INF [16.7.2017]: w razie jakby kogoś martwiła moja nieobecność: wzięłam urlop od blogowania. Do września pojawią się tu (jeśli w ogóle) wyłącznie kadry i relacje z moich skromnych wojaży. Stay tuned.

28.10.2014

Kraków

Choć mieszkam tutaj dopiero od roku, Kraków nigdy nie był dla mnie miejscem zupełnie obcym. Bliskość Tarnowa pozwalała jeździć tu na szkolne wycieczki, a mieszkająca tu rodzina od maleńkości umożliwiała krakowskie wakacje, gwiazdki i święta wielkanocne. To tutaj weekendami zarabiałam swoje pierwsze pieniądze (które przepieprzyłam najpierw na aparat, a potem na Londyn). Innymi słowy: Kraków zawsze był gdzieś blisko.


Gdy rok temu przeprowadziłam się tutaj na studia (co niechybnie zbiegło się w czasie z poważniejszym kryzysem osobowościowym), miałam poważne wątpliwości co do tego, czy będę w stanie kiedykolwiek nazwać Kraków swoim domem.
Pod koniec września, po prawie trzymiesięcznej absencji, wracając na drugi rok studiów (z których, tak dla ścisłości, z winy uczelni, wcale nie jestem zadowolona), bliska byłam płaczu ze szczęścia. Tak, gdzieś mimochodem i na wpół świadomie, mianowałam Kraków moim nowym domem: nie jedynym, nie permanentnym, ale zdecydowanie domem.
Czas bowiem zrobił swoje i plusy wreszcie z impetem przygniotły wszystkie minusy. Dziś z pełną świadomością mogę powiedzieć, że Kraków kocham, i kochać już pewnie zawsze będę.  I to nie tylko za te oczywiste oczywistości, takie jak rynek, Planty, Wawel i krakowskie obwarzanki, ale i za pierdyliard innych rzeczy, których z miesiąca na miesiąc wciąż jedynie przybywa: za stukot tramwajów, zapach asfaltu po deszczu, słońce odbijające się w oszklonych budynkach, niezliczoną ilość wystaw, wernisaży, festiwali i spotkań, za istne egzotyki raptem dwa kroki od domu, to zawrotne, ale i stymulujące tempo życia, za napis na murku przy Kapelance, wieczorną mgłę na Plantach, ładnych chłopców śpieszących zawsze w przeciwną stronę, zapiekanki na Kazimierzu, kebaba u Szwagra, poniedziałkowe piwo (i pyszne szoty!) w pijalni na Tomasza lub Szewskiej, spacery brzegiem Wisły, kawiarnie, kawiarenki i to złudzenie nieskończonych możliwości. Bo z Krakowa jakoś tak wszędzie wydaje się być bliżej. I prościej.
Ale chyba najbardziej kocham Kraków za ten tłum, w którym można pozostać kompletnie anonimowym. Przyznaję, trochę obawiałam się, że prędzej czy później ten anonimowy zgiełk mnie przytłoczy i mentalnie obezwładni, ale (na moje szczęście) dzieje się dokładnie odwrotnie. Kraków to mój mały substytut fantazji o samotnym włóczeniu się po Londynie: błądzę po klimatycznych uliczkach, co krok odkrywam nowe zakamarki, wyszukuje ciekawe kadry i rozkoszuję się napływającą falami inspiracją.
I cała aż się trzęsę, gdy pomyślę, że przede mną wciąż jeszcze tyle niezbadanego Krakowa do odkrycia! Tyle miejsc, zakamarków i drobnych szczegółów do uwiecznienia!


Co tu dużo kryć, Kraków (póki co) mnie uszczęśliwia, i nie ma innego miejsca w którym bardziej chciałabym spędzić nadchodzące miesiące ;-)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz