INF [16.7.2017]: w razie jakby kogoś martwiła moja nieobecność: wzięłam urlop od blogowania. Do września pojawią się tu (jeśli w ogóle) wyłącznie kadry i relacje z moich skromnych wojaży. Stay tuned.

16.10.2015

Ekscytacja do zrzygania

Nie wiem na ile ekscytujące są wasze życia, ale jeśli nie wiecie co to znaczy “ekscytacja do zrzygania”, to prawdopodobnie nie zrozumiecie nic z tego, co przyszłam wam dziś powiedzieć.

[tak, na zdjęciu jestem ja]

O pasji posta napisałam. O aktywnych też. Więc dziś będzie o emocjach.
To, że nie jestem normalna, podkreślam praktycznie przy każdej okazji. To, że wszystko mnie zaskakująco łatwo frustruje i wkurwia, idzie wyczytać z każdego posta na Kopalni (a tutaj z co drugiego). Należę bowiem do osób, które wszystko przeżywają „na fula” i z zaskakującą łatwością (i szybkością) skaczą sobie z jednego ekstremu do drugiego. Dlatego, jeśli ponad wszystko cenisz sobie święty spokój i nie lubisz być targany/a przez mocno napompowane emocje, możesz od razu spisać nasze relacje na straty. Nie będziesz w stanie ze mną wytrzymać: gwałtowność mam zapisaną w kodzie genetycznym, a impulsywność pływa w mojej krwi.
No a skoro potrafię ekscytować się księżycem zza gałęzi przy Dworcu Głównym w Krakowie, to spróbujcie sobie wyobrazić mnie na koncercie ukochanego zespołu. Nie dziwne, że każdy kolejny odchorowuje przez kilka kolejnych dni, a pierwszy przypłaciłam totalnym odlotem. Ekscytacja potrafi zwalić mnie z nóg i to całkiem dosłownie. Potwierdzi to każdy (w szczególności Monia), kto widział mnie około drugiej w nocy na krawężniku pod Galerią Krakowską, po pamiętnym 21 sierpnia 2010, rozpaczającą nad zajebistością różowych spodni Matta. W ciemno przytaknąłby też pan ochroniarz z Łodzi, który 23 listopada 2012, na przeciągu trzech pierwszych piosenek, cztery razy pytał mnie, czy na pewno wszystko w porządku (tak bardzo wyłam). Przypadkowi towarzysze spod sceny na Orange 14 czerwca 2015 pewnie okrzyknęliby mnie największym szajbusem świata, bo zagłuszałam im odbiór piosenek nie tylko wywrzaskując wszystkie słowa, ale i gitarę (no bo, przepraszam was bardzo, ale jak można tego nie robić na Plug in Baby?!).
I choć to przeżywanie wszystkiego na fula bywa bardzo męczące i, rzecz jasna, ma swoje liczne słabe strony, to za nic w świecie nie chciałabym się go pozbyć. Bo to uwielbiam. Uwielbiam doświadczać pełną piersią, nawet jeśli potem przypłacam to jebutnym bólem głowy lub fanatycznym waleniem w klawiaturę do momentu w którym zaczynają mnie wkurwiać poranne ptaszki za oknem. Bez tego nie byłabym sobą. A ja lubię być sobą, bez względu na skutki uboczne i wszelkie słabe strony. Tak po prostu: lubię i już.
I teraz do pełni szczęścia potrzeba mi tylko drugiego takiego szajbusa.
Lub chociaż takiego, który ma na to przeżywanie wysoką tolerancję.
Znacie jakiegoś może…? ;)

1 komentarz:

  1. No tylko dobrze by było nie walić tą głową w kubek xD

    OdpowiedzUsuń