INF [16.7.2017]: w razie jakby kogoś martwiła moja nieobecność: wzięłam urlop od blogowania. Do września pojawią się tu (jeśli w ogóle) wyłącznie kadry i relacje z moich skromnych wojaży. Stay tuned.

03.11.2014

Zamilcz. Jak już mi powiesz.

Jak już każdy zdołał się przekonać, jestem osobą, którą z natury wiele rzeczy wkurwia. I to nierzadko w bardzo irracjonalny sposób. Można mi powtarzać bez końca, że to nie ma sensu, że szkoda nerwów, że to absolutnie nic nie da, że przecież tylko niepotrzebnie ranię – i siebie i innych. No cóż. Mimo iż debilem nie jestem, mózgu (sporadycznie ale jednak) używam, a w przypływach inspiracji miewam nawet niezłe pomysły, to akurat tego "wkurwiania się" wyperswadować sobie nie umiem. Ot, to już taka integralna część mnie i albo to akceptujesz jako część pakietu, albo wypad z baru. (Bo nie zapominajmy, że istnieje krzyżyk w prawym górnym rogu i opcja „usuń ze znajomych” na fejsbuku: nikt Ci nie każe mnie czytać/słuchać.)
No. Więc jeśli zdecydowałeś się już na cały pakiet, to pozwól mi teraz opowiedzieć Ci o jednej z pierdyliona rzeczy, która niezmiernie mnie wkurwia: o milczeniu. Tym perfidnym.

Bo widzicie. Mimo upływu lat, ja wciąż żyję w tym swoim idealnym świecie, gdzie ludzie wchodzący ze mną w jakąkolwiek interakcję, są istotami myślącymi. I to myślącymi nie byle jak, a najlepiej to w ogóle od razu myślącymi tak jak ja. Co oczywiście nigdy się nie zdarza. Niemniej jednak: według moich naiwnych standardów, każdy napotkany przeze mnie człowiek jest na tyle rozgarnięty mentalnie, że nie tylko potrafi wziąć odpowiedzialność za swoje własne działania, ale to faktycznie czyni. Werbalnie. Chociażby tym nijakim „nie wiem” lub bezczelnym „spierdalaj”. Byleby, kurwa, nie milczał jak zaklęty. Lub znikał.
Nigdy nie byłam, wciąż nie jestem i nigdy nie będę w stanie pojąć rozumowania, w którym milczenie wydaje się lepszą opcją niż jakikolwiek komentarz. Nosz gdzie, gdzie Ci to jest lepsze? Ja nie wiem w jakim świecie Wy żyjecie, ale w moim od znikania to są pszczoły, a nie ludzie. Więc jeśli już się w ten mój świat ładujesz ze swoimi buciorami, to się łaskawie dostosuj do podstawowych zasad: milczeć to sobie możesz, jak mnie uprzednio o znaczeniu tego perfidnego milczenia łaskawie poinformujesz. Bo ja się, kurwa, domyślać nie będę, dlaczego Cię nagle diabli wzięli i przepadłeś/ jak kamień w wodę.
I to nie to, że jestem leniwa i zwyczajnie mi się nie chce. Nie, wręcz przeciwnie: nie będę się domyślać właśnie dlatego, że moja głowa zwykła wymyślać zdecydowanie za dużo i w ułamku sekundy z jednej niewinnej teorii robi mi ich cały pierdyliard. I tak, gwarantuję, że ta idealnie trafiona też się wśród nich znajdzie, tylko niby na jakiej podstawie mam akurat w nią wycelować? Zresztą co to w ogóle za pomysł, żebym sama musiała dobierać znaczenie dla ciszy, którą to Ty sobie wymyśliłeś/? Nie chcę i nie będę za Ciebie o jej znaczeniu decydować.
Bo może to dla Was wniosek odkrywczy, ale MILCZENIE NAPRAWDĘ NIE JEST JEDNOZNACZNE. Milczenie może oznaczać wszystko. I nic. I jeszcze miliard innych rzeczy. Ile ludzi tyle interpretacji, a jak się jest mną, to należy jeszcze pomnożyć przez biliard.
Nie, milczenie nie jest złotem. W dupie mam takie złoto, co mi potem po nocach spać nie daje. Nie ma nic gorszego od niewiadomej, a milczenie niewiadomą tylko bezczelnie promuje. Nie ma dla mnie większej męki od tkwienia w martwym punkcie, z pytaniem bez odpowiedzi nieustannie szamocącym się z tyłu głowy.
Cokolwiek by to nie było: mówcie. Piszcie, krzyczcie, wyrażajcie.
Ale, na Boga, nie zostawiajcie mnie na pastwę milczenia.
Ładnie Was proszę.

2 komentarze:

  1. Świetnie napisany post. Tak z uczuciem (nawet jeśli jest to wkurwienie). Ghrr.

    OdpowiedzUsuń