INF [16.7.2017]: w razie jakby kogoś martwiła moja nieobecność: wzięłam urlop od blogowania. Do września pojawią się tu (jeśli w ogóle) wyłącznie kadry i relacje z moich skromnych wojaży. Stay tuned.

23.10.2015

Filmowa szkoła jazdy

Była już tu lista filmów rozczarowującychulubionychobrzydliwie romantycznych i wartych poleceniaPrzyszedł więc i czas na takie, które wywołały we mnie duże emocje – na tyle duże, że mocno zaważyły na ocenie. Bo gdy film oferuje mocne odczucia – pozytywne czy negatywne – to zawsze znaczy, że jest lepszy niż dobry.

[źródło: tu]

Trochę zatrząsnął moim światopoglądem. I to jeden z nielicznych przypadków, w których polski tytuł wydaje mi się bardziej trafny niż ten oryginalny, bo brzmi:Odmienne Stany Moralności. Moją moralnością zatrząsnął do tego stopnia, że aż się z niej posypało. Gossling generalnie zdaje się mnie bardziej przekonywać w rolach wyobcowanych dziwaków, aniżeli tych seksownych, żądnych krwi przystojniaków (Lars and the Real Girl zdaje się być odpowiednim potwierdzeniem tej tezy).  

Od tego tytułu zaczęła się moja (wciąż nieskończona) przygoda z Almodovarem. Film zachwycił i poruszył mnie do tego stopnia, że na przeciągu tygodnia obaliłam 8 innych jego tytułów. I żaden nie był tak dobry jak ten pierwszy – dorównała mu dopiero Skóra w której żyję, parę lat później. Lubię jak film testuje moją wyobraźnię, poszerza granice i odsłania nowe horyzonty, a przy tym jeszcze wciąga i ani przez chwilę nie nudzi. A ten film, szczególnie w tamtym momencie mojego życia, właśnie to mi zafundował.

Nie ukrywajmy: uwielbiam filmy psychologiczne, więc i te o psychopatach przemawiają do mnie głosem, któremu ciężko mi się oprzeć (Gone Girl, do której wrócę przy okazji rocznych podsumowań, to potwierdza). Skórę w której żyję uznałam za mistrzostwo, które przywróciło moją wiarę w warsztat Almodovara. Może i robi te swoje filmy na jedno kopyto, ale skoro potrafił mnie prawdziwie zachwycić (i równocześnie przerazić) dwukrotnie, to niewykluczone (a nawet całkiem prawdopodobne), że w przyszłości jeszcze mu się to nie raz uda.  

Z kina wyszłam zszokowana i kompletnie rozdarta. Wydawało mi się (i wciąż mi się wydaje), że równocześnie doskonale rozumiałam i kompletnie nie pojmowałam działania i zachowania głównej bohaterki. Empatia mieszała mi się z pogardą i jeszcze przez dobrych kilka dni po seansie nie bardzo mogłam pozbyć się tej historii z głowy. I do dziś nie jestem w stanie jej jednoznacznie osądzić. O ile sądzenie w ogóle jest tutaj możliwe. I to, samo w sobie, powinno stanowić wystarczającą zachętę by po ten film sięgnąć (jest też książka, ale nie czytałam, więc nie wiem czy warto; film był świetny).

Minęły już całe lata odkąd widziałam go po raz pierwszy, i choć nasłuchałam się już bardzo różnych opinii na jego temat, to wciąż uważam, że to jeden z najlepszych i najbardziej autentycznych polskich filmów ostatnich lat. I to nie dlatego, że w dość innowacyjny, a przy tym i autentyczny sposób oddał rzeczywistość świata nastolatków i wszystkich pułapek jakie na nich czyhają w otchłaniach Internetów. Nie, tu najbardziej uderzył mnie obraz rodziców i ich nieudolnych prób radzenia sobie z problemem. Bo widuję takich nieporadnych rodziców (którzy rodzicami chyba w ogóle być nie powinni) na co dzień. I to mnie przeraża.  

O tym filmie był oddzielny post, dlatego teraz będzie krótko: według mnie to najautentyczniejszy fabularny zapis traumy powypadkowej w historii kina (jak ktoś uważa, że zna lepszy, to chętnie przygarnę tytuł i to sprawdzę), a przy okazji przepiękna historia o miłości. Ten film dotknął, przeraził i rozczulił mnie jak mało który: na scenie końcowej ryczałam jak bóbr. I przez niego do dziś wielbię ten kawałek.

Wspominałam o tym filmie w liście polecanych na koniec zeszłego roku, ale nie mogłoby go tutaj zabraknąć, bo niewiele jest tytułów (a już na pewno nie było ich wiele w 2014), które dotknęły mnie tak bardzo jak ten. Bo patologia w rodzinie to największa (i paradoksalnie wszystkim najbliższa) patologia.

Tym filmem się zwyczajnie przejęłam. Może to wina specyficznego momentu, w którym go oglądałam, a może to już taka historia. Przywiódł mi na myśl Życie za życie i drugi ważny tytuł, którego teraz za nic w świecie nie mogę sobie (niestety) przypomnieć: kolejna historia o niesprawiedliwości, bijąca po oczach bezsilnością, która wciska cię w fotel od którejś tam minuty i trzyma nawet do dobrych kilku godzin po seansie. Bardzo dobry dramat, polecam.

Macie jakieś własne tytuły, które szczególnie wbiły w was w fotel?

2 komentarze:

  1. "Never let me go", ale to dlatego, że nie czytałam wcześniej książki i nie miałam pojęcia czego mam się spodziewać. I "Fight club" - jejku, jak ja uwielbiam ten film!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Never Let Me Go" zdecydowanie polecam w postaci książki, nawet jak już się film oglądało (choć to oczywiście trochę psuje odbiór) - Kazuo Ishiguro jest moim literackim Guru aktualnie ;)
      Do "FIght Clubu" muszę chyba wrócić, bo jak oglądałam pierwszy raz to jakoś w ogóle mnie nie porwało, choć motyw dobry ;)

      Usuń