INF [16.7.2017]: w razie jakby kogoś martwiła moja nieobecność: wzięłam urlop od blogowania. Do września pojawią się tu (jeśli w ogóle) wyłącznie kadry i relacje z moich skromnych wojaży. Stay tuned.

18.09.2015

Bo ja jestem filozofem

[Możecie to potraktować jako część drugą mojego posta o Guru. I rozwinięcie wątku filozoficznego zapoczątkowanego tutaj.]

Gdy miałam 13 lat i dopiero zaczynałam swoją przygodę z szeroko pojętym pisarstwem, w przypływie twórczej euforii i rosnącej miłości do słowa pisanego, zapisałam sobie przerobioną złotą maksymę Kartezjusza: “piszę, więc jestem”. 12 lat później, walcząc z egzystencjalizmem (w ramach mojej pracy magisterskiej) i nie radząc sobie z opracowaniem filozofii Sartre’a w języku angielskim, sięgnęłam po polską książkę z 1993 roku, z której, już po 30 stronach, wyłoniła się moja bratnia dusza: człowiek, który wybrał pisarstwo jako sposób egzystencji. Dla którego twórczość literacka była autoanalizą, “procesem jednoczesnego rozpoznawania i tworzenia własnej tożsamości”. Człowiek który pisał, więc był.
I tak oto, mój niewinny zapisek sprzed lat, wrócił niespodziewanie na tapetę i, jak to zazwyczaj bywa, ruszył ogromną lawinę nowych przemyśleń.


Trudno stwierdzić, czy to moje wyznanie brzmi bardziej śmiesznie, czy raczej nieznośnie zuchwale, ale ta lektura naprawdę była dla mnie jak katharsis. Albo sławetne joyce’owskie „epiphany”. Przez lata nieustannie walczyłam bowiem z poczuciem, że te tysiące (może już nawet miliardy?) spisanych przeze mnie słów (=przemyśleń) pozbawione są jakiegokolwiek sensu; że to, co sobie wymyślam, wmawiam i powoli zaczynam sprzedawać innym, jest czymś z założenia nieakceptowalnym. Aż tu nagle wyskoczył mi z książki Sartre, który, choć w duchu trochę bardziej filozoficznym, robił dokładnie to samo co ja: tworzył siebie na papierze.
Czytając (pokrótce) Locke’a i Hume’a wydawało mi się, że z każdym z nich jest mi po drodze, nawet jeśli jeden podważał przekonania drugiego. Szybko nabrałam więc (słusznego) przekonania, że hoduję w sobie wewnętrznego filozofa, który każdą istniejącą myśl filozoficzną, w mniejszym lub większym stopniu, będzie próbował zasymilować. Koniec końców, taka zdaje się być jedyna słuszna droga do stworzenia swojej własnej, osobistej, życiowej filozofii. No i cóż, na dzień dzisiejszy wydaje mi się, że dalej już szukać nie muszę. Bratnia dusza ma bowiem to do siebie, że ochoczo kończy rozpoczęte zdania za ciebie. Lub w ogóle całą filozofię, jak w tym przypadku:
(…) dla Sarte’s wszelka twórczość – a więc zarówno literatura jak i filozofia – była manifestacją podmiotowości. Sens tej manifestacji to, po pierwsze, poszukiwanie własnej tożsamości i zdobywanie samowiedzy, po drugie – wyzwanie rzucane innym i walka przeciw wszystkim o uznanie własnej wolności. (…) Filozof – tak jak go pojmował Sartre i za jakiego sam siebie uważał – jest „myślowym anarchistą”, który cały czas zabiega o to, by nie poddać się władzy żadnej myśli, postawy czy wartości. Jedną z podstawowych zasad filozoficznego programu takiego „anarchisty” jest następująca dyrektywa: tworząc samego siebie i swój wizerunek zawsze myśleć i pisać przeciwko wszystkim. Ta ogólna zasada mieściła w sobie także postulat, by „systematycznie myśleć przeciwko sobie”. Idee utrwalane przez filozofa w jego dziełach nie są bowiem przez Sartre’a pojmowane jako raz na zawsze uznane i niepowątpiewalne prawdy; ten, kto przekształca „żywe idee” w wiecznie obowiązujące dogmaty, przestaje być filozofem i przeobraża się w indywiduum opanowane „duchem powagi”, skazane na „nieautentyczną egzystencję”. Zapisywane myśli należałoby raczej traktować jako hipotezy – jedynie zawsze mniej lub bardziej prawdopodobne – wypróbowywane w praktyce twórczej i komunikacji z czytelnikami, zawsze pozostające „w zawieszeniu”, gotowe do zakwestionowania.  
Cała jego (obszerna) filozofia wywarła na mnie piorunujące wrażenie między innymi dlatego, że po części próbuje odpowiedzieć na nurtujące mnie pytanie, które poniekąd było punktem wyjściowym do tematu mojej magisterki, a przy okazji stanowiło wystawę zorganizowaną kiedyś przez tarnowskie BWA: jak się staje kim się jest?
To, że na człowieka wpływa milion drobnostek, było dla mnie jasne od dawien dawna. Zastanawiało (i wciąż zastanawia) mnie jednak, co powoduje (czy też decyduje), że taki a nie inny drobiazg, taka a nie inna książka / serial / film czy osoba, są w stanie znacząco wpłynąć na nasze życie, tym samym je kształtując. Bardzo intrygowało mnie (i wciąż intryguje), dlaczego niektóre sytuacje (i to niekoniecznie „obiektywnie trudne”) pozostają dla nas traumą, z którą musimy się później zmagać całe życie, a inne jakby zupełnie nas nie ruszają.  Sarte twierdzi, że to „indywidualny sposób, w jaki jednostka przeżywa swą sytuację, decyduje o tym, czy w ogóle i jaki „wpływ” wywrzeć mogą na twórcę już istniejące dzieła”.
Sartre mocno wierzył w wolność jednostki i jej prawo do tworzenia samej siebie, twierdząc (w co sama wciąż naiwnie wierzę), że „człowiek zawsze może zrobić coś z tym, co zrobiono z niego, a wolność to „mały ruch, który z całkowicie uwarunkowanego bytu społecznego czyni osobę, której egzystencja nie sprowadza się do reprodukcji tego wszystkiego, co otrzymała od swych uwarunkowań”. I choć z biegiem czasu jego filozofia (czy niepoprawny idealizm, jak pewnie niejeden by to nazwał) ewoluowała, to jej podstawy pozostały takie same.  
W jego filozofii (która jest formą samowiedzy!) ogromną rolę pełnił pisarz. Sartre twierdził, że „współczesny pisarz – jeśli nie chce ulegać iluzjom i mistyfikacjom – musi pozbyć się naiwnego naturalnego nastawienia i uprawiać „pisarstwo krytyczne”, stawiając siebie pod znakiem zapytania. Pisarz „krytyczny” to taki twórca, który jest zarazem artystą, skierowanym ku światu i odsłaniającym jego tajemnice – oraz filozofem refleksyjnie zwróconym ku własnej podmiotowości”. Ta wskazana sprzeczność, która równocześnie stanowi równowagę, wydaje mi się być złotym środkiem na autentyczne, niekłamane pisanie. Nie takie, co się sprzedaje, ale takie, co płynie gdzieś ze środka.
Sartre doskonale zdawał sobie również sprawę z tego (i to już w latach 40stych), że „pisarstwo stało się przedsięwzięciem ryzykownym – grą, której wynik zależy od szczęścia i przypadku”, a każdy pisarz „raz czuje się dumny ze swego powołania, a już za chwilę wstydzi się tego, że pisze, gdy inni tyrają w pocie czoła lub giną na wojnach”.
A im więcej o nim czytam, tym większe odnoszę wrażenie, że na jakąkolwiek jego wypowiedź bym się nie natknęła, z miejsca się pod nią podpiszę. Gość nadawał na tych samych falach.

*większość tego tekstu stanowi jeden wielki cytat książki Hanny Puszko: „Sartre: filozofia jako psychoanaliza egzystencjonalna” (Uniwersytet Warszawki, Wydział Filozofii, Warszawa 1993).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz