INF [16.7.2017]: w razie jakby kogoś martwiła moja nieobecność: wzięłam urlop od blogowania. Do września pojawią się tu (jeśli w ogóle) wyłącznie kadry i relacje z moich skromnych wojaży. Stay tuned.

14.08.2015

2015: Woodstock

Rok temu, opisując naszą (moją i Wojciecha) wizytę w Balado, napisałam, że za rok biorę namiot i jadę na Woodstock, żeby wreszcie w pełni doświadczyć festiwalowego szaleństwa. I choć nie bardzo miałam z kim ten namiot dzielić, ostatecznie i tak go od rodziny pożyczyłam, napisałam do kuzyna, podpięłam się do jego ekipy, spakowałam plecak i pojechałam.
I, kurwa, nie żałuję.
Bo ja bez mrugnięcia okiem, z miejsca kupuję cały ten festiwalowy motyw: miłość, przyjaźń, muzyka (czy w wersji angielskiej “love, peacemusic”, gdzie przyjaźń z jakiegoś powodu ewoluuje na pokój). Bo to naprawdę jest najpiękniejszy festiwal na świecie.


Wbrew pozorom, Woodstock wcale mnie jakoś szczególnie nie zszokował: poza obezwładniającą liczbą ludzi i unoszącym się pod główną sceną pyłem, od T in the Park różnił się chyba tylko tym, że trochę szybciej zaczynało tam śmierdzieć jak na wysypisku śmieci. Poza tym było równie zajebiście. A może nawet lepiej…?
O Woodstocku słyszy się dużo, nawet bardzo dużo. Dobrze jest więc sobie tę mimochodem nabytą wiedzę w którymś momencie samodzielnie zweryfikować. Ja to w tym roku (wreszcie) zrobiłam, i spieszę przedstawić wam owej (subiektywnej) weryfikacji efekty:

1) na Woodstock warto jechać dla samej atmosfery: nigdy wcześniej nie miałam okazji wymienić tyle uścisków, uśmiechów i przybić piątek z randomowymi, ale bezsprzecznie pozytywnie nastawionymi ludźmi. O miłych komentarzach i niezobowiązujących opowieściach w niekończących się kolejkach już nawet nie wspominając.

2) Woodstock to Brudstock: taka brudna chyba jeszcze nigdy nie wracałam (choć zakładam, że gdyby na T w zeszłym roku lunęło, to mogłabym twierdzić inaczej). Ale, po pierwsze, ten brud nikomu niczego szczególnie złego przez te cztery dni nie robi (ba, niektórzy wręcz twierdzą, jak na przykład Biffy Clyro, że czystszy jest od sterylnej czystości), a po drugie, to bez tego cholernego pyłu, nie byłoby tam tak pięknie: oświetlenie ze sceny, promienie zachodzącego słońca przebijające się przez las i światło bijące z księżycowej pełni nigdzie i w żadnej innej okoliczności nie mogłyby prezentować się lepiej. Aż żal, że nie miałam aparatu.

3) na Woodstocku spotkasz dosłownie każdego: od niemowlaka po uroczą parę po siedemdziesiątce, poprzez tysiące punków, metali, hipsterów, obcokrajowców, totalnych świrów, lasek w kwiecistych wiankach i zwiewnych sukienkach, feministek z piersiami na wierzchu, ludzi na wózkach, o kulach… no jednym słowem: kogokolwiek byś sobie nie wymyślił, jest niemalże pewne, że wpadłbyś na niego (lub jego/jej sobowtóra) na Woodstocku.

4) to festiwal bez ograniczeń: może ci się wydawać, że jesteś za gruby, za chudy, za stary, za młody, za głupi, za mądry, za bogaty, za biedny, zbyt dziwny, zbyt spokojny, czy niezbyt znów na punkcie muzyki nakręcony, żeby zostać Woodstokowiczem, ale to wszystko gówno prawda. Bo Woodstokowiczem zostać może każdy: nieważne czy jesteś tam po raz pierwszy czy trzynasty, przez te cztery dni z automatu stajesz się częścią jednej, wielkiej woodstockowej rodziny.

5) Woodstock wcale nie jest złem wcielonym: wbrew temu, co wydaje się większości rodzicom, Woodstock może być bezpiecznym miejscem i choć brzmi to jak oksymoron, naprawdę można się tam odpowiedzialnie bawić. Jasne, ludzkiej głupoty i bezmyślności nie brakuje, ale to bynajmniej nie jest domena samego Woodstocka, ale każdej masowej imprezy, na którą wstęp mają setki tysięcy ludzi. Owszem, jest dużo takich, co jadą się tam wyłącznie najebać, zjarać, naćpać i przygodnie z paroma osobami przespać, ale jest też dużo (a może nawet więcej) takich, którzy jadą się tam świetnie bawić i doświadczać tej nieziemskiej atmosfery bez nadmiernej ilości wspomagaczy. Dołączenie do odpowiedniej grupy w tym wielkim tłumie naprawdę nie jest jakimś wybitnie trudnym zadaniem. Wystarczą chęci.

6) Woodstock to muzyczne niebo: usłyszeć na jednej scenie najpierw Black Label Society (totalnie nie moje klimaty), później Shaggyiego (też nie moje, ale zabawa była przednia), a potem Flogging Molly (miłość od pierwszej piosenki!)? Tak można chyba tylko na Woodstocku. Wsiadając w Krakowie do pociągu w kierunku Kostrzyna, z nazwy znałam trzy zespoły, z doświadczenia cały jeden. Wracając do Krakowa z Kostrzyna, wiedziałam już, że wiozę ze sobą co najmniej dwa nowe (i to całkiem poważne) muzyczne zauroczenia i bagaż pełen świetnych, koncertowych wspomnień. I jeśli to nie jest dobra, muzyczna rekomendacja żeby na się na Woodstock wybrać, to naprawdę nie wiem co nią jest.


I co tu więcej gadać: wykreśliłam z mojej listy kolejne marzenie. Przekonałam się z czym się Woodstock je i przyznaję, że całkiem mi posmakowało. Co prawda pod namiotem kurewsko wręcz wymarzłam, ale, reasumując, to i tak było jedno z najlepszych doświadczeń w moim życiu. Tak więc, kto jeszcze nie był: polecam!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz