INF [20.11.17]: ręka, co prawda z ograniczeniami, ale już działa, więc szykuję mały foto-spam.

05.02.2016

Przypadkiem w samo sedno

Jakiś czas temu, w swoim filmie pt. „Słuchaj Swojego Serca”, Włodek Markowicz powiedział bardzo mądrą rzecz: „więc kiedy nie wiesz co masz robić w życiu, spróbuj czegoś nowego”. Podpisuję się pod tym rękami i nogami, bo wiem, że tak właśnie należy robić: ja tak w zeszłym roku zrobiłam i, niby totalnym przepadkiem, trafiłam w samo sedno.
A mowa o mojej aktualnej pracy. W party hostelu.


W żadnym wydawnictwie mnie nie chcieli, a potrzebowałam pieniędzy, więc zaczęłam się rozglądać za czymkolwiek. Przeczytałam w ogłoszeniu, że szukają kogoś na recepcję i pomyślałam sobie: a co mi tam, może przynajmniej trochę angielskiego poużywam.
To miała być praca na wakacje: sierpień i wrzesień. Przeciągnęło się na październik. I listopad, który miał być moim ostatnim miesiącem. Ale jakoś tak się złożyło, że podczas mojej ostatniej zmiany, postanowiłam (pośrednio za namową współpracowników), że, o ile tylko nasza super-manager się zgodzi, to jednak zostanę. I szczęśliwie zostałam.
Nie, nie płacą mi tam kokosów. Nie, to nie jest praca moich najskrytszych marzeń.
Ale to jest praca idealna dla mnie tu i teraz. To jest dokładnie to, czego potrzebowałam wtedy i potrzebuję teraz. Bo przez pół roku, nauczyłam się tam więcej niż przez pięć lat studiów. Serio.
A między innymi, szczęśliwie odkryłam, że:

1)     mój angielski jest spoko.
Niejeden pewnie już puka się w łeb, myśląc „jak ma nie być, skoro go studiujesz”. Ano. Pisać i czytać to cię na studiach uczą, ale niewiele poza tym. Co prawda żeby uwierzyć w to, że mój mówiony angielski wcale nie jest zły, potrzebowałam zapewnień wielu napotkanych na recepcji native speakerów – koniec końców poskutkowało i wreszcie spełniło się jedno z moich największych marzeń: po ponad pięciu latach studiów, WRESZCIE, kurwa, przestałam się bać gadać po angielsku. Słowami nie wyrażę, jak cholernie mnie to uskrzydla.

2)    da się mnie lubić.
Tyle komplementów (i to bynajmniej niezwiązanych z wyglądem) to ja nigdy w życiu nie usłyszałam. Tyle dobroci, uśmiechów i ofert bezinteresownej pomocy przez te ostatnie pół roku to nie otrzymałam przez cała 24 lata mojego życia (no, może nie licząc Woodstocku). Wcale nie przesadzę jak powiem, że ta praca leczy mnie z (przynajmniej części) moich kompleksów. Udowadnia, że mogę nie tylko bywać lepszą wersją samej siebie, ale w ogóle na stałe nią zostać. Przy okazji odkryłam też, że tego rodzaju (dla mnie nowy) kontakt z ludźmi mnie bardzo inspiruje i szczęśliwie odbudowuje moją (ostatnimi czasy mocno nadszarpniętą) wiarę w gatunek ludzki.

3)    są na świecie ludzie, którym się chce.
Otarłam się tu już o cały pierdyliard ludzi aktywnych. Może tylko wpadli i wypadli obdarowując mnie szerokim uśmiechem, ale serducho mi nim podlali i rośnie! Bo im się chce: latać, gnieść w pociągach i autobusach, wstawać o piątej rano, łapać pierwsze promienie słońca, gadać o dupie Maryni albo życiowych problemach (kto co woli) z przypadkowymi ludźmi, uśmiechać się bez powodu, pomagać, słuchać, poznawać, dzielić się anegdotami, doświadczeniami… generalnie brać z życia pełnymi garściami, w najlepszym znaczeniu tego wyrażenia. To ludzie, którzy naprawdę „łapią chwilę”.

4)    nie warto się bać.
Albo inaczej: bać się może jeszcze warto, na pewno za to nie warto się temu strachowi dać sparaliżować. To jedna z najważniejszych lekcji, jaką w zeszłym roku dostałam – co prawa jest to swoisty ciąg dalszy lekcji, którą życie poczęstowało mnie, gdy przełamałam pierwsze lody i pojechałam sama do Londynu, ale ciąg dalszy iście piękny. Bo zajebistość mojej pracy polega na tym, że, z kimkolwiek bym tu nie rozmawiała, nie ma osoby, która moje coraz wyraźniej zarysowane (i odważniejsze) plany skomentowałaby pytaniem: „a nie boisz się?”. Tutaj słyszę tylko i wyłącznie gorliwe zachęty. I to – znowu – cholernie mnie uskrzydla!

5)    Kraków jest cudowny.
Rozmawiam sobie z zachwyconymi miastem króli gośćmi i tak jak wcześniej Kraków ubóstwiałam, tak teraz nie potrafię wyobrazić sobie miejsca, które kochałabym w Polsce bardziej (no, może Wielka Wieś trochę mu depcze po piętach, ale tylko trochę i ze zgoła innych powodów). No bo… „Krak City, Bitch!” Nic dodać, nic ująć.

I ktoś mi potem powie, że cuda się na tym świecie nie zdarzają, a życie jest nudne? Bzdura. Wystarczy nie dawać się bzdurnym depresjom i sięgać po okazje. Ba, życia (bo o energię się już raczej nie martwię) mi nie starczy, żeby spróbować wszystkiego, co tam na mnie czeka!
Kurczę no, wszystkim wam polecam takie przypadkowe trafy w samo sedno.

1 komentarz:

  1. Czasem mam wrażenie, że całe moje życie składa się z przypadków. I dobrze mi z tym:) Niejednokrotnie sprawdzają się one lepiej niż najbardziej przemyślany plan.

    OdpowiedzUsuń