INF [16.7.2017]: w razie jakby kogoś martwiła moja nieobecność: wzięłam urlop od blogowania. Do września pojawią się tu (jeśli w ogóle) wyłącznie kadry i relacje z moich skromnych wojaży. Stay tuned.

08.05.2015

ZDJ: Wielka Wieś Zdrój

Mam to wielkie szczęście, że mimo iż wychowałam się w mieście, zawsze miałam (i wciąż mam!) możliwość spędzania letnich wieczorów na zielonej trawce za miastem: w naszej Dzikiej Wsi, która w geograficznym świecie funkcjonuje pod nazwą Wielka Wieś.




Tam mogę sobie chodzić na spacery nad Dunajec, leżeć na hamaku i bezkarnie gapić się w rozgwieżdżone niebo, fotografować poranną mgłę w kukurydzy czy maki w zbożu o zachodzie, podziwiać wschody słońca z wału, czy brudzić stopy biegając boso po świeżo skoszonej trawie. Mogę też organizować ogniska, grille i spanie pod namiotami – a najczęściej wszystko to za jednym zamachem. Nie wspominając już o tym, że zawsze fajnie jest tam dojechać rowerem.
  















Z roku na rok doceniam tę naszą Dziką Wieś coraz bardziej, i to nie tylko jako świetne miejsce do spotkań rodzinnych i towarzyskich, ale również (a może przede wszystkim) jako cudowną odskocznię od miastowego zgiełku, szczególnie odkąd mieszkam w Krakowie. Bo im bardziej kocham miasto Kraka, jego zawrotne tempo i niesamowitą atmosferę, tym mocniej doceniam wieczory w hamaku na świeżym powietrzu. Bo Wisła może i jest ładna, ale jak to mawia mój dziadzio: to Dunajec jest królową polskich rzek. A jak mój dziadzio coś powie, to święte!




Za to, że mogę nazwać Wielką Wieś (Zdrój) moją jestem (i zawsze już będę) cholernie wdzięczna. Bo to definitywnie jedno z moich ulubionych miejsc na ziemi.



(TUTAJ inne ulubione)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz