INF [17.4.2017]: z poślizgiem ale jest: fotorelacja z Glasgow. Szykują się kolejne. Stay tuned!

28.08.2015

A little bit of luck in my bad luck

W mojej rodzinie utarło się twierdzenie, że nasze nazwisko, w zawiłym języku losu, oznacza pecha. Szczęśliwie jednak pecha raczej niegroźnego, bo zawsze z drobną dozą szczęścia.
Wielu jest znajomych, którzy twierdzą, że przesadzam i takim gadaniem tylko niepotrzebnie na siebie ów pech sprowadzam. Cóż, mam im do zakomunikowania jedno: pogadajcie sobie z moją rodziną, wysłuchajcie litanii niekończących się anegdot, a potem spróbujcie przeżyć ze mną tak gdzieś z rok, a przyznacie nam rację. Bo trzeba się Pecka nazywać.


21.08.2015

A Million Little Pieces

Dziś opowiadam o moim kryzysie egzystencjonalno-osobowościowym, dokładnie takim, z jakim Placki w 2009 walczyły o słońce, a który po raz pierwszy zapukał do moich mentalnych drzwi pod koniec 2013. Wiecie, nie chciałam żeby skurwiel wracał, ale wrócił. I to nie dość, że na wakacje, to jeszcze na tydzień przed Muse.
Tym, że kryzys był i namieszał, nie ma się co chwalić. Tym że wrócił tym bardziej. Ale tym, co z niego wyniosłam (i wciąż wynoszę), już prędzej.


14.08.2015

2015: Woodstock

Rok temu, opisując naszą (moją i Wojciecha) wizytę w Balado, napisałam, że za rok biorę namiot i jadę na Woodstock, żeby wreszcie w pełni doświadczyć festiwalowego szaleństwa. I choć nie bardzo miałam z kim ten namiot dzielić, ostatecznie i tak go od rodziny pożyczyłam, napisałam do kuzyna, podpięłam się do jego ekipy, spakowałam plecak i pojechałam.
I, kurwa, nie żałuję.
Bo ja bez mrugnięcia okiem, z miejsca kupuję cały ten festiwalowy motyw: miłość, przyjaźń, muzyka (czy w wersji angielskiej “love, peacemusic”, gdzie przyjaźń z jakiegoś powodu ewoluuje na pokój). Bo to naprawdę jest najpiękniejszy festiwal na świecie.


07.08.2015

Bo czasem bywa źle. Bardzo źle.

Przed lekturą polecam zajrzeć TUTAJ – stary artykuł, ale bezpośrednio popchnął mnie do napisania tekstu poniżej. Który niejako łączy się z wypaczoną rozpaczą.

Co byście powiedzieli, gdybym wam oświadczyła, że należę do grona osób, które nie radzą sobie z życiem? Do tych, które raz zderzywszy się z rzeczywistością, nie mają siły już więcej próbować? Które nie radzą sobie z porażkami do tego stopnia, że spędzają całe noce na spazmatycznym szlochaniu w poduszkę, a potem jeszcze przez bity tydzień nie mają ni to siły ni chęci wychylić nosa z domu, bo nawet ubranie się i wymycie zębów zdaje się ich przerastać? Które na każdą życzliwą radę zmartwionych znajomych znajdą dziesięć konkretnych i poważnych powodów dla których nie mogą się do niej zastosować? Bo przecież na wszystko można opowiedzieć negatywnie. Szczególnie, gdy jest źle. I to źle nie gdzieś tam na zewnątrz, ale właśnie tutaj, w głowie. Bo to zewnętrzne „źle” przychodzi nam zagłuszyć o wiele łatwiej niż to wewnętrze. Czyż nie…?