INF [20.11.17]: ręka, co prawda z ograniczeniami, ale już działa, więc szykuję mały foto-spam.

07.10.2014

Filmowe rozczarowania

Zakładam że każdy widz zna to uczucie z autopsji: zaciekawiony, rozentuzjazmowany i z niemałymi oczekiwaniami wybierasz się do kina (ewentualnie odpalasz odpowiedni program na komputerze / wsadzasz płytę do odtwarzacza DVD), ale, mimo iż wychodziłeś z domu pełen nadziei, wracasz pełen wylewającej się bokiem frustracji. Wiecie o czym mówię, prawda?



Oto cztery tytuły, które na słowo „rozczarowanie” nasunęły mi się jako pierwsze.

Wielka Cisza
Powszechna opinia głosi, że film wart jest obejrzenia: zwinął liczne nagrody, jedyny w swoim rodzaju, do tej pory nikt inny czegoś takiego nie nakręcił. Idźcie, na pewno nie pożałujecie – powiedziała mama, wysyłając mnie razem z tatą do kina.
Trzy godziny męki pańskiej. Po czterdziestu minutach tata musiał przypominać mi, że nie jestem sama i moje nerwowe podrygiwanie nogą wprawia w drganie cały rząd.
Myślałam, że wyzionę ducha.
Przez pierwsze dwadzieścia minut, film wydaje się stosunkowo ciekawy – spokojny, monotonny, wyważony, pełen religijnej zadumy, z dokładnością prezentujący każdy najmniejszy szczegół życia mnichów w odciętym od reszty świata klasztorze. Ładne widoki, nieco klaustrofobiczny sposób kręcenia i ta przejmująca cisza są w stanie utrzymać twoje zainteresowanie przez dwadzieścia minut. Ale po trzydziestu zaczynasz się już nudzić, po czterdziestu włącza Ci się tik nerwowy, a po godzinie żywisz wielką nadzieję, że oto właśnie zbliżamy się do upragnionego końca: zaszło słońce, niebo przyciemniało, zaraz polecą napisy – i dupa zbita, słońce zaraz znowu wychodzi zza góry, wstaje nowy dzień, ujęcie na korytarz, odgłosy kroków i uderzających o siebie talerzy, obieranie kapusty, medytacja, mycie i pielenie grządek przy akompaniamencie twojego nerwowego tiku.  
I tak jeszcze przez bite dwie godziny. Najbardziej ekscytującym elementem całego filmu było karmienie kotów. Padło przy tym prawdopodobnie pierwsze i ostatnie słowo.
Jedyny plus tego seansu był taki, że po takim doświadczeniu żaden inny film nie wydaje się już tak koszmarnie nudny. Żaden. Serio.

Kosmiczna Odyseja
To nie jest tak, że film był zły, bo w gruncie rzeczy mi się podobał.
Tyle tylko, że nie bardzo mogłam wysiedzieć do końca. Oczywiście, Wielkiej Cieszy nie był w stanie pobić (do tej pory nic jej pozycji na podium nie zagroziło i szczerze wątpię by stało się to w najbliższej przyszłości), ale i tak mnie nieziemsko wymęczył. Jak bardzo lubię dziwne filmy, kocham motyw kosmosu, cenię sobie niedopowiedzenia i przerysowania, tak tutaj zupełnie nie potrafiłam się wczuć. Nie byłam w stanie pojąć (tudzież docenić) tych, jakby na siłę rozciąganych w czasie ujęć – na początku wydawały mi się nieszkodliwe, ale z czasem zaczęły poważnie działać mi na nerwy. Film szybko stracił jakiekolwiek tempo – gdybym oglądała go wieczorem, zapewne zmuszona byłabym stoczyć prawdziwą batalię z atakującą sennością. Co z tego, że tematycznie był ciekawy, skoro forma znacząco utrudniła mi odbiór? Nie umiem tego lepiej wytłumaczyć: po prostu coś mi tu nie zagrało.
A może po prostu nie rozumiem tak wysublimowanej sztuki. Bo to też jest wysoce prawdopodobne.

Drive
Taki dobry aktor (Gosling – zakochałam się w nim oglądając United States of Liland), taki dobry motyw, taki potencjał, a jakże słaby film! O ile minimalistyczność jego gry aktorskiej i oszczędność w ekspresji nigdy mnie dotąd nie irytowała – ba, byłam nawet gotowa kłócić się o to w przypadku United States of Liland, twierdząc, że to jedna z jego największych zalet – tak tutaj doprowadzała mnie do szału. Ogólnie zgadzam się z tym, że czasem lepiej jest coś zagrać ciałem niż słowami. Ale między jednym a drugim powinna istnieć równowaga, której tutaj kompletnie mi zabrakło. W dialogach nie działo się nic, a za którymś ujęciem z kolei, brak werbalnej reakcji ze strony aktora i przedłużone ujęcie jego (zbliżonej!) twarzy, sprawiło że miałam nieodpartą chęć film wyłączyć i już nigdy do niego nie wracać. Co zdarza mi się rzadko.
Przemęczyłam do końca, ale to już nie było oglądanie: zainteresowanie straciłam jeszcze zanim dobił do połowy. Jednym okiem patrzyłam na ekran, a drugim śledziłam muchę wędrującą po framudze okna. A szkoda, bo sam motyw poruszony w filmie był naprawdę niezły.  

Nieulotne
Podobnie jak w przypadku Drive – taki dobry aktor (Gierszał – zakochałam się w nim oglądając Salę Samobójców), taki dobry motyw, taki potencjał, a jakże słaby film! Nie byłam w stanie tego zdzierżyć: ledwie przemordowałam te 90 minut w kinowym fotelu.
Film nieulotny, bo i kompletnie bez polotu.
Co chyba dowodzi, że tego typu mieszanki denerwują mnie znacznie bardziej niż filmy do cna słabe. Bo obok filmu kompletnie beznadziejnego łatwo jest mi przejść obojętnie, a obok takiego z niewykorzystanym potencjałem lub przez ogół chwalonego, a mnie kompletnie nieporywającego, już nie bardzo. Widać mam alergię na niewykorzystany potencjał. Który, jak wierzę, zarówno Nieulotne, jak i Drive, posiada. Oba filmy opowiadają ciekawe historie i poruszają motywy, które z założenia do najbanalniejszych nie należą i powinny bez problemu widza wciągnąć. Niestety, gdzieś po drodze, coś idzie kompletnie nie tak.

A Wy? Podzielicie się własnymi filmowymi rozczarowaniami? ;-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz