INF [16.7.2017]: w razie jakby kogoś martwiła moja nieobecność: wzięłam urlop od blogowania. Do września pojawią się tu (jeśli w ogóle) wyłącznie kadry i relacje z moich skromnych wojaży. Stay tuned.

31.12.2016

2016: kadry grudniowe

O ile listopad był miesiącem pełnym wyzwań, tak grudzień był miesiącem przepełnionym samymi przyjemnościami. Pogoda dopisywała (jakiś stosunkowo suchy ten Londyn tej zimy), a świąteczna atmosfera zachęcała do eksplorowania.

30.12.2016

Nie chcę utknąć na dnie

Pisałam już w tym roku o strachu i działaniu razem z nim (raczej niż wbrew niemu), oraz o moich – niby bezpodstawnych – obawach politycznych. Dziś przyszedł czas na obawy mentalne: mocno z głową, życiem i częstymi potknięciami związane. Nie wiem skąd się to wzięło: może zima i ta wszędobylska ponurakość na zewnątrz się ludziom jakimś sposobem do wnętrza wdarła, bo ostatnimi czasy, gdzie nie popatrzę (czy poczytam), tam jakieś nieszczęście. I, wbrew pozorom, wcale nie mówię o tych wszystkich politycznych kłótniach, uchodźcach i tragicznych śmierciach, ale o wewnętrznych dramatach poszczególnych, mniej lub bardziej bliskich mi jednostek, których nierzadko tłumiona rozpacz, smutek i zrezygnowanie przebijają się na powierzchnię i… mnie przerażają. A że wzroku od tego cierpienia tak po prostu odwrócić nie potrafię, to też od jakiegoś czasu tkwię w tym przerażeniu.  

24.12.2016

2016: Bristol & Cardiff

Początkiem grudnia odwiedził mnie w Londynie brat – mój długi weekend rozpoczęliśmy jednym z najlepszych koncertów w moim życiu (o tym w kadrach grudniowych), a dzień później wsiedliśmy w autobus, żeby dotrzeć do Bristolu, gdzie urzęduje aktualnie Norbert.
To był bardzo udany weekend.

17.12.2016

Ze szczytu łatwiej w przepaść

To, że nie jestem łatwym człowiekiem, wie każdy, kto kiedykolwiek podjął się próby zaprzyjaźnienia ze mną. A już najlepiej wiedzą o tym moi rodzice i brat, którzy mieli (nie)szczęście mieszkać ze mną pod jednym dachem przez długie lata. Jako człowiek impulsywny, gwałtowny, a przy tym nadwrażliwie emocjonalny, mam tendencję do przeskakiwania z jednej emocji do drugiej z prędkością światła: z histerycznego szlochu do zapierającego dech w piersiach, szaleńczego śmiechu i z powrotem, po drodze najpewniej zahaczając o mój ulubiony wkurw. Nikt nigdy nie nazwał mnie osobą spokojną – na pierwszy rzut oka czasem sprawiam wrażenie grzecznej i ułożonej (głównie przez okulary), ale to tylko pozory, które stosunkowo szybko obalam. Fakt faktem, moja ekspresywność często zaprzecza mojej mocno rozwiniętej introwertyczności, i odwrotnie, co jest źródłem niekończącego się chaosu – nie tylko w mojej głowie i życiu, ale również w życiu każdego, kto w jakimś tam stopniu pozwolił mi stanowić jego część.

12.12.2016

Ciężkie jest życie blondynki (IV)

Część pierwsza TU, druga TU, trzecia TUTAJ.



Bo:

Po pierwsze:
Na dwa „ostatnie” tygodnie w Krakowie przeprowadziłam się do mieszkania znajomych w ścisłym centrum, razem z koleżanką z pracy, Natalią – obie mamy blond włosy, więc guess what? Zgubiłyśmy telefon. To znaczy Natalia zgubiła, gdy, zagadane, prawie przejechałyśmy nasz przystanek. Zorientowała się w Rossmannie. A mi w międzyczasie (oczywiście) telefon umarł na śmierć, więc zdane byłyśmy na pomoc osób trzecich – zrobiłyśmy z siebie blondynki stulecia przed panem w akcesoriach do telefonów. Pomógł – telefon namierzyłyśmy na Hucie. Po powrocie do domu udało nam się nawiązać kontakt z osobą która telefon znalazła. Ponieważ czas naglił, Natalia już wychodziła z siebie (bo w ajfonie całe jej życie), a mojego telefonu w dziesięć minut naładować się nie dało, to do taksówki wsiadłyśmy z laptopem w plecaku. Wysadzono nas na jakimś kompletnym, nieznanym zadupiu między nowymi blokami, ale szczęśliwie po pięciu minutach czekania, dzwonienia i smsowania, pan wyszedł z klatki i oddał nam telefon, nawet nie chcąc niż w zamian. Bo widzicie, są jeszcze porządni ludzie na tym świecie.  

02.12.2016

Koniec wymówek

Od miesiąca mieszkam na ulicy o wdzięcznej nazwie Chapter Road. Wprowadzając się do tego maciupeńkiego pokoiku w północno zachodnim Londynie początkiem listopada, obiecałam sobie, że ta nazwa będzie moim zobowiązaniem. Że wreszcie, po godzinach, skupię się na pisaniu. I to pisaniu fikcji. Niestety, dni rozciągały się w tygodnie, a ja nie napisałam ani jednego fikcyjnego zdania. Codziennie przed snem powtarzałam sobie tylko „może jutro”. A przecież krąży gdzieś po Internetach taka piękna, czarna, minimalistyczna tapeta z białym napisem „sometimes later becomes never”. Znowu odkładam na później. Na nigdy…?

30.11.2016

2016: kadry listopadowe

Listopad (zgodnie z planem) był przełomowy – na jakiś czas przeprowadziłam się do innego miasta. Kraju nawet. A wszystko zgodnie z obietnicą, którą złożyłam sobie w maju: że jak już do stolicy Anglii wrócę po raz czwarty, to na pewno na dłużej. No i jestem. Po prawie czterech tygodniach na obczyźnie.
 
Zakochana jeszcze bardziej. Tak, mam dla was skandalicznie dużo kadrów. Ale bardziej zminimalizować ich liczby już nie potrafię. Miłość nie zna granic.

25.11.2016

Wszystko albo nic

Kayah, w wywiadzie dla Łukasza, powiedziała jedno ważne zdanie, pod którym chętnie się podpisuję: wolę nic niż nic. Bo tej nicości odmiany są różne. I choć dla niejednego stanowi to niewytłumaczalną zagadkę, wiem, że są i tacy, którzy w mig załapią, o czym mówię. Mówiąc prostszym językiem: wybieram nic zamiast „czegoś”. Bo albo wszystko, albo nic. 
Ze swojego skromnego doświadczenia wiem bowiem, że (póki co) nic nauczyło mnie o wiele więcej niż „coś”. I między innymi dlatego, w pełni świadomie, „coś” sobie odpuszczam i obstaję przy szeroko pojętym niczym (co, oczywiście, znowu zajeżdża filozofią Sartre'a).  

18.11.2016

No i co teraz?

Przyznaję szczerze: przez ostatnie tygodnie byłam tak bardzo pochłonięta własnymi dramatami związanymi z rozpoczynaniem „życia” w nowym miejscu, że kompletnie nie interesowało mnie to, co dzieje się na globalną skalę. Ale gdy emocje zaczęły opadać, a w metrze wreszcie mogłam się skupić na czymś innym niż własnym stresie, sięgnęłam po Evening Standard. Akurat świeżo po wyborach w U.S. Obok krótkiej relacji o tym jak Trump może zaszkodzić kobietom, krzyczał na mnie nagłówek o Brexit’cie. A gdy wróciłam do domu, na fejsie czekał na mnie artykuł zatytułowany “history tells us what may happen next with Brexit & Trump”. I bynajmniej nie była to optymistyczna prognoza.
Nie żebym dobierała sobie do głowy, ale… zaczynam się bać.

11.11.2016

Warto w Krakowie: iść zjeść cz. II

Mój ostatni tydzień w Krakowie był przepełniony wizytami w knajpach i kawiarenkach (a wciąż nie było mnie wszędzie tam, gdzie zawitać bym jeszcze chciała…). I to w knajpach tak dobrych, że musiałam o nich napisać kolejną (acz ostatnią) część Warto w Krakowie (poprzednia o jedzeniu do wglądu TUTAJ). Tym razem nie są to propozycje stricte na studencką kieszeń (koniec końców studentem już nie jestem), ale… o jejciu! O ile macie podobne kubki smakowe do moich, to nie pożałujecie złotówek. 

04.11.2016

Blessing in disguise

Wszyscy wiemy co to strach, prawda? Bać się – ludzka rzecz. Ja boję się bardzo i to częściej niż mogłoby się wam wydawać. Bałam się, gdy szłam do nowej klasy (za każdym razem). Bałam się, gdy zdawałam maturę. Bałam się, gdy, po raz pierwszy sama, jechałam do Londynu. Bałam się swojej pierwszej rozmowy kwalifikacyjnej (i w sumie słusznie). Bałam się, mojej pierwszej rozmowy po angielsku przez skype. A potem przez telefon. Bałam się, gdy musiałam zakończyć dwie ważne w moim życiu relacje. Bałam się, że nie znajdę pracy. I dziś wciąż się boję. Że od tego deszczu, pędu i samotności dostanę albo kompletnego pierdolca albo ciężkiej depresji. Boję się rozczarowania: ludźmi, miejscem, sobą. Boję się stagnacji. Boję się, że nikt nigdy… a co ja wam będę owijać w bawełnę: ciągle, bez przerwy się boję!
Ale pomimo tego strachu kupiłam bilet, spakowałam plecak i wsiadłam w samolot.

31.10.2016

2016: kadry październikowe

Chciałam napisać, że piździernik w tym roku był okrutnie wręcz chujowy, ale na szczęście szybko do mnie dotarło, że nie byłoby to specjalnie fair. Bo wydarzyły się też przecież fajne rzeczy, a co ważniejsze: udowodniłam sobie, że po pierwsze dam radę, a po drugie jest koło mnie garstka odpowiednich ludzi, na których zawsze mogę liczyć.
Napiszę więc tak: w październiku działo się dużo, i złego, i dobrego.  

30.10.2016

2016: Gdańsk

Nie widziałam polskiego morza od prawie dziesięciu lat, więc planując wyjazd do Warszawy (na koncert Biffy Clyro), automatycznie pomyślałam sobie o Gdańsku – po obronie, przed wyjazdem, a jeszcze ze studenckimi zniżkami: trudno przecież o lepszy moment. Przez ponad dwa miesiące chodziły mi po głowie bardzo różne pomysły na ten wyjazd. W ostateczności mój trzydniowy pobyt nad morzem był… terapią. W samotności.

28.10.2016

Fake it until you make it

Jest chujowo, ale stabilnie. Kolega w pracy pyta jak tam u mnie.
Shitty’ mówię zgodnie z prawdą, bo jego akurat kłamać już mi się nie chce.
Your smile doesn’t say so’ stwierdza przekornie.
Cause I’m very good at pretending’ odpowiadam, szczerząc się jeszcze bardziej.
You know what they sayfake it until you make it.’ *
Kiwam głową. Co prawda to prawda.
Dwa dni później koleżanka na wieść o moich najbliższych planach pisze mi, że „kurde Ana, ale super energia przez ciebie przemawia”, na co uśmiecham się do siebie ironicznie. Widać może i tej energii w sobie nie czuję, ale robota odwala się za mnie sama. Bo może i nie mam na nic ochoty, ale przecież i tak robię dokładnie to, co sobie założyłam – z mniejszym zapałem i radością, ale, kurwa, jednak robię. Bo niby czemu miałabym stanąć w miejscu razem z tymi chujowymi emocjami? Nie muszę z nimi na siłę walczyć (bo to zazwyczaj i tak odnosi odwrotny skutek), ale nie muszę się też im bezmyślnie (i kompletnie) poddawać. To, że coś tam w środku boli, piecze i wieczorem spać nie daje, nie musi mnie definiować. A przecież nikt też nie musi wiedzieć, że ten uśmiech, to część nałożonej maski. Nikt poza mną. 
No i… jakoś to będzie.

21.10.2016

Smarzowskiego traumy

Wojciech Smarzowski (którego całe życie będę kojarzyć jako tego siwego okularnika w spranej zielonej kamizelce i kaszkiecie z Kina Marzenie w Tarnowie) nakręcił 7 filmów pełnometrażowych. Po raz pierwszy z jego twórczością zapoznałam się w kinie, gdy w lutym 2012 razem z koleżanką oglądnęłyśmy Różę. Pamiętam, że przed seansem zastanawiałyśmy się, co takiego nas w nim czeka, że film jest od 18 lat… jak wychodziłyśmy z kina, z szoku nie potrafiłyśmy wymówić ani jednego słowa. Nigdy jeszcze (a przynajmniej od czasów przedpremierowego seansu Katynia, na którym kino pełne było rodzin ofiar – ciężkości tamtej ciszy nic już chyba nie pobije) tak bardzo nie przeżyłam napisów końcowych. W nocy nie mogłam zasnąć, a film przeżywałam ze trzy dni. I już pewnie nigdy więcej go nie oglądnę (choć jest jednym z lepszych polskich). Bo do traumy (nawet tej przepracowanej) wraca się niechętnie. A najlepiej w ogóle. Wiedziałam, że z Wołyniem będzie tak samo. I jest.

[źródło: film.onet]

14.10.2016

Chora na pisanie

Jest niby lepiej: wróciłam do regularnego zapisywania elektronicznych stronic czarnymi symbolami. Znowu z siebie wyrzucam, wentyluję, przeżywam; jak dawniej, jak zawsze, co za ulga, wszystko znowu w porządku. Tylko że jednak zupełnie inaczej.
Bo to pisanie to taka dziwna choroba jest…

07.10.2016

Nie wierzę w obiektywizm

Byłam kiedyś w relacji, w której zarzucono mi (choć dziś powiedziałabym już bardziej: uświadomiono mi), że myślę i odbieram świat zbyt subiektywnie. Nie, nie egocentrycznie czy egoistycznie, ale właśnie zbyt subiektywnie. Rzekomo nie potrafię zdobyć się na obiektywizm. A co zabawne, prawie w tym samym czasie od innej osoby usłyszałam, że myślę i odbieram wszystko zbyt uniwersalnie… uniwersalny subiektywizm? Zaleciało oksymoronem?
Ha, no i właśnie tu jest pies pogrzebany.
Jak to ja, chwilę nad postawionym mi zarzutem musiałam się zastanowić, zanim – zamiast kłócić się, że przecież gówno prawda, bo potrafię myśleć obiektywnie – stanowczo pokiwałam głową. No nie umiem się na niego zdobyć, bo i zdobywać się wcale nie chcę.

30.09.2016

2016: kadry wrześniowe

Po nijakim czerwcu, marnawym lipcu i pełnym stagnacji sierpniu przyszedł czas na pełen dobroci wrzesień, z którego to początkiem okazało się, że najlepszym lekarstwem na niemoc fotograficzną jest zakupienie nowego obiektywu. I tak jak z poprzednich trzech miesięcy nie miałam jak uzbierać kadrów, tak we wrześniowych tonę.
Obiektyw okazał się wprawdzie niewiele lżejszy od mojego starego Canona i pożarł resztki moich oszczędności, ale pierwsze testy szybko mi to wynagrodziły.

29.09.2016

2016: Budapeszt

To był wyjazd towarzyski. Były wschody i zachody słońca, dobre i niedobre żarcie, wybuchy dwa bloki dalej, wino, wino i jeszcze raz wino, a przede wszystkim kupa śmiechu i masa pozytywnej energii z trzema oszołomami: Kubą, Monią i Sebą. Budapeszt może mieć chujową obsługę klienta i płatne toalety, ale w odpowiednim towarzystwie jest zajebisty.
A  nie dość że towarzystwo doborowe, to jeszcze pogoda nam się udała!

16.09.2016

Gorzej być może... i jest

Nienawidzę powiedzenia, że “gorzej już być nie może”, bo to jakby rzucić losowi wyzwanie. A los (przynajmniej w mojej sprawie) zazwyczaj ochoczo je podejmuje. Więc się tego oduczyłam. Bo gorzej może być zawsze. I zazwyczaj jest. Również z moim pisaniem. Ha, dawno nie było tutaj posta stricte o pisaniu, co nie? No to proszę, gotujcie się na marudy młodej Werterki i wielkie metafory życia zaklętego w 26 literach.

09.09.2016

Kubek herbaty

Była piąta rano. Nie mogła spać już trzecią noc. Za dużo się wokół niej działo, za dużo od niej wymagano. Wstała, włożyła szlafrok, nastawiła wodę na herbatę. Tak intensywnie wpatrywała się w powoli jaśniejące za oknem niebo, że nawet nie zauważyła, gdy woda się zagotowała. Zalewała herbatę w zmyśleniu, zastanawiając się, jakiej dzisiaj wymówki użyje, żeby się z nimi nie spotykać. Widok ich zmartwionych twarzy bolał ją najbardziej. Wolała pustkę w domu i marne odbicie swojej własnej twarzy w brudnym lustrze niż te ich pełne współczucia i zatroskania miny.

02.09.2016

Odpuść sobie

Chorobliwie dużo miejsca poświęcam tu na tłuczenie sobie (i wam) do łba, że należy wyciskać z siebie wszystko i jeszcze więcej. Że może i powoli, ale trzeba wystawiać kolejne części ciała poza tą przyjemną acz ograniczającą strefę komfortu; że trzeba konsekwentnie naciągać zasady i poszerzać swoje granice; że trzeba zaskakiwać: siebie i innych. Koniec końców, czym byłoby życie, gdyby nie stanowiło wyzwania i nie pchało nas do przodu…?
Tylko że po drugiej stronie tego dumnie skrzącego się w słońcu medalu jest tzw. odpuszczanie. I choć brzmi to jak totalne zaprzeczenie tego, co zazwyczaj próbuję wszem i wobec wmawiać, jest absolutnie niezbędne do poprawnego funkcjonowania tej skomplikowanej machinerii zwanej spełnieniem.
Bo w życiu najważniejsza jest równowaga.

26.08.2016

Muse: one very special day

Kraków Live Music Festival i ich ONE EXTRA DAY z Muse był datą wyjątkową od samego początku, bo nie dość że było to to samo miejsce (i w sumie ten sam festiwal) gdzie zobaczyłam ich po raz pierwszy (a równocześnie i moje pierwsze pełnowymiarowe, koncertowe doświadczenie), to jeszcze równiusieńko (niemalże co do godziny) 6 lat później. Ale mimo to, byłam święcie przekonana, że o tym koncercie nie napiszę nic, szczególnie, że Pragę na blogu przemilczałam. Nie spodziewałam się po nim niczego nadzwyczajnego: ostatnie festiwalowe setlisty nie zapowiadały żadnych niespodzianek, a po Pradze (gdzie nie zagrali nic, czego bym wcześniej nie słyszała) wolałam nie robić sobie jakichkolwiek nadziei. Jedyne na czym mi zależało to barierka w moim mieście. Ale człowieku! Idź na koncert Muse bez oczekiwań, to ci dojebią z grubej rury tak, że ugną się pod tobą kolana.
Ja po tej niedzieli to już mogę, kurwa, umierać.

19.08.2016

Jak chcieć mniej?

Moje ciężkie życiowe rozkminy zazwyczaj przez jakiś czas oscylują wokół jednego, szerszego zagadnienia. Na przełomie 2014 i 2015 toczyłam debatę wokół tematu biernych i aktywnych, a na przełomie 2015 i 2016 zachciało mi się szukać odpowiedzi na pytanie: co zrobić, by chcieć mniej i nie zostać przy tym sfrustrowanym nieudacznikiem? I o ile podział na biernych i aktywnych krystalizował mi się w głowie w zasadzie sam, o tyle na postawione w tytule pytanie odpowiedzi wciąż nie mam. I zaczynam wątpić czy kiedykolwiek się do niej dokopię.
Próbowałam pytać wujka Google: zbombardował mnie milionem porad jak mniej kupować, wydawać i jeść. A ja nie o takie mniej pytam. Ja chcę wiedzieć co się robi z tym chceniem co siedzi w mózgu i z powietrza tworzy ci niezliczone problemy. Bo, oczywiście, każdy napotkany na twojej drodze człowiek rozumie ten twój zakichany idealizm inaczej. Albo wcale.

12.08.2016

Warto w Krakowie: iść się napić

Cz. I: TU; Cz. II: TU; Cz. III: TU; Cz. IV: TU; Cz. V: TU; Cz. VI: TUTAJ.

Pijalnia Piwa i Wódki (Św. Tomasza / Szewska)

Zakładam, że krakowskim studentom wcale nie muszę tłumaczyć dlaczego to ta knajpa jest na pierwszym miejscu – co poniedziałek z legitką idzie się tam napruć za grosze. A co jak co, szoty to oni mają bardzo, bardzo dobre. Wystrój też spoko. Minusem jest tłok i hołota, ale tłok wcale nie dziwny, a hołota to bywa w każdej knajpie gdzie leją alkohol. Ja tam Pijalnie lubię. To była spora część mojego studenckiego życia w Krakowie.

05.08.2016

I believe in change

Podczas jednej z ciekawszych (głębszych, ofc) rozmów, jakie miałam okazję w życiu przeprowadzić, rozmówca powiedział mi, że bez sensu jest wierzyć w zmiany, bo przecież „zmiany mogą przyjść albo nie”. Zaooponowałam dość ostro, bo po pierwsze nie był to mój pierwszy konflikt na takim tle ideologicznym, a po drugie na odległość wyczuwałam kompletne niezrozumienie. Po raz drugi. Bo tu nie chodzi o samo słowo „zmiany”, ale właśnie o tego słowa różne rozumienie. Bo jak dla kogoś zmianą jest grom z jasnego nieba, który opisują w książkach, to żeby mnie dobrze zrozumieć, należałoby wrócić do samej definicji właśnie, która z ów gromem nie ma absolutnie nic wspólnego (przynajmniej dla mnie).

31.07.2016

2016: kadry czerwcowo-lipcowe

Skromnie bardzo, bo prawdziwych zdjęć (tj. takich z lustrzanki, a nie telefonu) ostatnimi czasy robię bardzo mało (various reasons). Tak czy siak: enjoy.
Szerzej o moim wypadzie do Pragi przeczytacie TUTAJ.

29.07.2016

Potter- head, arms and legs

Wszyscy wokół grają w Pokemon Go i pytają mnie jak długo żyłam pod kamieniem, że nigdy tej kreskówki nie oglądałam. Cóż, rodzice robili ze mnie hipstera od lat najmłodszych i oglądanie Polsatu było w naszym domu surowo zabronione. Owszem, pamiętam kapsle z chipsów i monotematyczne rozmowy na przerwach w podstawówce, których nie mogłam zrozumieć. Ale jakoś nie uważam, żeby cokolwiek mnie przez to ominęło.
Bardzo chętnie bym się dziś z tej obsesji dorosłych ludzi na punkcie łapania dziwacznych, kieszonkowych potworków z kreskówki wyśmiewała, gdyby nie to, że na przestrzeni ostatniego tygodnia dobitnie przypomniałam sobie, co ja robiłam, gdy na scenę w moim życiu wkroczył Harry Potter. O mamciu! Moja obecna obsesja na punkcie Muse wydaje się przy tym niczym… a to już chyba coś mówi, prawda?
Po mojej wizycie w WB studio w Londynie poprzysięgłam sobie, że jak tylko wrócę do domu (gdzie na półce stoją wszystkie Potterowe filmy i książki, ofc) to obejrzę ponownie wszystkie części. I tak też zrobiłam: wróciłam i (korzystając z cholernego przeziębienia) w siedem dni obaliłam wszystkie części razem z materiałami dodatkowymi, od deski do deski. Teleportacja do magicznej przeszłości! No i ta sentymentalna łezka w oku.

22.07.2016

Skazani na wolność

Sartre (ten mój ulubiony filozof, o którym się już tutaj rozpisywałam) twierdzi, że człowiek „skazany jest na wolność”. Co prawda chwilę później sprostował swoje obserwacje, słusznie zaznaczając, że w tej swojej wolności człowiek jest jednak – jako istota społeczna – ograniczony, ale samemu istnieniu wolności od której trudno uciec nigdy nie zaprzeczył.  
Bo jesteśmy skazani na wolność. Wolność wyboru. Lub jego brak. Bo brak wyboru to też jakiś wybór. Oj tak, kocham ten slogan: skazani na wolność!

15.07.2016

Ciężkie jest życie blondynki (III)

Część pierwsza TU, druga TUTAJ.
Bo:

Po pierwsze:
Piątek z początku listopada 2015: pamiętny, bo wychodząc z domu można było pogryźć powietrze – większego smogu od tamtego czasu jeszcze nie doświadczyłam. Przestrzegali żeby zostać w domu, ale bilet na koncert już dawno kupiony, Lao Che czeka, więc wychodzę. W szarą, gęstą mgłę, z szalikiem na ustach, jak zwykle lekko spóźniona i niepoprawnie zamyślona, żwawym marszem zbliżam się do przystanku. Przeprawiam się przez dwieście metrów gnoju i błota, które już jakiś czas temu powinno zamienić się w nowy chodnik, w moich świeżo wypastowanych, ukochanych butach. Trzymam się dzielnie, powtarzając sobie, że są większe nieszczęścia. Do momentu jak nie dociera do mnie, że nie mam w torebce biletu.
Dwieście metrów błotem w drugą stronę i już tej wiązanki przekleństw nie hamuję, bo przecież się udławię. Ale to i tak nie koniec historii, bo jadąc tym późniejszym tramwajem, tak bardzo tonę w swoim nieszczęściu, że przejeżdżam odpowiedni przystanek, wysiadam, gubię się w nieznanej okolicy, mgle i bez żywej duszy, która wskazałaby mi do Fabryki drogę… cud, że zdążyłam zanim Lao Che weszli na scenę.

08.07.2016

Warto w Krakowie: iść na kawę

Cz. I: TU,   Cz. II: TU,       Cz. III: TU,     Cz. IV: TU,      Cz. V: TU.  

Po kawiarenkach i pubach chodzę często i gęsto, bo co drugi tydzień, razem z sekcją naszego koła spotykamy się w innym miejscu by omawiać nasze prace. Poniższa lista propozycji na relaks przy kawie składa się wyłącznie z miejsc, do których wróciłam i wracać wciąż zamierzam.  

Massolit (Felicjanek)
Moja ulubiona kawiarenka w Krakowie, z oczywistych powodów: jest przepełniona angielskimi książkami, które można przeglądać, czytać i kupować (za naprawdę dobrą cenę). Raj dla anglofila. Poza tym mają niezłą kawę i najlepsze carrot cake na świecie (rzekomo najlepszego próbowałam w Pradze, ale wcale nie było lepsze od tego z Massolitu). 

01.07.2016

The art of letting go

Mam w pokoju szafę, a w tej szafie ciuchy. Ciuchów zdecydowanie więcej niż faktycznie noszę. I przy każdym większym sprzątaniu zawsze kłócę się z mamą, która twierdzi, że wszystko czego chcę się pozbyć (oddać potrzebującym zazwyczaj) „jeszcze się przyda”. Głucha jest na moje argumenty, że jak czegoś nie włożyłam na siebie przez ostatnie dwa lata, to tym bardziej nie założę za rok. „A skąd ja to niby wiem?” No właśnie sęk w tym, że wiem.
Zastanawiam się czasem jak to możliwe, że mi wystarczyły raptem dwa lata w Krakowie, żeby przekonać się do zasadności minimalizmu (do którego i tak jest mi bardzo daleko), a mojej mamie dziesiątki lat nie pomogły nauczyć się walczyć z bzdurnym chomikowaniem.
Powiecie, że rozchodzi się o sentyment, ale to bzdura. Można być sentymentalnym i nie gromadzić wokół siebie miliona przedmiotów. Sentymenty całkiem dobrze operują w sferze wspomnień, które świetnie zapisuje dziś komputer, fotografia lub długopis na kartce papieru. Stare spodnie, w które nie wchodzisz, spódnice, których nigdy już nie założysz i przedmioty, których nigdy już nie użyjesz, tylko zagracają twoją przestrzeń, którą mógłbyś przeznaczyć na coś nowego, kto wie czy nie lepszego właśnie.
I sprawa ma się analogicznie z ludźmi i relacjami.

24.06.2016

Edytorstwo a kreatywność

Pisałam już, że mam dość studiowania. Bo mam. Ale mam też po dziurki w nosie moich studiów podyplomowych. Bo choć wyznaję zasadę, że żałowanie jest dla słabych, to trudno mi było na nie nie kląć przez ostatnie dwa tygodnie.
Pół roku edytorstwa doprowadziło mnie do dwóch ważnych wniosków: po pierwsze, redakcja tekstu niewiele ma wspólnego (prawie nic!) z pisaniem samym w sobie, a po drugie, brak w tym kreatywności, co momentalnie zabiło cały mój początkowy entuzjazm. Bo co jak co, ja muszę pracować kreatywnie.
Mogę mieć te swoje wieczne wątpliwości, ale faktom przeczyć nie będę: tworzyć (jakkolwiek) po prostu muszę, inaczej durnieję. Nieistotne na ile nośne, oryginalne i sukcesywne to moje tworzenie jest czy będzie, być po prostu musi. Bo poprawianie przecinków i wyłapywanie cudzych błędów kreatywne bynajmniej nie jest i – mówiąc krótko – doprowadza mnie do szału. Nie mam już ambicji zostać chodzącym słownikiem czy gramatycznym nazistą. Przez chwilę wydawało mi się, że to nie zaszkodzi (a może nawet pomoże), ale te kilka miesięcy pozbawiło mnie wszelkich złudzeń. W dupie mam taką robotę.

17.06.2016

2016: Praga

To nie był mój pierwszy raz w Pradze: zwiedziłam to miasto jeszcze w gimnazjum, na jednej z naszych świetnych (i do pozazdroszczenia) wycieczek szkolnych, ale wszyscy wiemy jak to jest ze szkolnymi wycieczkami – bardziej pamiętam nasz nocleg pod Bratysławą i kto z kim wtedy kręcił, niż samo miasto. Decyzję, że tam wrócę podjęłam 3 marca, gdy stanęłam przed sceną na Bercy Arenie, i to na długo przed tym zanim ktokolwiek na niej stanął. Wiedziałam, że ten jeden raz z trzeciego rzędu mi nie wystarczy i miałam rację (ba, jeszcze w drodze powrotnej z Pragi kalkulowałam i sprawdzałam czy nie dałabym rady gdzieś ich dołapać).
A Praga sama w sobie okazała się piękna.

10.06.2016

Ale ci fajnie!

No więc wróciłam z tego Londynu, żeby zaraz znowu wyzbierać się do Pragi (o tym za tydzień), a w między czasie jeszcze trochę popracować i poudawać, że piszę tę cholerną magisterkę. Współlokatorka chwali mnie za kondycję, a z prawa i lewa sypią się standardowe „ale ci fajnie”. Z jednej strony bardzo to lubię, ale z drugiej potwornie potrafi mnie to wkurwić. Bo czasami za tym „ale ci fajnie” (bądź „ale ci zazdroszczę”) kryje się mała, cicha pretensja. BIERNA pretensja. Do mnie, do życia i świata przede wszystkim. Nigdy do siebie.
No bo tobie „się udaje”, a mi pozostaje tylko cierpieć w kącie. 
Ta, jasne.

03.06.2016

Warto w Krakowie: iść na spacer

Cz. I: TU;               Cz. II: TU;                  Cz. III: TU;                 Cz.IV : TU.

Wiosna pełną gębą (a w zasadzie czuć już wszędzie lato), więc sezon na spacery w rozkwicie. Mogłoby się wydawać, że w mieście trudno jest o przyjemne rejony do spacerowania, ale to nieprawda. Jasne, do spacerowania po wiejskich, pustych i pachnących gorącym sianem (tudzież świeżo skoszoną trawą) dróżkach się to nie umywa, ale niemniej jednak są takie miejsca w Krakowie (powszechnie znane i tłumnie odwiedzane, szczególnie w słoneczne weekendy), które na spacery nadają się świetnie.

31.05.2016

2016: kadry majowe

Nie będzie dziś ani odrobiny narzekania i wzdychania, bo to – w gruncie rzeczy – był obrzydliwie udany miesiąc.
Było dużo zdjęć, pisania, czytania, oceniania (dopinamy na ostatni guzik konkurs „press any key”) spacerów, słońca i dobrego jedzenia.

27.05.2016

2016: Londyn

Do Londynu po raz pierwszy poleciałam w maju 2013, zobaczyć (po raz pierwszy na stadionie a po raz trzeci tak w ogóle) Muse. Trzy lata później, również w maju, postawiłam nogę na londyńskiej ziemi po raz trzeci. Ktoś mógłby pomyśleć, że do tej pory mogłoby mi się już znudzić… bitch please, Londyn to moja obsesja (jedna z wielu), a z moimi obsesjami się nie dyskutuje, szczególnie gdy ktoś proponuje mi nocleg w sercu Londynu za darmo. Zadzieram kiecę, wywalam za jednym zamachem kolejną wypłatę i lecę!

20.05.2016

MFK: kryzys? Jaki kryzys?!

Z okazji mojego ulubionego miesiąca w Mieście Kraka miałam plan stworzyć coś na podobieństwo zeszłorocznego podsumowania programu głównego MFK. Zmieniłam jednak zdanie na spotkaniu mistrzowskim z Yannem Mingardem, gdy dotarło do mnie, że a) to już zrobiłam rok temu, b) temat jest zbyt szeroki, żeby ograniczać go wyłącznie do ośmiu obejrzanych wystaw (szczególnie, że poza MFK działa jeszcze PhotoFringe), no i c) wystawy zobaczyć i ocenić to sobie przecież każdy może sam.
Zamiast więc chodzić i oceniać, postanowiłam usiąść i chwilę się nad festiwalem samym w sobie zastanowić. A potem przedstawić wam tych dogłębnych przemyśleń efekty: w tym również powody, dla których ta edycja jest inna niż wszystkie.

15.05.2016

Those tiny little things

Wszyscy wiedzą jak to jest z drobnymi: odsuwa się je na bok, bo niewiele są warte. Zawsze lepiej (i prościej) jest sięgnąć po grubsze: nie trzeba liczyć i nie ma obawy, że nam zabraknie. Tymczasem to przecież z drobiazgów rodzą się rzeczy ważne i duże, nigdy na odwrót, i głupi każdy, co te drobiazgi nieustannie lekceważy. Bo jak nie lubię mieć miedziaków w portfelu, tak gdy pomyślę o nich jak o analogicznych drobnych uprzejmościach, to już wcale nie chcę się ich tak ochoczo pozbywać. Bo w drobniakach siła. Jak to mówią: grosz do gorsza a będzie kokosza.


06.05.2016

30 TNF: projekcje specjalne

W razie jakby ktoś nie zdawał sobie z tego jeszcze sprawy: Tarnowska Nagroda Filmowa to nie tylko projekcje konkursowe minionego sezonu, ale również liczne projekcje specjalne, spotkania, warsztaty i koncerty. Choć Tarnów bywa hermetyczny (szczególnie w porównaniu do Krakowa), to rację ma pan Jan Nowicki, który twierdzi, że to festiwal wyjątkowy i drugiego takiego na świecie nie ma. Nie mogę mu nie przytaknąć, bo tylko w Tarnowie mogę usiąść w malutkiej kawiarence kina z Dorocińskim na wyciągnięcie ręki (a chyba wszyscy już wiedzą, że to jedna z moich największych obsesji polskiego kina), stać w kolejce do toalety ze Żmudą-Trzebiatowską, czy słuchać jak Jerzy Stuhr rozwala pieprzącego głupoty mieszkańca kilkoma trafnymi uwagami. Ten festiwal nie tylko ciągle rozkochuje mnie w polskiej kinematografii, ale też niezmiernie inspiruje. I jest jednym z powodów, dla których zawsze będę miała ochotę do Tarnowa wracać.

W tym roku poza jedenastoma projekcjami konkursowymi (oceny TU i TU) miałam okazję zobaczyć cztery projekcje specjalne i jako że wszystkie były nad wyraz ciekawe, je też pozwoliłam sobie ocenić i skomentować.

30.04.2016

2016: kadry marcowo-kwietniowe

Przyznaję bez bicia: zdjęć ostatnimi czasy (pomijając wyjazdy) robię mało, bo… nie mam do tego warunków. Za dużo innych spraw zaprząta mi ostatnio głowę. Niemniej jednak, trochę kadrów zebrałam i tradycyjnie się nimi z wami dzielę.
Wiosna już pełną gębą: nim się obejrzałam wszystko zakwitło.

29.04.2016

30 TNF: projekcje konkursowe (II)

W tym roku też nie doczekałam drugiej Dziewczyny z Szafy, ale przyznaję, że wszystkie filmy trzymały poziom – żadnego nie potrafię nazwać słabym. Szczególnie godna pochwały wydaje mi się w tym roku gra aktorska: kupiłam każdego aktora, którego przyszło mi na ekranie oglądać, czy to w pierwszo- czy drugoplanowej roli (a nie oglądnęłam tylko jednego filmu, który aktorsko na pewno jest bez zarzutu, bo gra tam mój ulubiony Maciek Sthur).  

Oto druga część moich ocen. Część pierwsza TUTAJ.

27.04.2016

30 TNF: projekcje konkursowe (I)

Tradycji stało się zadość: wróciłam do Tarnowa i na tydzień zamieszkałam w kinie, gdzie w ramach Tarnowskiej Nagrody Filmowej pokazują najlepsze polskie filmy minionego sezonu. Tak, bardzo lubię polskie kino i tak, patrzę z pogardą na każdego, kto twierdzi, że Polacy filmów robić nie potrafią. Bo potrafią i z roku na rok robią to coraz lepiej.

Poniżej moje oceny pierwszych 6 filmów konkursowych.

22.04.2016

Warto w Krakowie: iść zjeść

CZĘŚĆ I - TU; CZĘŚĆ II - TU; CZĘŚĆ III - TU

Przyznaję, że na kulinarnym Krakowie nie znam się za dobrze (żeby nie powiedzieć, że w ogóle). Po pierwsze żaden ze mnie znawca, po drugie jadać na mieście zaczęłam tak naprawdę dopiero w wakacje 2015, a po trzecie wciąż jestem (w dużej mierze) tylko biednym studentem. Moje propozycje nie są więc specjalnie wyszukane, ale za to stosunkowo niedrogie. I wszystkie znajdują się w okolicach ścisłego centrum (Stare Miasto / Kazimierz).

15.04.2016

2016: Wrocław

Nie żebym znowu zwalała wszystko na swoje nazwisko, ale nie miałam ostatnio szczęścia do pogody podczas swoich skromnych wojaży. W Berlinie przemokły mi buty, w Łodzi cholernie piździło, w Paryżu pogodę miałam w irytującą kratkę, a Wrocław – mazgaj jeden – nie mógł pohamować łez i znowu przemokły mi buty, a umówmy się: przemoczone buty nie najlepiej wpływają na odbiór miasta. Mam jednak cichą nadzieję, że ten pogodowy los się niebawem odmieni, bo następny na mojej liście jest Londyn (tak, znowu), a wcale bym się nie obraziła za kolejne kilka dni kompletnie nie-brytyjskiej pogody na brytyjskiej ziemi.

08.04.2016

Wzór na koszuli

- Wszystko będzie dobrze – słyszysz przytłumiony głos, i zarys postaci, widoczny jakby we mgle, nagle znika z pola twojego widzenia. Płuca, nie dość, że drastycznie zmniejszyły objętość, to jeszcze zamiast tlenem, wypełniają się paniką.  
Oddychaj.
Przed oczami wcale nie staje ci życie, ani nawet nie rodzina czy przyjaciele, tylko ten dziwny wzór na Miłosza koszuli – coś pomiędzy kwiatkami, a skomplikowanymi mazakami. Bo gdy pożegnaliście się wtedy na przystanku, nie bardzo mogłaś przypomnieć sobie kolor jego oczu, ale za to doskonale pamiętałaś ten wzór. I to jak mówił, że lubi detale. I jak wygarniał ci tego śmiecia z włosów, niechcący muskając prawy policzek. Na którym teraz wyraźnie czułaś jakąś maź. Smar może. Albo krew.
Spokojnie, wdech, wydech.

01.04.2016

Smutek a wkurw

W morzu przeróżnych internetowych memów, cytatów i obrazków, któregoś poniedziałkowego poranka, popijając kawę i skrolując portale społecznościowe, natknęłam się na bardzo mądre stwierdzenie: „smutek wymaga opieki”. A zaraz potem doprawiłam sobie wyjątkowo trafnym cytatem wrzuconym przez znajomą: „W psychoterapii jest takie powiedzenie: albo ekspresja albo depresja” (Wojciech Eichelberger).
Bowiem obie, niby to przypadkiem znalezione myśli, w mojej głowie momentalnie zlały się z jednym z moich tapetowych wniosków z 2015 roku.