17.02.2014

Problem z czytaniem

Tak, czytamy za mało, a ja – jak na (umownego) studenta literatury – to wręcz zatrważająco mało, ale to wszyscy wiedzą i bynajmniej nie w tym tkwi mój wielki problem.
Mój problem dotyczy bardziej samego procesu niż jego efektów.



Pośród licznych (i niedokładnie przeze mnie zgłębionych) teorii literatury, istnieje takie jedno piękne założenie mówiące, że żaden tekst literacki nie jest w stanie istnieć bez czytelnika; że czytanie jest czynnością aktywną, stanowiącą jeden z kluczowych elementów rozumienia, a nawet istnienia tekstu. Że subiektywna interpretacja czytającego zasadniczo współtworzy dane dzieło, a przynajmniej nadaje mu znaczenie. 
To podejście (chyba jako jedyne ze wszystkich teorii literackiego krytycyzmu) bez reszty mnie ujmuje: nadanie zwykłemu czytelnikowi tak istotnej roli sprawia, że czytanie nagle nabiera nowego i to znacznie ważniejszego, bo twórczego wymiaru. Nagle okazuje się, że czytając, walcząc z każdym kolejnym słowem, zdaniem i akapitem, próbując ogarnąć własnym rozumem cudzy twór, stajesz się jego współtwórcą. Kreujesz – nie obraz, nie przedstawione wydarzenia, nie postacie, ale ich znaczenie. A to znaczenie – przynajmniej w tym kontekście – jest wielowymiarowe i subiektywne. Szczególne. I osobiste. Można by rzec, że czytanie urasta do rangi metafizycznego przeżycia: wychodzi poza granice prostej formy spędzania wolnego czasu i staje się realnym, unikatowym doświadczeniem.  Twoim własnym.
Wszystko brzmi pięknie i cacy: gdzie więc leży ten mój wielki problem? Otóż w języku i edukacji. Ale oczywiście bardziej w tym drugim.
Mówiąc o języku, mam na myśli oczywiście ten drugi (angielski), który to (z własnego, świadomego wyboru) jest głównym przedmiotem mojego studenckiego doświadczenia. Trochę trudno jest bowiem wymiatać w czytaniu ze zrozumieniem, gdy część słów czy aluzji pojawiających się w tekście wciąż nie jest Ci choćby pobieżnie (dobrze to zbyt górnolotne założenie) znana; szczególnie gdy nawet czytanie ze zrozumieniem w ojczystym języku często przysparzało (i wciąż przysparza) Ci spore trudności. Subtelne wydźwięki, dwuznaczne wyrazy, kulturowe aluzje, odpowiednia składnia, znacząca interpunkcja i kontekst – innymi słowy generalne oczytanie – to niezbędne zaplecze, którego wciąż mi brakuje. Język jest tu jednak problemem, który powinien rozwiązać się z czasem: samoistnie i bezboleśnie, pod wpływem regularnej pracy i odpowiednich chęci.
Jeśli chodzi jednak o samą edukację (w sferze kierunków humanistycznych), sprawa ma się już nieco inaczej. System edukacyjny w kwestii czytania ze zrozumieniem, czy też czytania w ogóle, przejawia tę jedną wielką wadę, że rozumienie chce koniecznie podporządkować jednowymiarowemu kluczowi, uniwersalnemu dla każdego przeciętnego czytelnika. Podczas gdy ów przeciętny czytelnik, wedle wyżej nakreślonej teorii, po prostu nie istnieje: nie ma bowiem czegoś takiego jak uniwersalny klucz i odpowiednie, wspólne dla wszystkich rozumowanie, skoro każdy czytający (współ)tworzy unikatowe znaczenie danego tekstu. Innymi słowy, system edukacyjny, dzięki któremu dowiedziałam się o istnieniu tej ujmującej teorii, z miejsca ją neguje, próbując mi wmówić, że źle zrozumiałam (tudzież źle przeczytałam) dany tekst. Co, oczywiście, z powodzeniem może być (i nierzadko jest) podstawą do obniżenia oceny lub nie zaliczenia przedmiotu. A co ja śmiem nazywać horyzontalnym ograniczeniem.
Chwała Bogu, wśród wysypu nauczycieli ograniczonych, uchowały się jeszcze na tym świecie wyjątki, które potrafią docenić myślenie.

Osobiście więc kurczowo trzymam się założenia, że czytanie jest twórcze i czekam na więcej wyjątków (choć narzekać mi raczej nie wypada).