INF [20.11.17]: ręka, co prawda z ograniczeniami, ale już działa, więc szykuję mały foto-spam.

04.12.2015

Zdradliwe cele

Wiecie, generalnie to nie wydaje mi się, żebym miała jakieś specjalnie prawo narzekać. Jak już zdążyłam kiedyś zauważyć, jestem szczęściarą: niczego (z podstawowego pakietu potrzebnego do komfortowego życia) mi nie brakuje, mogę sama o sobie decydować i wytyczać sobie kolejne cele. Jest dobrze, naprawdę dobrze.
Tylko czasem, tak jak Clementine w moim ulubionym filmie, dostaję niewytłumaczalnego ataku paniki, który bez uprzedzenia paraliżuje mnie na dobrych kilka sekund: bo co jeśli nie wykorzystuję danego mi czasu i szans w pełni? Co jeśli się marnuję?


Uwielbiam planować. Uwielbiam wyznaczać sobie cele i odliczać dni do kolejnych wyjazdów. Mówiąc szczerze, od kilku lat jestem od tego poważnie uzależniona (wina Muse, ma się rozumieć): okres bez zakupionego z wyprzedzeniem biletu jest dla mnie okresem wybitnie wręcz stresującym. Bo jakoś tak… jak mam ten cel, to łatwiej jest mi przebrnąć przez wszystko inne. Perspektywa nieziemskich doświadczeń pomaga przejść przez najgorsze.
Tylko potem tak sobie myślę: kurczę, a co jeśli te cele, to całe planowanie, wymyślanie i wytyczanie sobie drogi jest jedną wielką próbą zatuszowania mojej szaroburej codzienności? Co, jeśli skupiając się na tym co ma przyjść, nie potrafię cieszyć się tym, co tu i teraz?
Bo czy to tak przypadkiem nie działa? Że skupiamy się na odległych celach w takim stopniu, że zapominamy o teraźniejszości? Że to zawzięte dążenie do wyśnionego celu zawsze odbywa się kosztem naszego „tu i teraz”? I czy w ogóle da się inaczej? Czy da się planować w przód, nie zapominając o wszystkim, co właśnie bezpowrotnie mija?
Może to błąd mojego podejścia. Może powinnam zrezygnować z długodystansowych planów i skupić się na rzeczach bliższych? Ale czy to coś zmieni? Krótka, czy daleka, przyszłość to wciąż nie teraźniejszość, a jak wykazują proste obserwacje: średnio nam idzie skupianie się na obu równocześnie. Więc co robić? Rezygnować z celów? Ale co wtedy będzie moją siłą napędową?
A może to kwestia pojęć. Bo dlaczego te trzy czasowe płaszczyzny zawsze pokazujemy w opozycji? I czym tak naprawdę jest teraźniejszość? Ile trwa? Ułamek sekundy? Czy ona w ogóle istnieje? Może teraźniejszość tak szybko zmienia się w przeszłość, że w ogóle nie warto się nią przejmować? Ha, nawet jeśli, to przecież przeszłość jest zbyt istotna w budowaniu tożsamości (i samoświadomości) by dać teraźniejszości ją spieprzyć. Tak więc, nie, nie można teraźniejszości negować czy ignorować. Trzeba o nią mądrze dbać, tak samo jak o przeszłość.
No więc co?
Przydałaby się tutaj, jak wszędzie, złota równowaga (bo nie środek): patrz na cel, nie spuszczając z oczu tego co tu i teraz. Bo jedno można powiedzieć na pewno: cele, mimo swojego niezaprzeczalnie pozytywnego wpływu, bardzo lubią nas zdradzać i przysłaniać sobą wszystko inne. A to „wszystko inne” z kolei, bardzo lubi stawać się naszą gorzką przeszłością, która – czy tego chcemy czy nie – potrafi dużo namieszać w naszej tożsamości. A z tego to już się lubią robić problemy większego kalibru.  
Jasne, łatwiej to powiedzieć (jeszcze łatwiej napisać), niż zrobić. 
Ale próbować chyba warto?


1 komentarz:

  1. Pewnie, że warto!
    Bo generalnie tak jak mówisz, jeśli osiągniesz to, to będzie idealnie, a miło by było jakby było idealnie :P

    OdpowiedzUsuń