INF [3.9.2017]: kadry sierpniowe. Wrzesień planuję wypełnić zaległymi zdjęciami. Powrót do regularnych postów (if ever) planuję na październik. Stay tuned.

28.10.2014

Kraków

Choć mieszkam tutaj dopiero od roku, Kraków nigdy nie był dla mnie miejscem zupełnie obcym. Bliskość Tarnowa pozwalała jeździć tu na szkolne wycieczki, a mieszkająca tu rodzina od maleńkości umożliwiała krakowskie wakacje, gwiazdki i święta wielkanocne. To tutaj weekendami zarabiałam swoje pierwsze pieniądze (które przepieprzyłam najpierw na aparat, a potem na Londyn). Innymi słowy: Kraków zawsze był gdzieś blisko.


Gdy rok temu przeprowadziłam się tutaj na studia (co niechybnie zbiegło się w czasie z poważniejszym kryzysem osobowościowym), miałam poważne wątpliwości co do tego, czy będę w stanie kiedykolwiek nazwać Kraków swoim domem.
Pod koniec września, po prawie trzymiesięcznej absencji, wracając na drugi rok studiów (z których, tak dla ścisłości, z winy uczelni, wcale nie jestem zadowolona), bliska byłam płaczu ze szczęścia. Tak, gdzieś mimochodem i na wpół świadomie, mianowałam Kraków moim nowym domem: nie jedynym, nie permanentnym, ale zdecydowanie domem.
Czas bowiem zrobił swoje i plusy wreszcie z impetem przygniotły wszystkie minusy. Dziś z pełną świadomością mogę powiedzieć, że Kraków kocham, i kochać już pewnie zawsze będę.  I to nie tylko za te oczywiste oczywistości, takie jak rynek, Planty, Wawel i krakowskie obwarzanki, ale i za pierdyliard innych rzeczy, których z miesiąca na miesiąc wciąż jedynie przybywa: za stukot tramwajów, zapach asfaltu po deszczu, słońce odbijające się w oszklonych budynkach, niezliczoną ilość wystaw, wernisaży, festiwali i spotkań, za istne egzotyki raptem dwa kroki od domu, to zawrotne, ale i stymulujące tempo życia, za napis na murku przy Kapelance, wieczorną mgłę na Plantach, ładnych chłopców śpieszących zawsze w przeciwną stronę, zapiekanki na Kazimierzu, kebaba u Szwagra, poniedziałkowe piwo (i pyszne szoty!) w pijalni na Tomasza lub Szewskiej, spacery brzegiem Wisły, kawiarnie, kawiarenki i to złudzenie nieskończonych możliwości. Bo z Krakowa jakoś tak wszędzie wydaje się być bliżej. I prościej.
Ale chyba najbardziej kocham Kraków za ten tłum, w którym można pozostać kompletnie anonimowym. Przyznaję, trochę obawiałam się, że prędzej czy później ten anonimowy zgiełk mnie przytłoczy i mentalnie obezwładni, ale (na moje szczęście) dzieje się dokładnie odwrotnie. Kraków to mój mały substytut fantazji o samotnym włóczeniu się po Londynie: błądzę po klimatycznych uliczkach, co krok odkrywam nowe zakamarki, wyszukuje ciekawe kadry i rozkoszuję się napływającą falami inspiracją.
I cała aż się trzęsę, gdy pomyślę, że przede mną wciąż jeszcze tyle niezbadanego Krakowa do odkrycia! Tyle miejsc, zakamarków i drobnych szczegółów do uwiecznienia!


Co tu dużo kryć, Kraków (póki co) mnie uszczęśliwia, i nie ma innego miejsca w którym bardziej chciałabym spędzić nadchodzące miesiące ;-)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz