INF [3.9.2017]: kadry sierpniowe. Wrzesień planuję wypełnić zaległymi zdjęciami. Powrót do regularnych postów (if ever) planuję na październik. Stay tuned.

15.05.2015

Czy warto rozkminiać?

W tej kwestii mądre i warte polecania stanowisko zajęła już Justyna, ale ponieważ jest to temat od lat wysoce mnie interesujący, pospiesznie dorzucam swoje trzy grosze.


To prawda, że notoryczne nadinterpretacje, gorliwe analizy i nieustanna chęć rozmawiania na tematy trochę mniej błahe, nie tylko znacząco komplikują wszelkie relacje, ale wielu ludzi wręcz z miejsca odpychają. Kto by tam chciał zadawać się z dziwolągiem, który cały błogi dzień tylko by to swoje (i cudze też) życie rozkminiał, i to do tego stopnia, że w pewnym momencie zupełnie zapomina tak po prostu ŻYC? Słusznie, nikt. Więc tak, jakkolwiek bardzo bym chciała, nie sposób temu zaprzeczyć: nadmierne rozkminianie ma swoje wielkie, grube minusy. 
Ale, na szczęście (jak i wszystko inne na tym świecie), ma też swoje plusy, które, przynajmniej w moim odczuciu, niwelują minusy. Ba, niektóre minusy można nawet z powodzeniem zamienić na plusy, bo ta wyżej wspomniana wada może posłużyć za świetne kryterium we wstępnej selekcji ludzi wartych obecności w twoim życiu. Jasne, fajnie jest móc swobodnie gadać o błahostkach, ale co ci po nich w obliczu spraw problematycznych, które prędzej czy później pojawiają się w każdym życiu i relacji? Wszak pogawędką o pogodzie czy wymianą anegdot, poważniejszych problemów raczej nie rozwiążesz. Dlatego najlepiej jest mieć wokół siebie ludzi, z którymi można tak i tak. I samemu też takim właśnie człowiekiem starać się być. To zajebiście trudne zadanie, zgadzam się; niemniejednak próbować warto.
(Nad)wrażliwość (która w mojej głowie nierozerwalnie łączy się z tendencją do nadinterpretacji) w szeroko pojętym społeczeństwie postrzegana jest jako wada, którą należy bezwzględnie tępić. Nie raz i nie dwa usłyszałam już (i to od przyjaznych mi twarzy), że powinnam czasem wrzucić na luz i przestać ludziom natarczywie rozbijać bańki, w których spokojnie sobie egzystują. Bo niektórzy przecież rozkminiać ani nie chcą, ani nie potrzebują. Przez długi czas męczyły mnie więc spore wyrzuty sumienia, w efekcie których podjęłam się żałośnej – i oczywiście bezowocnej – próby stępienia tej mojej przypadłości.
A potem stanął na mojej drodze niby to przypadkowy ktoś, kto mimochodem oświadczył, że to przecież właśnie jest moja największa zaleta. Oczywiście, swoim zwyczajem, zareagowałam na ten komplement sarkastycznym prychnięciem. Ale rzecz zapuściła w moim mózgu korzenie i jakiś czas później puściła pąki w postaci prostego, a wręcz rewolucyjnego wniosku: bo być może ta moja nadwrażliwość zaletą rzeczywiście nie jest, ale przecież nic nie stoi na przeszkodzie, żeby ją takową uczynić. Lub przynajmniej spróbować. 
Nie od dziś wiadomo, że wszystkich w życiu zadowolić się po prostu nie da, więc niby dlaczego nie zacząć od siebie? Koniec końców, obecności tylko jednej osoby możesz być w swoim życiu absolutnie pewny/a: siebie. Od swojej głowy ucieczki nie ma (chyba że w poważne i kwalifikujące się do zamkniętego leczenia zaburzenia psychiczne), więc opcja zaprzyjaźnienia się z jej potrzebami i przyzwyczajeniami wcale nie brzmi jakbyś właśnie spadła z konia i postradała zmysły. Wręcz przeciwnie, rzekłabym raczej, że to brzmi zaskakująco rozsądnie.
Koniec końców na tym świecie egzystują miliardy różnych ludzi, a wśród nich na pewno nie jeden, który spojrzy na twoją (nad)wrażliwość tak jak ten jeden ktoś, kto po raz pierwszy dostrzegł w mojej wadzie największą zaletę. Dlaczego by więc nie, zamiast na tych, co krytykują, skupić się na tych, co chwalą? Dlaczego dać sobie wmówić, że twoja nadwrażliwość jest do szpiku kości zła, gdy ty wyraźnie czujesz, że to sięga o wiele głębiej i poza oczywistymi minusami ma też swoje plusy, które, przy odpowiedniej eksploatacji, można obrócić na swoją (realną!) korzyść? Nadwrażliwość naprawdę nie musi być wadą.
Dlatego ja ze swojej rezygnować już nie zamierzam. Ba, teraz jednym z moich życiowych celów jest udowodnić, że rozkminianie wcale nie musi prowadzić do zaawansowanej depresji, ale wręcz przeciwnie: może realnie pomóc w jej uniknięciu. Ba, zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że rozkminianie może być kluczem do radości z życia. Jakkolwiek niedorzecznie może to teraz brzmieć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz