INF [16.7.2017]: w razie jakby kogoś martwiła moja nieobecność: wzięłam urlop od blogowania. Do września pojawią się tu (jeśli w ogóle) wyłącznie kadry i relacje z moich skromnych wojaży. Stay tuned.

25.12.2015

Podsumuj zanim postanowisz

O tym, że warto mądrze i dobrze pamiętać, już tutaj pisałam. Dziś ten temat trochę rozwijam, usiłując wam uświadomić, że podsumowania ważniejsze są od postanowień. Bo wierzę, że naprawdę są. I jeśli waszym największym noworocznym marzeniem jest wreszcie skonstruować postanowienie możliwe do zrealizowania, to najwyższy czas stworzyć je na solidnej bazie dogłębnych acz rozsądnych podsumowań tego, co już było.


Spójrz wstecz
Zakładam, że jeśli właśnie mijają ostatnie dni najbardziej chujowego roku w twoim życiu, to patrzenie wstecz jest ostatnią rzeczą, na jaką masz w tej chwili ochotę. Z pewnością o wiele rozsądniejsze i łatwiejsze od grzebania w piekących jeszcze ranach wydaje ci się kurczowe uczepienie się tego, co będzie. Tyle tylko że, jak to Placki mądrze śpiewają, przeszłość ma w zwyczaju doganiać i to bez względu na to, jak szybko przed nią spierdalasz. Długo może Ci się wydawać, że w twoim przypadku jest inaczej i ucieczka zakończona została powodzeniem, ale to tylko złudzenie. Przeszłość pozostawiona samej sobie wraca. Czasem później niż wcześniej i nierzadko w bardzo różnej formie, ale wraca zawsze.
Dlatego nie gnaj w przyszłość, gdy jeszcze cię męczy zadyszka z przeszłości. Daj sobie czas. Bo im więcej wspaniałych i rewolucyjnych postanowień wymyślisz, tym większe prawdopodobieństwo, że jeszcze na długo przed półmetkiem nowego roku będziesz cierpiał/a na depresję z powodu ich spektakularnego niedotrzymania. Bo postanowienia trzeba robić z głową. I to głową nie kierowaną społeczną presją czy wizjami świetlanej przyszłości, ale wnioskami płynącymi właśnie z tego, co już było. I bolało. A może nawet boli dalej.

Zlokalizuj problem
Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić, ale z odpowiednim natężeniem sił, da się: zlokalizować, nazwać i zacząć stawiać temu czoła. I to bez żadnej pomocy zewnętrznej (bo ta to akurat tylko zdrowo namieszać potrafi): koniec końców to twoje życie i nikt go za ciebie ani nie uporządkuje, ani nie przeżyje. Tak samo jak to twój problem i nikt go za ciebie nie rozwiąże, nie mówiąc już o tym, że nikt inny go nie zlokalizuje tak skutecznie jak ty sam/a. Może się innym wydawać, że znają cię lepiej, ale nikt nie ma i nigdy nie będzie miał prawa znać cię lepiej niż ty sam. Musisz tylko zacząć siebie słuchać. Nie mamy, nie taty, nie terapeuty, siostry, brata czy przyjaciółki. Siebie. W oderwaniu od całej reszty.
Mnie od lat w słuchaniu – i tym samym podsumowywaniu – pomaga pamiętnik. I choć robi to ze mnie bardzo specyficznie działającego człowieka, potrafi też zdziałać małe cuda, które na dłuższą metę naprawdę bardzo mi życie ułatwiają. Rzecz jasna, przedstawiane tu efekty, to wypadkowa dziesięcioletniej pracy i tego nigdy nie przestanę podkreślać: ta moja papierowa szczerość z samą sobą nie wzięła się z powietrza. I choć łatwo nie było, to warto się trochę ze sobą samym pomęczyć. Wierzcie na słowo.

Zaakceptuj
Jak już zlokalizowałeś, to teraz przemyśl, przeanalizuj i co się da: zmień, czego się nie da: zaakceptuj. Nie, nie ma tutaj żadnej innej opcji. A jak masz wybitny problem z określeniem, co istotnie da się zmienić, a co nie (bo – jasna sprawa – ty chciałbyś/abyś zmienić absolutnie wszystko), zasięgnij porady kogoś, kto trochę solidniej stąpa po tym padole. Ba, jak trzeba, to zorganizuj debatę dla nastu takich ktosiów. Zrób sobie tabelkę w Wordzie, wypisz plusy i minusy, podlicz w Excelu, puść ankietę przez Internet, cokolwiek!
Ja, jako nieuleczalna idealistka z wygórowanymi wymaganiami, doskonale zdaję sobie sprawę jak trudno jest się z tym pogodzić: że nie wszystko od razu (a często nawet w ogóle) da się zmienić. Ale wierzcie na słowo: odkąd zaczęłam się tego (bardzo powoli i nie bez wysiłku) uczyć, jest mi lżej na sercu. Bo czasem naprawdę trzeba sobie odpuścić.

Jedno postanowienie
Spieszę dowieść na własnym przykładzie, że w kwestii noworocznych postanowień, polityka „mniej to więcej” sprawdza się idealnie. System polega na tym, że zamiast tworzyć jakieś długie listy i podlisty, tworzysz jedno główne postanowienie – w najlepszym wypadku stanowiące potencjalne rozwiązanie dla twojego wcześniej w podsumowaniach zlokalizowanego problemu – którego zobowiązujesz się trzymać za wszelką cenę przez kolejne 365 dni. I to pod to główne postanowienie podporządkowujesz szereg mniejszych, z których niewykonaniem szczerze się liczysz. Bo trzeba mieć priorytety. I nie wszystko od razu.

Dziś, po 359 dniach z jednym założeniem na tapecie, z radością informuję, że to naprawdę działa!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz