INF [17.3.2017]: o Londynie słów kilka. W przyszły piątek pewnie coś bardziej na rozkminę. Stay tuned!

04.03.2015

Alpejskie szaleństwa

Tegoroczną, rodzinną dawkę białego szaleństwa znowu pobieraliśmy w naszej ukochanej, alpejskiej Alta Badii. Ale zamiast fundować wam te same widoczki co rok temu, dziś kilka słów o naszym białym szaleństwie. I o tym dlaczego uważam, że w Alpach, choć są o wiele droższe, narty opłacają się bardziej.
  

Słowem wstępu: na pewno nie jest to wpis obiektywny, bo narty są dla mnie czymś tak naturalnym jak płatki na śniadanie. Towarzyszą mi od dziecka, i to od bardzo małego dziecka, bo miałam niecałe cztery lata, gdy zaliczyłam swój pierwszy (i daj Boże ostatni) poważny wypadek: cudze sanki (tak, to nawet nie były narty) rozbiły mi łuk brwiowy. Tata sportowiec długo martwił się, że córka będzie miała traumę i białe szaleństwo z miejsca znienawidzi, ale poza bordową czapką nasiąkniętą krwią i odrobinę przerażającym cieniem nożyczek na zaciągniętym mi na oczy prześcieradle na zabiegowym, nic z wypadku nie pamiętam. A białe szaleństwo pokochałam bezgranicznie i nic nie wskazuje na to, żeby moje uczucie miało kiedykolwiek osłabnąć. Nie pamiętam zimy bez nart i trudno mi sobie taką wyobrazić.
Jako dziecko, po śniegu szalałam głównie w Polsce, z coroczną wizytą na Słowacji – pamiętne obozy narciarskie mojego Taty stanowią co najmniej połowę moich najlepszych dziecięcych wspomnień. Rodzinnie w Alpy zaczęliśmy wyjeżdżać w 2008 roku, i od tamtej pory każda zima bez alpejskich widoków (i stoków) jest zimą straconą. Bo jak już raz się tym alpejskim powietrzem zachłyśniesz, to ciągnie cię tam z powrotem bezwarunkowo; szczególnie, gdy jesteś narciarskim zapaleńcem – a ja, ze względu na uwarunkowania genetyczne, jestem.
Jasne, to jest wyjątkowo drogi biznes, ale umówmy się: narty do tanich przyjemności nie należą i raczej nigdy nie należały, nawet w Polsce. A, co jak co, Alpy (a już w szczególności Dolomity!), naprawdę warte są swej ceny.
Choć to akurat tylko pod pewnym warunkiem.  
Kiedy więc warto jechać w Alpy?
W teorii, jeśli jarają cię góry, kochasz piękne widoki, dysponujesz czasem, a przede wszystkim szastasz niemałą gotówką, to nawet nie musisz umieć jeździć na nartach, żeby odwiedzić alpejski kurort. Koniec końców na miejscu można wynająć i sprzęt, i dobrego nauczyciela, a i tras dla początkujących jest pod dostatkiem.
Osobiście jestem jednak zdania, że żeby Alpejskie kurorty należycie docenić, lepiej jest uprzednio opanować sztukę narciarstwa na własnym podwórku. Zanim bowiem rzucisz się na głęboką wodę, warto jest sprawdzić (trochę mniejszym kosztem) czy by aby na pewno ta woda to twój żywioł. Bo, bądź co bądź, trudno jest mi sobie wyobrazić kogoś, kto nie czerpie frajdy z narciarstwa, bezgranicznie szczęśliwego w alpejskim kurorcie. Zdecydowanie fajniej (i rozsądniej) jest jechać w Alpy dla gwarantowanej frajdy, niż żmudnej walki początkującego z zatłoczonymi i zmuldzonymi stokami (a, co warto zaznaczyć, początki zawsze są walką). Poza tym nie zapominajmy, że te piękne widoki ze zdjęć (tak jak i przyjemne warunki do jazdy) uzależnione są od pogody, a z tą w górach to każdy wie jak jest.
Śmiem twierdzić, że żeby się alpejskimi kurortami naprawdę jarać, trzeba mieć prawdziwą zajawkę na narty i to najlepiej w każdych warunkach: również wtedy, gdy lodowatym powietrzem równo piździ ci po twarzy, biały puch przylepia się do gogli, skóra na policzkach i nosie parzy, kurtka i spodnie oblepione są śniegiem (lub mokre), a na trasie nie dość, że wszędzie śmiercionośne muldy, to jeszcze widoczność na maksymalnie dwa metry. Bo to się w zimowych Alpach zdarza bardzo często.
Mało tego, żeby czerpać z Alp pełnymi garściami, dobrze by też było nie mieć lęku wysokości, nie bać się wysiłku i być gotowym codziennie wylewać z siebie siódme poty. Wszak decydując się na sześciodniowy karnet objazdowy (Dolomiti Superski wymiata w tej kwestii), fajnie byłoby nie marnować ani czasu, ani tych wszystkich licznych opcji (a wierzcie: jest ich więcej niż można przez te 6 dni na pełnej mocy wykorzystać), ani tym bardziej tych wydanych euro. A to wymaga i chęci, i wysiłku, i niemałych umiejętności. O pasji nie wspominając.  
Jeśli więc narty cię jarają, wysiłek nie przeraża, a mroźne, górskie klimaty naprawdę cieszą, w Alpy jechać wręcz powinieneś. Bo nad innymi kurortami, te alpejskie górują tym, że w sezonie, choć pogody i niesamowitych widoków zagwarantować raczej nie mogą, to bezkonkurencyjnie gwarantują śnieg, różnorodność tras i stosunkowo niewielkie kolejki. Jasne, na popularnych trasach widokowych lub tych przelotowych, szczególnie w słoneczne dni, trzeba swoje odstać. Jednak w znacznej większości kolejki posuwają się sprawnie; a i nietrudno o wyszukanie jakiegoś opustoszałego stoku (na te 450 wyciągów) po którym jazda sprawi ci nieziemską frajdę. Dodaj jeszcze do tego słońce i zapierające dech w piersiach widoki, a gwarantuję, że już zawsze będziesz chciał w te Dolomity wracać. Tak jak my.
Bo co tu dużo gadać: jestem zagorzałą fanką narciarskich Alp (z naciskiem na Dolomity), a Alta Badia jest jednym z tych miejsc, w których zostawiłam kawałek swojego serca. I jest więcej niż pewne, że – w miarę możliwości – będę tam wracać. Lub przynajmniej zawsze wracać tam będę chciała.

[na moje alpejskie widokówki popatrzeć można TUTAJTUTAJ i TU]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz