INF [3.9.2017]: kadry sierpniowe. Wrzesień planuję wypełnić zaległymi zdjęciami. Powrót do regularnych postów (if ever) planuję na październik. Stay tuned.

15.01.2016

Inspiracje 2015


Filip Westler
Kolega z pracy. Na którymś letnim pub crawlu stanął przy moim komputerze, gdy wprowadzałam do programu nowe rezerwacje i, tak po prostu, zaczął opowiadać o tym, co robi. A robi dużo, dla siebie i innych: wybrał sobie niszę językową i, korzystając ze swojego daru do przemawiania i szybkiego łapania kontaktu z ludźmi, pomaga przełamywać językowe bariery (co mnie osobiście mocno dotyka). Nie uczy gramatyki, składni ani poprawności wymowy, ale tego jak nie bać się mówić i wyciągać z nauki jak najwięcej. Innymi słowy: obrał sobie za cel niszę, w której sama do niedawna tkwiłam. Bo gdyby nie praca w hostelu, dalej panicznie bałabym się mówić po angielsku (ale o tym za tydzień).
Poza tym, to jeden z tych niewielu ludzi, któremu nie tylko CHCE SIĘ COŚ ROBIĆ, ale który to rzeczywiście robi. I to robi dobrze. A to się chwali. Kliknijcie mu lajka!

Włodek Markowicz
Lekko Stronniczym usłyszałam na chwilę przed tym, jak zakończyli swoją działalność. Ich książki wciąż jeszcze nie przeczytałam (choć jest na mojej długiej liście), ale we Włodku się (platonicznie) na zabój zakochałam. To, co robi, to, co sobą reprezentuje dotyka mnie na więcej niż jednej płaszczyźnie życia. Oglądam jego filmy i myślę sobie „kurwa, są jeszcze na tym świecie fantastyczni ludzie”. Ba, w tym kraju nawet!  Fantastyczni, twórczy, mądrzy, myślący, otwarci i niesamowicie inspirujący. Po każdym jego filmie, po każdym jego tweetcie nawet, czuję jak zbierają się we mnie nowe pokłady energii do działania.
Bo przecież życie naprawdę może być fajneWystarczy wsłuchać się w siebie.

Lena Dunham
Pisałam o niej przy okazji Guru – dziewczyna wciąż niezmiernie mi imponuje. Na jej przykładzie odkryłam niegłupią zależność, która zdaje się odróżniać mnie od większości otaczających mnie kobiet: bo mnie wcale nie inspirują kobiety szczupłe, wysportowane i w postanowieniach szczególnie wytrwałe. Pewnie, na jakimś poziomie podświadomości chciałabym jedną z nich, tych idealnych, być (to jest już chyba taki uniwersalny, kulturowy kod), ale, jak widać, ta mądrzejsza, bardziej racjonalna i przyjazna samej sobie część mnie podpowiada, że lepiej jest inspirować się dziewczyną, która ideałem piękna bynajmniej nie jest, ale za to uosabia coś znacznie, znacznie dla mnie ważniejszego: samo-akceptację. Bo, widzicie, zupełnie czymś innym jest zaakceptowanie swojego ciała, gdy przypomina się Ninę Dobrev, a czym innym jak Lenę Dunham. Przy czym ten drugi rodzaj akceptacji zdaje się ciągnąć za sobą o wiele trwalsze i przede wszystkim nieco rozsądniejsze zmiany: nieograniczające się do zmiany rozmiaru sukienki z 44 na 36, bo zahaczające też o zmianę sposobu myślenia.
Z ręką na sercu: żadna dziewczyna nie inspiruje mnie dziś bardziej niż Lena.

Grimes
Nie było to odkrycie stricte muzyczne – jak na moje standardy (które w tym momencie już totalnie świrują), jej muzyka była zdecydowanie zbyt „specyficzna”, żeby się nią z miejsca zachwycić (o muzyce jako-takiej będzie tu przy innej okazji). Ot, wkręcił mi się jeden kawałek, odnotowałam w pamięci jej istnienie i wróciłam do wałkowania Placebo. Dopiero któregoś wieczoru, gdy do granic możliwości ociągałam się ze zredagowaniem cudzego tekstu, prokrastynacja wepchnęła mnie w obce zakamarki YouTube’a i – dość niespodziewanie – spędziłam upojną noc oglądając dziesiątki wywiadów i występów live Grimes. Tydzień później zostałam jej fanką – nie fanką jej głosu, niekoniecznie nawet fanką jej muzyki, ale fanką niej samej. Fanką jej marki. Bo bardzo podoba mi się to, co Grimes sobą – nierzadko na przekór wszystkim i wszystkiemu – usiłuje prezentować. Ja to kupuję.  

Obcokrajowcy
Byłoby z mojej strony bardzo nie fair gdybym przywołała jednego albo dwóch, bo poznałam ich w tym roku wielu – z jednymi spędziłam tylko kilka godzin na inspirującej rozmowie, z innymi kilka dni, tygodni lub miesięcy. I wszyscy zainspirowali mnie do tego stopnia, że teraz mój marcowy Paryż to pikuś. Nagle, zamiast siedzieć i marzyć większe marzenia, ja je sobie realnie planuję. Bo oni mi pokazali (i wciąż szczęśliwie pokazują), że nie tylko można, ale naprawdę warto. Bo jak udało mi się już z tymi mniejszymi marzeniami, to dlaczego niby nie miałoby mi się udać z tymi większymi?
A to było coś, czego histerycznie wręcz potrzebowałam (i potrzebuję dalej).

A kto/co was zainspirowało w zeszłym roku?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz