INF [3.9.2017]: kadry sierpniowe. Wrzesień planuję wypełnić zaległymi zdjęciami. Powrót do regularnych postów (if ever) planuję na październik. Stay tuned.

24.07.2015

Problem murowany

No więc natrafiłeś na ścianę. Mur właściwie. Wybitnie wysoki.
Przejebane, bo teraz albo go zburzyć musisz, albo się na niego wydrapać i potem jeszcze – o ile widok po drugiej stronie okaże się wystarczająco zachęcający, albo wysiłek wdrapywania zbyt wiele kosztujący by zawracać – jakoś bez szwanku z niego zejść. A to solidna ściana. Owszem, ceglana, ale z precyzją wykonana: nie ma żadnych wnęk, wysunięć czy osunięć, na których można by sobie nogę czy rękę wesprzeć.

Tak więc ciężki masz orzech do zgryzienia. Prawdziwe wyzwanie. Wymagające sporego wysiłku – i to pewnie nie tylko fizycznego, ale i mentalnego, bo takie mury to trzeba bardziej sposobem niż siłą. No nie ma lekko, fakt, i bynajmniej nikt cię nie wini, że poważnie rozważasz swoje dwie opcje: podjąć się, czy rzucić w pizdu i zawrócić.
Jasne, z jednej strony fajnie byłoby zobaczyć, co jest po drugiej stronie. Koniec końców, poza oczywistą desperacją, przeciekającym przez palce czasem i bardzo frustrującym poczuciem osamotnienia, przywiodła cię tu też jakaś tam fascynacja – wątła może, ale jednak. No i umówmy się: prawie na pewno sprostanie takiemu wyzwaniu (o ile w ogóle wpuścimy do twojej głowy taką opcję) dałoby ci złudzenie siły i zwycięstwa nad samym sobą.
Ale z drugiej znowu strony, bardzo kusząca i zdecydowanie bezpieczniejsza zdaje się być opcja druga: wycofać się, najlepiej po cichu, na paluszkach, udając, że tego muru z idealnie dobranych cegieł wcale nie było. Albo wręcz przeciwnie: był zawsze i liczyłeś się z jego nieprzenikalnością od samego początku. I tak tylko, podszedłeś pod niego z czystej ciekawości: zbadać, a nie przekroczyć granicę. Bo kogo my tu chcemy oszukać, za wysiłkiem to ty przecież nie przepadasz.
To, że ten mur nikomu niepotrzebny i w złym miejscu postawiony, to sprawa w gruncie rzeczy oczywista. Smutnie jednak stanu rzeczy w żadnym stopniu to nie zmienia: jak stał, tak stoi dalej. Skrupulatnie budowany przez długie dnie, miesiące i lata, w pocie czoła i towarzystwie słonych łez z nutką goryczy, łatwo zburzyć się na pewno nie da. Bez względu na to jak bardzo teraz wszystkim przeszkadza, swoje nieme prawa zaklęte w przemijających latach jednak ma. A i dobry cement przy jego budowie użyto. I wyszpachlowany ładnie, dokładnie, jednolitą, grubą warstwą: żadnych szparek, pęknięć czy nawet zarysowań, bo, jak widać, nikt wcześniej burzyć nie próbował. Ba, nikt się nawet na graffiti nie porwał. Co może i słusznie cię dziwi, bo przecież i widok przysłania, i ruch blokuje.
Może pierwszy tu jesteś. A może wszyscy inni wyzwania się nie podjęli i, mniej lub bardziej dokładnie to wcześniej przemyślawszy, słusznie zawrócili.
Ty jeszcze masz wybór, bo wciąż  stoisz na przysłowiowym rozdrożu. I myślisz. Widzisz, nie spodziewałeś się, a jednak: mury czasem niespodziewanie wyrastają ludziom przed oczami. Myślisz sobie, że skoro ktoś kiedyś postawił, to czemu akurat ty masz burzyć, ale z drugiej strony: no przecież naprawdę ciekawi cię co jest po drugiej stronie. O ile coś w ogóle.
No to co, jak będzie? Burzysz czy się wycofujesz na paluszkach?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz