INF [16.7.2017]: w razie jakby kogoś martwiła moja nieobecność: wzięłam urlop od blogowania. Do września pojawią się tu (jeśli w ogóle) wyłącznie kadry i relacje z moich skromnych wojaży. Stay tuned.

05.06.2015

Creative Writing

Na moją aktualną uczelnię narzekać lubię jeszcze bardziej niż na tę starą.
Ale jest jedna rzecz, którą Chujot ma, a czego PWSZ dać mi nie mogła: Creative Writing.


W zeszłym roku padła niewinna propozycja, żeby otworzyć nową sekcję Koła Naukowego Anglistów i tak oto zaistnieliśmy, zwarci i gotowi do działania: Kreatywni.

Spotykamy się co dwa tygodnie – w zeszłym roku głównie po to, żeby omawiać teksty, które napisaliśmy na zadany temat i podesłaliśmy zainteresowanej grupie tydzień wcześniej, a w tym roku żeby omówić zadane ćwiczenia i przedyskutować teorię Creative Writing.
Co prawda wciąż nie jestem przekonana czy moje pisanie – czy może raczej próby pisania – można uznać za pisanie kreatywne (choć według Cioci Wikipedii nawet prywatne dyrdymały się do niego zaliczają), ale są powody, dla których, mimo pogłębiających się wątpliwości, nie planowałam i nie planuję z tego dobrowolnie rezygnować.
Bo z tych spotkań płynęły i płyną istotne korzyści. Trzy. I to niemałym strumieniem.

1)     FEEDBACK
Komentowanie wzajemnie swoich prac jest najmocniejszą stroną tych spotkań. Owszem, krytyka czasem zapiecze, ale ta konstruktywna działa jak pokrzywa: trochę boli, ale równocześnie wzmacnia odporność. Pamiętam jak przed pierwszym spotkaniem zżerał mnie stres – wydawało mi się wtedy, że wciąż nie jestem gotowa do dzielenia się tymi swoimi marnymi próbami. Ale wystarczyło kilka spotkań, kilka chwil głębszego zastanowienia i już wiem, że lepszej decyzji podjąć nie mogłam.
W swoim pisaniu do szuflady (tudzież w Internetach) doszłam bowiem do momentu, który stanowił, owszem, wygodny, ale jednak martwy punkt – zdawałam sobie sprawę, że żeby ruszyć do przodu, muszę wychylić nos poza sferę własnego komfortu. Że tylko narażając się na ostrą, bezpośrednią krytykę, czy wręcz ośmieszenie, będę w stanie zweryfikować czy to, co tak bardzo kocham robić, ma jakikolwiek sens. I miałam rację.

2)    MOTYWACJA
W rytm reklamy mamby: piszą wszyscy, piszę i ja. Nigdy nie byłam fanką deadline’ów (pewnie dlatego, że zawsze miałam – i wciąż mam, o czym doskonale wie mój promotor – spory problem z ich dotrzymywaniem), ale przyznaję bez bicia, że zrobienie czegoś na czas przynosi zaskakująco dużo satysfakcji. Oczywiście, że w pisaniu trudno jest wymagać tempa: każdy kto pisze, doskonale wie, że „pisanie” niewielki ma związek z samą czynnością przelewania słów na papier. W gruncie rzeczy to wieloetapowa harówka, która, na dodatek, nie zawsze się opłaca.
Ale jeśli jesteś zdeterminowany (tak jak ja ostatnimi czasy) przeć z tym swoim pisaniem do przodu, perspektywa zmierzenia się z konstruktywną krytyką powinna stanowić dla ciebie niezawodną motywację. Odkąd udzielam się w sekcji, mój folder z opowiadaniami, z którego do niedawna jeszcze ziało pustkami, zapełnia się w zaskakującym tempie. Nie wszystkie opowiadania kończę na czas, ale każde jedno wydaje się być kolejnym krokiem w odpowiednim kierunku. A to poczucie działa trochę jak kolokwialny motorek w dupie.

3)    INSPIRACJA
Czytam innych i łapię w żagle nowe wiatry. Nie dość, że poznałam grupkę fantastycznych osób, które tak jak ja uwielbiają pisać i łączą z tym mniejsze lub większe nadzieje, to jeszcze mam okazję porównywać ich prace na podobny temat z moją własną. A to zawsze gwarantuje szerszą perspektywę. W ogóle podając swój tekst dalej i zaznajamiając się ze zmaganiami pióra innych, nabierasz zdrowego dystansu do swoich własnych prób. Jasne, zdarza się, że zdolniejsza koleżanka (bądź kolega) trochę mnie zdołują, ale w znacznej większości ma to na moje fikcyjne próby pióra wpływ iście zbawienny: zdecydowanie częściej się tekstami koleżanek i kolegów z Creative Writing inspiruję.
A nierzadko nawet te nasze głupie i z pozoru niepowiązane rozmowy przy piwie nakierują mnie na coś, o czym wcześniej nie miałam pojęcia lub co zwyczajnie nie przeszło mi przez myśl, a co okazuje się ciekawym punktem zaczepienia dla przyszłych (fikcyjnych czy też nie) wypocin.

A o samych wypocinach mówiąc: wybrane efekty moich zmagań z fikcją (dość specyficzną w moim wypadku) można ocenić (za co będę bardzo wdzięczna, bo każdy feedback jest na wagę złota) na moim angielskim blogu (wiem, wiem, jakbym ich już wystarczająco dużo nie miała):


[link („Wordpress”) dostępny również pod nagłówkiem bloga]

Pozdrowienia i wielkie podziękowania dla wszystkich Kreatywnych! ;-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz