INF [3.9.2017]: kadry sierpniowe. Wrzesień planuję wypełnić zaległymi zdjęciami. Powrót do regularnych postów (if ever) planuję na październik. Stay tuned.

18.04.2014

Filmowe Love Story

Długo zastanawiałam się nad sensem publikowania takiego posta, ale ostatecznie zadecydowałam, że skoro już zapoczątkowałam tu tag filmowy i od czasu do czasu zdarzy mi się wypowiedzieć na tematy z filmem związane (szczególnie na temat polskiej kinematografii), to trochę głupio byłoby pominąć w nim moje ulubione tytuły, które – jakby nie było – w większym lub mniejszym stopniu kształtują moje patrzenie na kino, a przynajmniej znacząco definiują mój rzekomy gust. Dlatego dziś będzie w samych superlatywach. O moich ulubionych, filmowych obliczach miłości. Na wstępie zaznaczam, że do każdego z poniższych tytułów jestem emocjonalnie przywiązana i żadna racjonalna argumentacja nie przekona mnie, że nie zasługują one na miano genialnych.





Trudno o bardziej pospolity obrazek niż ten sprezentowany w Before Sunrise: dwoje młodych ludzi – Amerykanin i Francuzka – spotyka się w pociągu: zaczynają rozmawiać, nawiązują nić niebanalnego porozumienia, on namawia ją by z nim wysiadła, spędzają noc spacerując po Wiedniu, zakochują się w sobie na przekór rozsądkowi, a nad ranem, w drzwiach pociągu, obiecują sobie, że spotkają się za pół roku. Banalne aż do bólu. Ale mnie dotknęło i to w sposób szczególny, bo niemal wszystkie dialogi odebrałam bardzo osobiście. Mówiąc krótko: już będąc w kinie nabrałam przekonania, że ten film był mi pisany.
W drugiej części, która nieznacznie nadłamuje banalność klasycznego love story, wędrujemy z bohaterami po słonecznym Paryżu, w trzeciej natomiast po wakacyjnej mieścinie we Włoszech. Nie chcąc zdradzać więcej zaznaczę tylko, że każda część kończy się przyjemną niewiadomą. Gdy szłam do kina na część trzecią, bałam się trochę, że wyjdę zawiedziona, ale na szczęście mój lęk był bezpodstawny.
Wszystkie trzy filmy są minimalistyczne w swojej formie, utrzymane w tej samej, specyficznej tonacji: nie dzieje się tu absolutnie nic. Ot dwoje ludzi spaceruje i rozmawia. Cały geniusz zamyka się w kapitalnie odegranych dialogach.
Zdecydowanie moja ulubiona, filmowa bajka o miłości. trzech aktach.




Osobiście uważam, że poza imionami głównych bohaterów – Clementine i Joel – nie wypada zdradzać nic więcej; każda kolejna informacja na temat tej historii, zdobyta drogą inną niż poprzez oglądanie, rujnuje całą frajdę. Sama poszłam do kina nie wiedząc o tym filmie absolutnie nic i był to jeden z najlepszych seansów w moim życiu.
Dla mnie jest to filmowe arcydzieło; jeden z tych fikcyjnych pomysłów, które powodują, że cała zielenieję z nieokiełznanej zazdrości. A nie dość, że motyw kapitalny, to jeszcze wykonanie świetne. Długo mogłabym wymieniać za co ten film tak bardzo uwielbiam: wątek sci-fi, zrujnowaną chronologię, drobne niejasności, kolory, nieco przerysowaną scenografię, zabawę z ludzkim umysłem i wspomnieniami, grę na uczuciach, naiwny romantyzm, smutną prawdę, pełny nadziei uśmiech, muzykę, obsadę – wszystko, absolutnie wszystko łapie mnie tu za serce. Od pierwszej do ostatniej sceny (bez względu na to który raz z kolei go oglądam) paplam się w niemym zachwycie.
I o ile Kate Winslet lubiłam od zawsze, o tyle Jim Carrey ostatecznie przekonał mnie do siebie właśnie tą rolą.  


Ogród Luizy (2007)


To po tym filmie bezpamiętnie zakochałam się w Dorocińskim, a Marcin Hycnar na stałe wyrył się w mojej świadomości jako Marianek, który „taki kurwa głupi jest”. Był to też chyba pierwszy polski tytuł, który pokochałam miłością bezgraniczną i który kocham niezmiennie do dziś. Historia uroczego gangstera, który poznaje w psychiatryku Luizę – córkę lokalnego polityka, cierpiącą na schizofrenię – kompletnie podbiła moje serce. Banalność i prostota ich pierwszej rozmowy roztopiła mi serce i topi je za każdym razem gdy do niej wracam. Ciepły, przyjemny, momentami zabawny, a przy tym z pięknym, głębszym przekazem. Rzekomo ma w sobie coś z filmu akcji, ale zdecydowanie bliżej mu do romantycznego dramatu z pozytywnie przesłodzonym zakończeniem.
Zakładam, że zadziałała tu dobrze sprawdzona już w moim przypadku zależność: dajcie mi zaburzenia psychiczne, a szanse, że film trafi do grona moich ulubionych wzrasta automatycznie o jakieś 50%. Nic na to nie poradzę: mam okropną słabość do psychologicznych aspektów fikcji.


Dziewczyna z Szafy (2012) – o której pisałam już TUTAJ.


Pewnego dnia, Jacek postanawia zostawić swojego autystycznego brata pod opieką sąsiadki z naprzeciwka – Magdy – która wcale nie ma depresji, tylko z wnętrza szafy prowadzi badania nad światami równoległymi. Ku zaskoczeniu Jacka, Tomek bardzo chce do owej dziwacznej sąsiadki wracać…
Już w połowie filmu wiedziałam, że oto właśnie natrafiłam na kolejny, ulubiony polski tytuł. Z pięciu przyczyn. Po pierwsze: świry (a mówiąc delikatniej: choroba i zaburzenia psychiczne). Po drugie: miłość i relacja rodzeństwa. Po trzecie: magiczne przerysowanie rzeczywistości. Po czwarte: humor (do histerycznych wręcz łez doprowadziła mnie scena z pieskami preriowymi). Po piąte: kapitalna gra aktorska. Wszystko idealnie wyważone. A jakby tego było mało, po seansie poszłam na spotkanie z Wojciechem Mecwaldowskim i Bodo Koxem i bezpowrotnie zakochałam się również w twórcach. Bo pięknie mówili o filmie, który poruszył odpowiednie struny w moim sercu.  
W moim mniemaniu to najlepszy polski film ostatnich lat, zasługujący na wszelkie możliwe wyróżnienia. Pół żartem, pół serio traktuje o sprawach trudnych i ważnych, choć podkoloryzowanych barwnym szaleństwem. Innymi słowy, zawiera w sobie wszystko to, co najbardziej cenię. Polecam wszystkim i każdemu z osobna. Moje serce podbił z miejsca, więc może i Wasze zdobędzie.   


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz