INF [3.9.2017]: kadry sierpniowe. Wrzesień planuję wypełnić zaległymi zdjęciami. Powrót do regularnych postów (if ever) planuję na październik. Stay tuned.

04.04.2014

Powieści

Gdzieś tam między wierszami na salach ćwiczeniowych uświadomiono mi istnienie pięknej teorii zakładającej, że każdy człowiek jest powieścią. I że w życiu chodzi głównie o to, żeby sobie (i innym) owe powieści nieprzerywanie opowiadać. Bo wszyscy jesteśmy narratorami, tworzącymi jedną wielką pajęczynę różnorakich powieści.



Na zajęciach z life-writingu gorliwie potakiwałam: no tak, przecież pisząc o sobie wcale nie opisujemy naszego życia (opowiadając wyłącznie to, co się nam przydarzyło), ale właściwie je kreujemy (ubarwiając indywidualnymi odczuciami, emocjami, przemyśleniami i skojarzeniami). Choć pamiętnik czy autobiografia z złożenia powinny być szczere, to nasze pisanie o sobie, zawsze niewybaczalnie subiektywne i wyjątkowo wybiórcze, i tak mocno fabularyzuje przekaz. Nie bez powodu przecież lubimy doszukiwać się wszędzie drugiego dna i nadawać drobiazgom głębszy sens. Pisząc, kreujemy więc nie tylko naszą życiową powieść, ale i bohatera, którym wierzymy (albo chcemy wierzyć), że jesteśmy.
Głową kiwałam jeszcze gorliwiej, gdy powyższe założenie zlało się w spójną całość z Freudowską (jawnie przeze mnie wielbioną) psychoanalizą: człowiek musi nieprzerwanie o sobie opowiadać – dla swojego własnego psychicznego, mentalnego komfortu. Bowiem gdy powieść się urywa, gdy natrafiamy w niej na – zdaje się niewytłumaczalną – dziurę, nagle tracimy grunt pod nogami. Bo coś się nie zgadza, coś nie gra, coś uwiera, coś martwi, coś nas blokuje. Wyrwa w powieści, która nie pozwala ułożyć klocków w spójną całość, jak i skryte źródło wszystkich mniejszych lub większych problemów. W mniemaniu Freudowskim ta wyrwa to trauma: wydarzenie z przeszłości, najczęściej z dzieciństwa, które wyrządziło trwałe szkody w naszej psychice, a które nasza świadomość nieustannie represjonuje.
Każda powieść taką mniejszą lub większą dziurę ma (być może nawet nie jedną) – bo każdy z nas, choć często nieświadomie, gdzieś tam w sobie jakąś traumę nosi. Zresztą gdyby tych dziur w naszych powieściach nie było, cała teoria straciłaby sens. Istotą tutaj nie jest bowiem to, by owych dziur unikać, ale by nauczyć się o nich opowiadać. Nie jest więc istotne czym owe dziury są – a wcale nie muszą być konkretnym wydarzeniem, jako że traumę można sobie równie dobrze uroić, albo też wyhodować z przysłowiowego braku laku (lub czegokolwiek subiektywnie istotnego) – ale jak sobie z nimi radzimy. A najpiękniej jest radzić sobie opowiadając – i to opowiadając we wszystkich możliwych formach.
Rozkocham się w tej teorii z dwóch przyczyn: po pierwsze, utwierdza mnie w przekonaniu, że pisanie to istotnie swoistego rodzaju psychoterapia; a po drugie dowodzi, że potrzebujemy siebie nawzajem. I to bardzo. Bo powieść z definicji wymaga odbiorcy.
A ja lubię wierzyć, że to nadzwyczajne porozumienie między dwojgiem ludzi jednak jest możliwe.

2 komentarze:

  1. Poprzez tworzenie, wyrażamy siebie. Nieważne czy będzie to powieść, czy wiersze, czy piosenki.
    Zawsze albo jawnie, albo między wierszami, wyrażamy swój światopogląd, swoje przeżycia i też różne traumy..
    Na pewno warto pisać. Jeśli nie dla pieniędzy, to chociaż dla zdrowia psychicznego..
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Każdy człowiek to tabula rasa- pusta tablica, którą sami musimy zapisać.

    Ana wiesz jak ty mnie motywujesz? Włączyłam odkurzacz by odkopać bloga i rozgrzewam klawiaturę.

    OdpowiedzUsuń