moim zdaniem kompletnie niewymiernej - matury, która, chcąc nie chcąc, ma spory wpływ na Twoje dalsze kształcenie. Pradoksalnie, im starasza jestem i im więcej lat edukacji (tej humanistycznej) za mną, tym większe widzę problemy i potrzeby zmian. I o ile rzeczywiście trudno wymagać ich w szkole, to już na studiach chyba nawet wypda. I choć przyznaję, że spotkałam się z nauczycielami i zajęciami poszerzającymi horyzonty i doceniającymi indywidualne myślenie, to niestety sztywne regulacje wciąż nie tracą na sile.

      Ważne jednak, żeby samemu zdać sobie z tych sztywnych ram sprawę i nie dać zabić w sobie entuzjazmu do rozwoju myślenia i zgłębiania wiedzy :)

      Aczkolwiek to tylko subiektywne przemyślenia nieco sfrustrowanego studenta :)

      Usuń